Dajcie już spokój z tym Benedyktem

Za ten wpis mało kto mnie pochwali. Jeszcze więcej nazwie mnie poplecznikiem Janusza Palikota. Inni wyzwą. Jednak pęknę, jak tego nie napiszę. Na początek zaznaczę, że świetnie sobie zdaję sprawę z tego, że mieszkam w katolickim kraju. Czasem nawet myślę, że w ultrakatolickim. Żeby nie było – nie przeszkadza mi w co, kto wierzy. Generalnie mam to gdzieś. Każdy może sobie bić pokłony przed takim bogiem, w jakiego ma ochotę wierzyć. Może też sobie przeżywać, gdy głowa jego kościoła ma się zmienić.

Męczy mnie jednak wszechobecny Benedykt. Jest wszędzie. Nawet na Demotywatorach. Co dzień w porannych wiadomościach widzę newsy z ww. związane. Naprawdę rozumiem powagę sytuacji i jej znaczenie dla wiernych. Ale nie rozumiem tego, że non stop trzeba o nim powtarzać. Benedykt to, Benedykt tamto. Telewizja jest świecka, państwo podobno też. To dlaczego tak ciągle o tym trąbimy? Przecież istnieje podstawa tego, że państwo i kościół to rozdzielność. Tak właściwie to wydarzenie nie zmienia niczego w sferze życia niezwiązanej z kościołem. Czy wybór nowego Papieża wpłynie jakoś na bezrobocie w Europie? Albo czy gospodarka ruszy z tego tytułu do przodu? A może spowolni? Na szczęście pierwsze z drugim, trzecim i czwartym nie jest wcale skorelowane. Więc jeśli nie jest i nie ma wpływu na nasze życie, to po co o tym w kółko opowiadać?

Szanowni Redaktorzy! Błagam odpuśćcie już z Benedyktem w telewizji i necie. Jest dużo innych ważnych i ciekawych wydarzeń na świecie, na które można by poświęcić ten czas antenowy. Przecież istnieją telewizje i strony internetowe poświęcone takim sprawom. Tam każdy zainteresowany może zasięgnąć wiedzy na ten temat. Nie twierdzę, żeby nie mówić o tym wcale. Po prostu zmniejszyć częstotliwość informowania o 70%. Wtedy będzie to do przełknięcia i strawienia.

Nadmienię jeszcze, żeby wszelkie spekulacje uciąć w zarodku, że podziwiