Wielkanocna kołomyja

O tak! Kiedy u mnie największe nerwy? Przed świętami. Zacznijmy od tego, że ostatnie dwa miesiące to jakaś pieprzona apokalipsa. Przychodzę z roboty zmęczona jak koń po westernie. Jedyne co robię to patrzę bezmyślnie w tv. Nawet nie mam sił na robienie obiadu, czy włączanie lapka, co zresztą widać po częstotliwości moich wpisów. Swoją powieść kompletnie zaniedbałam i nawet nie pamiętam, co w pewnych miejscach było. Tak, czy siak jestem ostatnio tak zmęczona, że funkcjonuję na tzw. zerwanym filmie. Przeraża mnie to. Przykładowo w pracy na naradzie ostatnio coś powiedziałam i za cholerę tego nie pamiętam. Często nie kojarzę faktów. Wiem, że coś widziałam, ale sama już nie jestem tego pewna. No dobra, uskuteczniłam swoje gorzkie żale więc teraz do rzeczy.

Od poniedziałku czułam, że to już totalna kupa przedświąteczna czai się za rogiem. Że zerka i zaraz na mnie skoczy. Czułam nawet jej woń, mimo że dobrze się maskowała za winklem. W pracy od poniedziałku zaczęły się różnorakie awantury i intrygi, których lepiej nie opisywać, bo szkoda wirtualnej przestrzeni na taki syf. Więc, czym bliżej piątku tym było gorzej. Wczoraj pokłóciłam się ze swoim przełożonym na hali przy ludziach. Leciały kurwy jak skowronki. Staram się być spokojna, ale gdy ktoś zaczyna mnie obwiniać o śnieżną pogodę i opóźnioną przez to dostawę oraz przy okazji bluzgać, mówię basta. Co to kurde ja jestem, żeby sobie dupę mną wycierać i swoje frustracje na mnie wylewać? Pokrzyczeliśmy na siebie, pomachaliśmy rękami wzbudzając radość wszystkich pracowników na hali. Potem jeden do mnie podszedł i mówi „Kierowniczko ja to nie widziałem, żeby z nim ktoś tak się kłócił. I żeby go zbluzgał. No no…” „A wie pan co? Ja nie udaję, że deszcz pada, jak mi ktoś w twarz pluje.”

Potem obraziła się na mnie połowa biura naszego produkcyjnego. Dlaczego? Bo nie chciałam brać udziału w przed-wielkanocnej szopce. Kurwa, ja po prostu tego nie trawię. Chcemy to poświętować? Umówmy się po pracy. A nie w czasie pracy i w miejscu pracy będziemy dzielić się jajem i pieprzyć jakieś głodne kawałki. Po co to komu? Nie lubię tego i tyle. I nie muszę brać w tym udziału. „Wiesz co?” „Co?” „Ty jesteś jak Grinch świąt nie będzie.” „Może być w tym prawda. Nie czuję tego klimatu najwyraźniej.” „My się tak staramy, żeby było fajnie, a Ty psujesz.” „Co psuję? Jak chcecie brać w tym udział to proszę. Ja po prostu odmawiam, ale na przeszkodzie nie staję.” „Eeee… No ale to są ŚWIĘTA.” „A czy nie przyszło Ci do głowy, że mogę być innego wyznania? Przymuszacie mnie do tego co trochę, a nikt mnie nie spytał o wyznanie.” „No taaak. eeeee…. no nie, to jak nie chcesz, to nie musisz.” „Dziękuję za tolerancję.” Po naszej publicznej debacie na temat świętowania w zakładzie pracy, wyłamali się inni i do szopki wielkanocnej nie doszło. Przed końcem dnia odebrałam telefon „Ale ty jesteś! Przez ciebie nasza tradycja padła.” „Słaba była tradycja, skoro gdy ja jedna się wyłamałam, potem padła sama.”

Później były kolejne hity. Zapowiedziano mi, żebym przyszła jutro, czyli w Wielką Sobotę do pracy. Nie zdenerwowało mnie to szczególnie. Święta to dla mnie kolejne wolne, w którym mogę po prostu sobie spokojnie odpocząć i spędzić czas z rodziną. Duchowo, czy religijnie – pustka. Tak więc, nikt nie podeptał moich uczuć, wartości i świętości. Myślę sobie „jest akcja, to przyjdę, spoko. musimy przygotować się do wysyłki towaru.” Po chwili jednak ciśnienie musiało mi skoczyć do góry. „No bo jak pani przyjdzie to będzie najmniejsza szkoda.” „Czemu?” „A bo pani jest samotna…” „Nie jestem samotna. Żyję w nieformalnym związku.” „A no tak. Ale to pani i tak nie ma męża, dzieci, więc nie ma pani co robić przed świętami.” Gadaj z dupą, to cię osra. To chyba jest dyskryminacja. To, że nie mam dzieci, znaczy że się nudzę? I tylko czekam, by przyjść w wolne do pracy? W jednej chwili całe moje zrozumienie specyfiki produkcji ulotniło się jak woń wczorajszej pizzy. I nastąpił wkurw. Do tego była jeszcze po mniej więcej godzinie rozmowa o mojej podwyżce, która miała być 8 miesięcy temu. „No ale pani to nie jest potrzebna podwyżka, bo pani to rodzice pomagają.” „Słucham?” „Pani taka młoda, to rodzice na pewno pomagają.” „Nie. Odkąd zaczęłam pracować nie biorę pieniędzy od rodziców.” „Nie wierzę. Hahaha.” „Wie pan co? Pan mnie demotywuje. Czy moja praca jest mniej warta, dlatego, że mam kogoś, kto hipotetycznie mógłby mi pomóc finansowo?” „Yyy… Ale wie pani, że tu się mało płaci w tej firmie.” „Wiem. Dlatego zastanawiam się, czy nie dostosować swojej wydajności do płacy.” „Oj niech pani nie przesadza. Pani nie ma dziecka na utrzymaniu.” „Powiem panu tylko, że to nie jest argument. I powiem panu jeszcze, że z ciekawości dzwoniłam do supermarketu i pytałam, ile wynosi wynagrodzenie kasjerki na starcie. Wie pan ile? Prawie tyle, co moje. A jaka jest różnica w odpowiedzialności i zakresie obowiązków?” „O kurcze, przypomniało mi się, że muszę pilnie wysłać jednego maila… Do widzenia!” I wyszedł.

Jak tu się nie wściekać? Trzeba szukać innej pracy. Jestem już tak wypruta, zmęczona i zniszczona, że poważnie zastanawiam się nad pracą w jakimś fastfoodzie albo supermarkecie. Co mi po moim kierowniczym stanowisku? Widzę, że nie daje mi ono perspektyw na podwyżkę, awans. Mam dużo stresu, niepłatnych nadgodzin i jedną myśl w głowie „dobrze, że w ogóle mam jakąś pracę.” Tak się nie da żyć. Są dni, kiedy strasznie boli mnie głowa. Są dni, kiedy kuje mnie sercu. Są noce, kiedy śni mi się praca. Budzę się przerażona, bo uświadamiam sobie, że coś jeszcze nie zostało zrobione. Są chwile, kiedy jem frytki w McD i zazdroszczę ludziom, którzy tam pracują. Są końcówki tygodnia, w które kładę się spać chwilę po 20, budzę się na drugi dzień tak samo zmęczona. Są soboty, w które jestem totalnie nieprzytomna i do niczego się nie nadaję.

A tak poza tym Wesołych Świąt :) Mokrego bałwana ;)

Luksusowy apartament

Ahhh…! Jak ja uwielbiam swój luksusowy, nowoczesny, designerski, stylowy i przezajebisty apartament w wieżowcu z lat 70-tych. Po prostu miód na me serce. Oko mi się raduje, gdy patrzę na klatkę i osiedlanę. Węch, gdy czuję te nietuzinkowe wonie unoszące się tu i tam, przywodzące na myśl egzotyczne kraje. Także ucho znajdzie uciechy w subtelnych dźwiękach, które słychać tu i ówdzie. Chociażby z samego rana już można znaleźć liczne uciechy dla zmysłów i sypać nimi jak z rękawa. O godzinie piątej rano ktoś wali, przepraszam nakurwia, drzwiami z całej siły. Tak, aby wszyscy lokatorzy parteru wiedzieli, że taki pracuś z nimi mieszka. Ma wyłożone na samozamykacz, który tak, czy siak by zamknął te drzwi. Nie, trzeba tak nimi trzasnąć, żeby wszyscy się pobudzili z myślą, że budynek zaczyna się walić. Następnie można usłyszeć, jak sąsiad sobie sika. Fajnie. Tak sobie strumień moczu brzdąka po jego kiblu, można sobie pomyśleć, że to jest jakiś górski, rwący strumyczek. Pięknie zaprojektowana akustyka wieżowca.

Najbardziej to się jednak cieszę, jak wychodzę na klatkę, a tam najarane szlugami. Och, jak ja to lubię! Uwielbiam też kulturalne dialogi z naszymi sąsiadami. „Dzień dobry, czy musi pani palić papierosy na klatce? Zakaz jest.” „Co się srasz? Zabronisz mi?” No i co z taką dyskutować. Na swoim piętrze takiej aromaterapii nie robi. Lubię też fajne dywaniki, które dozorczyni rozkłada w klatce, zamiast gumowych wycieraczek. Ładnie pachną. Szczególnie jak leżą tydzień czasu przy aurze deszczowej, bądź śniegowej. Fajna woń, nie ma to tamto. Proces suszenia tychże dywaników także wpływa na zapaszek, jaki wydzielają. Niesie je nasza pomysłowa dozorczyni do zsypu i wiesza na rurze z wodą. Co by mógł nasiąknąć nowymi nutami zapachowymi. Nowatorskie rozwiązanie.

Podoba mi się także, że jak wracam do domu po całym dniu pracy, to mam niespodziankę w łazience. Śmierdzi na kilometr. Normalnie cofa mi się, dlatego po godzinie 10 niczego w pracy nie jem, co by mieć pusty żołądek na przyjście do domu. Podnoszę klapę toalety, a tam pływa coś brązowego, co jest niczym innym, jak kupą. Tak już nasza wspaniała instalacja ma, że jak spuścisz wodę, to po paru godzinach i tak coś wypłynie. Co na to ekipa spółdzielniana? „Trzeba wodę spuszczać często, jak wypływa.” „Nawet jak nie korzysta się z toalety?” „Widocznie tak.” Bardzo proszę, chętnie będę się zwalniała z pracy, żeby w domu wodę spuścić. Chciałabym zobaczyć minę szefa, jakbym mu oznajmiła taki powód wyjść z pracy.

Cieszę się także, że administracja nie chce nam dawać kluczy do domofonu. Zajebiście. Najbardziej wtedy, jak prądu nie ma, a w domu u mnie nie ma nikogo. Stoję pod klatką jak debil. Bo ani do nikogo nie zadzwonię, ani nie wejdę. Rygiel w zamku trzyma. A nie powinien. Ale ja to rozumiem. Chodzi o to, aby lokatorzy odpowiednio długo przebywali na świeżym powietrzu. Co tam jeszcze ciekawego… Nawierzchnia na parkingu. Dziura na dziurze. Chcesz zaparkować i musisz sobie kołem wjechać skręconym w tę dziurę. Fajnie. Dobrze robi na zawieszenie auta. Tak dobrze, że częściej trzeba wymieniać to i owo.

Ponadto lubię dzieci, które wiecznie mają swędzące łapska. A to bujają się na samozamykaczu jak szympansy jakieś, aż go urwą. To zabezpieczenie od szaf elektrycznych urwą i prund jest wierchu, że tak powiem. Takie małe, kreatywne potwory, którym z nudów się w dupach poprzewracało. Ich rodziców też podziwiam za metody wychowawcze. „Co się przyper***sz gówniaro? Czynsz płacę tak? To moje dziecko może się bawić na klatce. Poza tym ja nie wierzę, że to moja Karolinka mogła zrobić. Kłamiesz!” Takich rzeczy, które napawają mnie radością jest multum. Ale nie chcę tak tutaj pisać, bo jeszcze mi ktoś osiedlany i apartamentowca pozazdrości, a nie taki jest cel. Po prostu chciałam w końcu się czymś pochwalić. Żeby nie było, że wiecznie marudzę. Jak widać, jak chcę to potrafię. Życzę wszystkim zadowolenia ze swoich miejsc zamieszkania ;)

O dziecioróbstwie, ślubach i kredytach

No szlaken trafiren. Tyle było ciekawych wydarzeń w tym tygodniu! Prawie straciłam pracę. Byłam u fryzjera i ścięłam ponad 20 cm moich blond kudłów. Teraz mam takie ledwo do ramion. Było też kilka iście bulwersujących sytuacji w naszym zakładzie pracy. Niestety o tym nie napiszę, bo… weszłam na fejsbuka przed napisaniem posta. Już nigdy tego nie uczynię. Teraz będę najpierw pisać post, potem przeglądać twarzo-książkę.

Straciłam swoje natchnienie, bo poraził mnie „wyczyn” jednego znajomego. I teraz nie wytrzymam, jak tego nie skomentuję. Jest taki koleś, który od dwóch lat ponad rozkłada mnie swoją życiową logiką na łopatki. Zaczęło się od tego, że znalazł sobie laskę, z którą wzięli ślub. Nic w tym dziwnego, że się pobrali. Nie jedna para ma za sobą taki początek. Ona nie miała pracy, a on miał dorywczą. Zadłużyli się na ślub i wesele. W tak zwanym międzyczasie dorobili się dziecka. Potem zadłużyli się na coś tam jeszcze w postaci mieszkania i samochodu. Żyli tak sobie około roku spłacając kredyty.

Wtedy on poszedł do nowej pracy. W tej nowej pracy poznał kolejną dupencję. Zaczęli flirtować, spotykać się i romansować. Aż wreszcie romans przerodził się w związek. Tak więc zostawił swoją pierwszą żonę z dzieckiem – wzięli rozwód. On wziął kolejny ślub z koleżanką z pracy. Kupili sobie pieska. A teraz zrobili sobie dziecko. Wrzucają na fb kolejne zdjęcia testu ciążowego, widok płodu z usg. Nie do końca rozumiem z czego on się tak cieszy. Nie ma nawet ćwiartki na karku, a już ma kredyty do spłacania, byłą żonę z dzieckiem, nową żonę z dzieckiem w drodze. Dobrze nie wszedł w życie, a już ma więcej zobowiązań niż włosów na głowie.

Nie twierdzę, że ja jestem taka znowu zajebista i pozjadałam wszystkie rozumy jednocześnie wchodząc w posiadanie patentu na życie. Sama nie wiem, co ze sobą począć. Zastanawiam się, czy stać byłoby mnie na dziecko i stwierdzam, że raczej nie. Niektórzy się nie zastanawiają albo nie wiedzą, jak się zakłada gumkę najwidoczniej. Może ja po prostu za dużo myślę? Mogłabym np. się nie zastanawiać i pewnego pięknego dnia stwierdzić, że „chyba będę miała dziecko.” Póki co nie odczuwam takiej potrzeby. Wręcz przeraża mnie myśl o koszmarze porodu i chodzenia z brzuchem wielkim jak słonica. W ogóle przeraża mnie perspektywa tego, że po urlopie macierzyńskim moje stanowisko pracy mogłoby zostać „zlikwidowane”.

Generalnie zaczynam czuć się dziwnie. Większość moich znajomych jest już po zawarciu związku małżeńskiego i ma dzieci albo te dzieci są w drodze. A ja nie mam ani jednego, ani drugiego. Nie odczuwam jakiejś specjalnej rozpaczy z tego powodu. Jestem w związku, a na dziecko nie czuję się jeszcze gotowa. Zaczynam mieć wrażenie, że nie postępuję zgodnie z jakimś schematem. Powinno być studia, praca, ślub, dziecko. U mnie studia, praca, związek partnerski, czyli nielegalny i gorszy według naszego zaściankowego państwa.

Kilka lat temu większość wśród znajomych patrzyła się dziwnie, nieco podejrzliwie, ale i z zaciekawieniem na dziewczyny, które wpadły. Potem był czas, że zaczynało się to robić normalne, że koleżanki się rozmnażały, bo związki, bo coś tam. Teraz to na mnie zaczynają patrzeć podejrzliwie i jak na zjawisko. Najbardziej rozpierdalają mnie pytania „a wy co? kiedy jakiś ślub, dziecko?” Jakbym to od rodziny słyszała, która o dziwo nie dręczy mnie takimi tematami, to bym się nie dziwiła. Ale jak zadają mi takie pytania znajomi, to zaczyna mnie to po prostu wkurwiać. Mam ochotę odpowiedzieć, żeby nie wpieprzali się z buciorami w moje życie. Jakby mogli to by mi do kibla wleźli, czy co? Wiadomo, że gdybym zaciążyła albo byśmy się zaręczyli, to bym sama się pochwaliła. A tak wyskakuje mi ktoś z takim pytaniem i chuj znajet, czego w odpowiedzi oczekuje.

Najgorzej to jest jak zaczynają się dochodzenia „dlaczego?”. Litości. Co to kogo w ogóle? Co mam odpowiedzieć na takie pytanie? O związkach partnerskich nie chce mi się rozwodzić wtedy, bo zaskakująco duża część moich znajomych ma na ten temat takie zdanie jakby była z PiS. Tacy młodzi, a stereotypami myślą. Wtedy nie chce mi się komuś udowadniać, że moja racja jest najmojsza. To tak jakbym chciała komuś wykazać wyższość fanów pomidorówki nad zwolennikami ogórkowej…

To samo tyczy się tego, że moim życiowym marzeniem nie jest biała suknia z welonem, gromadka rozwrzeszczanych, usmarowanych i wiecznie czegoś chcących dzieci. Nie śnię o tym po nocach i nigdy nie zastanawiałam się, jak będzie wyglądało moje wesele. Myślę, że nie jestem w stanie zrealizować się poprzez gotowanie, sprzątanie, usługiwanie mężowi i niańczenie dzieci. Cóż, nie jestem na pewno i raczej nigdy nie zostanę typową Matką Polką. Jestem Inżynier Blondyną ;)

Czemu to zawsze mi się przytrafia?

Kurwa fak no! Nie mogę inaczej zacząć. Bo jak nie urok to sraczka. U mnie zawsze, kurde. Po pierwsze stwierdziłam, że nie ma w tym kraju pracy dla ludzi z moim wykształceniem. Znowu próbowałam szukać. To się do mnie odezwali. Z klubu go-go. Tak! Nazwali się agencją marketingowo coś tam, więc w swej naiwności wysłałam CV na stanowisko managerskie. Oddzwania miła pani. I mówi, że to owszem manager, ale na wieczornej zmianie w klubie go-go. No jakoś mi to nie leży. A w moim mieście, to nawet nie było gdzie oferty wysłać. Była jedna „interesująca” – wymagania: ukończone studia techniczne, min. rok na stanowisku kierowniczym, itp. itd. oferujemy: zapewnienie narzędzi pracy, pensja 1800 zł/brutto. Super. Czuję, że to oferta życia! Zapewnią mi narzędzia pracy. A ja myślałam, że to trzeba swoje z domu przynieść. No i ta zawrotna kwota wynagrodzenia. Mmm! Szkoda nawet transferu, żeby takie coś wysyłać. Po rozpoznaniu chujowości lokalnego rynku pracy, stwierdziłam, że nie szukam na razie niczego innego.

Mam ostatnio wrażenie, że życie Polaka to jakaś nieustająca farsa. Tylko papież i kaczor w tv. Nic więcej. A, podwyżki jeszcze. Obniżki podobno się też zdarzają. Podobno cen gazu miała miejsce jakiś czas temu. I co z tego? Jak dostałam ostatnio wyrównanie za gaz, to aż przysiadłam z wrażenia. Jedyne 925 zł musimy zapłacić. Zakupy też mnie rozwalają. Nawet w biedrze jest drogo. Kilka pierdółek typu mleko, bułki, warzywa, cukierki i już 50 pln idzie sobie precz.

Chciałam dziś odwiedzić Dziadka. Miałam dla niego całą reklamówkę ubrań i dobra luksusowe w postaci piwa i cukierków. Niestety po cudownej wymianie drzwi, nie mam nowego klucza. No więc stałam pod drzwiami z 15 minut i dzwoniłam. Nie otworzył. Potem dzwoniłam telefonem swojego faceta, bo mi skończyła się kasa na koncie. Ze cztery razy dzwoniłam. Nie odbierał. Zmartwiłam się. Dopiero Mamie udało się do niego dodzwonić. I co? Dziadek bał się otworzyć. Myślał, że to ten facet od drzwi. Nawet nie podszedł do judasza, zobaczyć kto to, bo bał się, że go usłyszy. Super. Nie dość, że Dziadek dał się wpuścić w maliny, to jeszcze jest teraz tak zastraszony, że nie chce wyjść z domu. Boi się, że Tadeusz będzie czekał gdzieś za winklem i coś mu zrobi…

Oczywiście, jak przystało na weekend, musiałam mieć jakąś dolegliwość. Całą sobotę miałam problem z żołądkiem. To już tam takie zwyczajowe. Oczywiście, żebym nie mogła nigdzie pojechać. Tak więc o tym nie myślę wcale. Nie przejmuję się. Nawet bym się czuła dość nieswojo, jakby nie zaatakował mnie nagle tak silny ból brzucha. Tak silny, że musiałam przysiąść na schodkach wychodząc z fitnessu.

Ale teraz zaatakowało mnie coś nowego. Dzikie mięso. Ha! Pewnie zastanawiacie się, co to. Nie, to nie jest latająca karkówka, ani gryzące podudzie z kurczaka. To jest jakiś parch, który wytwarza się przy piercingu. Przy moim ukochanym piercingu nosa! Nie wiem, jak się tego pozbyć. Wygląda obrzydliwie. Jedyna moja nadzieja, że na forum modyfikacji ciała otrzymam sensowną odpowiedź. Lekarz rodzinny odmówił mi wypisania recepty na oxycort. Wrrr! Tak więc chodzę z kinolem czerwonym jak Kulfon i czymś co wygląda jak pryszcz większy od kolczyka.

Dobra kończę te gorzkie żale. Powiem tylko na odchodne, że wkurwia mnie ten śnieg. Po co on pada? Będę musiała wcześniej wstać. A ja rano jestem już taka zmęczona

Tłuściochy

Od jakiegoś czasu oddaję się swojemu nowemu nałogowi, jakim jest fitness. W poniedziałki chodzę na zumbę. We wtorki na total body condition i zdrowy kręgosłup (co drugi tydzień). W środę na interwał, zajebiste zajęcia z finalistką Wyprawy Robinson :) W czwartek na płaski brzuch. Piątek aqua aerobik (doszłam do wniosku, że moje dryfowanie żabeczką, jednak nie jest umiejętnością pływania). Sobota rano joga i interwał. W zasadzie na tej sobotniej jodze przeżywam już agonię. W pozycji psa z głową do dołu kręci mi się w głowie. A przy całym powitaniu słońca mam wrażenie, że to pożegnanie z egzystencją. Najlepsza i najbardziej adekwatna do mojej osoby wydaje mi się wtedy siawasana, czyli pozycja trupa. Tak, bo po całym tygodniu zapieprzania na nie swój biznes i fitnessowania się intensywnie, czuję się jak TRUP.

Tak sobie ostatnio postanowiłam, że będę ćwiczyć. I będę się do tego przykładać. Wyrobię sobie formę i kondycję. Mięśnie piękne niczym u Megan Fox pojawią się same przy tej okazji. No i zmieszczę się w swoje spodnie. Bo teraz czynię takie pseudo-sprytne zabiegi w postaci zapinania paska, a niezapinania rozporka (bo się nie da) i zakładania długiego swetra. No dość mam takich patentów. Przyjdzie lato, a ja co? Sweter sobie zarzucę? I grzybnię pod pachami będę hodować? No więc cisnę tam na tym  fitnessie, jak opętana.

Wysiłek wysiłkiem, ale wymierne korzyści w psychice się pojawiają. Zaczynam odczuwać dystans do pracy. Nagle mam w dupie złośliwego podwładnego. Na faceta, który koniecznie chce zająć moje miejsce (mimo, że wszystko już w życiu osiągnął), także zaczynam wykładać przysłowiową kiełbasę. Bynajmniej do dnia następnego, bo dobry nastrój zazwyczaj pryska o poranku. Myślę, że dobry humor to zasługa niemiłosiernego smrodu, który emituję w trakcie ćwiczeń. Normalnie jak na tym democie „jak chcesz wyglądać jak kociak, musisz spocić się jak świnia”. Póki co bliżej mi do świni, szczególnie po zajęciach, ale kto wie? Może  jeszcze zachwycę się swoim odbiciem. ;) Na razie wkręcam sobie, że ten odór jest zachwycający myśląc sobie „No skoro te ciuchy takie mokre i capią starym kozłem, to na bank dobrze ćwiczyłam.”

A wiecie co? Oprócz tego, że ćwiczę namiętnie, zawzięcie i nie odpuszczam sobie, to jeszcze robię taki mykens, że OBSERWUJĘ sobie. Co obserwuję? Wiem, wiem. To jest pewnie najbardziej interesujące. Na początku obserwowałam panie prowadzące. Teraz trochę się nauczyłam kroków, opanowałam technikę i nie muszę się gapić na instruktorkę jak w pi**ę szpak. No więc patrzę na inne ćwiczące. Patrzę bardzo uważnie. Jak irbis na polowaniu. Nic nie umknie memu bystremu spojrzeniu. I tak np. zawstydzają mnie kobiety 50+. Jaką one mają formę! Szok. Zawsze sobie myślę „Kurde, jaka siara! Ja o połowę młodsza, a dwa razy bardziej koślawa i paralityczna.” I ćwiczę. Przecież to tak być nie może, że swojemu rocznikowi Czarnobyla będę wstyd i hańbę przynosić.

Ostatnio pojawiło się sporo dziewczyn w wieku 16-22 lat. I te to dopiero są koślawe. Ja przy nich jestem mistrzynią gracji, zwinności, gibkości, formy i wszystkich innych takich takich! Powaga. Ćwiczę drugi miesiąc i robię postępy. A te chodzą i połowę zrobią, a drugą połowę serii leżą na macie i oglądają paznokcie. Dziś np. taka jedna do mnie mówi „Trzeba zamknąć to okno, bo zimno.” A ja na to „Trzeba ćwiczyć na fitnessie, to wtedy ciepło.” I patrzy się baranim wzrokiem. „Ćwicz, ćwicz koleżanko, mięśnie same się nie zrobią.” Ha! Widać tu szkołę samego Burneiki. Nie ma opjerdalańja na ćwiczeniach. O nie! Ale taka po chwili sapie. Sapie, jak w napadzie astmy. Wcale się nie dziwię, że sapie. Jak przed wejściem na zajęcia sobie szlugi z koleżankami jarała. Najlepiej to jest po ćwiczeniach. Dziś mówiły, że idą do McD. No i to jest właśnie pokolenie Ronalda McDonalda. Spasione, zasapane, z sadłem do kolan trzęsącym się jak galareta. Porażka. Ja w ich wieku, ani grama zbędnego tłuszczu nie miałam. Dopiero teraz mnie to dopędziło. Co się kurde dzieje, że to młode pokolenie takie wielko-gabarytowe i niewysportowane? Masakra.

Drzwi za 80 pln

Mieliście kiedyś tak, że pewne osoby z chęcią zepchnęlibyście ze schodów? Albo np. zadzwonili do nich z numeru na kartę i umówili się, a potem dotkliwie pobili? Najlepiej tak, żeby przez kolejne dwa miesiące delikwent siedział w gipsie. Ja mam tak teraz. Wczoraj zadzwoniła do mnie Mama, że u Dziadka wymienili drzwi. Można by pomyśleć, że znowu mi się coś nie podoba na wyrost, bo co się spinać o wymianę drzwi? Przy takiej wymianie jak ta wściec się to dużo za mało.

Zacznę od początku. W czwartek p. Tadeusz o nazwisku brzmiącym jak nazwa popularnego rudego grzyba przyszedł do mojego 76-letniego Dziadka. Powiedział, że jest ze spółdzielni i wymieni mu drzwi na nowe za 80 zł. Wystarczy tylko, że podpisze zgodę na wymianę drzwi, bo przecież musi spółdzielnia wiedzieć, którzy lokatorzy chcą takiej modernizacji. Dziadek podpisał. Jak to starszy człowiek, nie przeczytał co podpisał.

Na drugi dzień przeszedł p. Tadeusz i drzwi wymienił. Powiedział, że teraz czas na podpisanie protokołu wymiany. To też Dziadek podpisał. Poprosił jeszcze o wyniesienie starych drzwi, bo on nie da rady. Monter zgodził się ochoczo. Zostawił kopie papierów i poszedł. Dziadek dzwonił szczęśliwy do każdego i mówił, że ma nowe, eleganckie drzwi. Tylko za 80 zł. Moja Mama zdziwiła się i zadzwoniła do spółdzielni zapytać o te wymiany. Okazało się, że Spółdzielnia nic o tym nie wie. Żadne takie prace nie są zaplanowane na ten rok.

Tknięta złym przeczuciem pojechała do Dziadka razem z Wujkiem. Okazało się, że te drzwi to model najekonomiczniejszy z ekonomicznych. Już chyba większego szrota się nie znajdzie. Już te, które Dziadek miał wcześniej były lepsze. To jeszcze pół biedy. Gorszy problem wykryli w „protokole wymiany”. Okazało się, że ten protokół to tak naprawdę umowa z bankiem Santader. A zlecenie wymiany to umowa zlecenie opiewająca na kwotę 1586 zł. Co ciekawe na umowie tej jest pieczątka p. Tadeusza. Firma zarejestrowana w Sopocie. Nie ma NIPu, ani REGONu, które na takiej pieczątce powinny być. Napisane jest, że w przypadku odstąpienia od umowy albo nie spłacania kredytu p. Tadeusz może w każdej chwili wymontować drzwi.

Dalej jest już tylko gorzej. Kwota kredytu to 2580 zł rozłożona na dwa lata spłat. Kto jest przedstawicielem banku podpisującym umowę? Pan kurwa jego mać Tadeusz R. Kroi więc Dziadka, że aż huczy. Oczywiście zgodnie z prawem bankowym od umowy można odstąpić. Tylko, ze wtedy ten facet w każdej chwili może przyjść i drzwi z zawiasów ściągnąć… I co wtedy? Dziadek zostanie bez drzwi, bo starych nie ma. Jasne, że możemy kupić mu nowe i to zrobimy jak będzie trzeba.

Tylko bulwersuje mnie to, jak można aż tak nie mieć skrupułów i podtykać ludziom takie papiery pod nos. Najłatwiej iść do emeryta i nabijać go w butelkę. Dziadka te drzwi faktycznie kosztują 83 zł, ale miesięcznie. Plus do tego odsetki i inne koszty bankowe. Pytała Mama Dziadka, jak podał dane do umowy. „Ja mu nic nie podałem, bo ja nic nie pamiętam. On sobie sam poszukał w moich papierach. Jak powiedział, że ze spółdzielni to mu pozwoliłem.” I takim sposobem, wykorzystując łatwowierność spisał numer dowodu, pesel, nieaktualny numer telefonu. Wszystko z jakiejś starej umowy o świadczenie usług telekomunikacyjnych. Znalazł też stary odcinek emerytury i sobie wprowadził do umowy.

Wiadomo, sprawę zgłosimy do Rzecznika Praw Konsumentów i na policję (tu hit – nie chcieli od mojej Mamy przyjąć zgłoszenia, bo nie było dzielnicowego….) raz jeszcze. Nie chcę czytać w komentarzach tekstów typu „Stary i głupi, na co się zgadzał, to ma.” Itp. Itd.. Bo to w żaden sposób nie usprawiedliwia Tadeusza R. Wykorzystywanie ludzi w taki chamski sposób to zwykłe skurwysyństwo. To tak, jakby mówić, że okradzione przez dorosłego faceta dziecko jest same sobie winne, bo jest od niego mniejsze. Zamiast zarabiać na oszukiwaniu starszych ludzi, niech ten dupek wybierze się do jakiegoś domu pomocy społecznej lub hospicjum pomagać ludziom. A przede wszystkim nich weźmie się za uczciwą robotę. Wolałabym uczciwie myć zarzygane kible niż tak ludzi nabijać w butelkę. Mam nadzieję, że tego gościa ktoś potraktuje tak jak mu się należy.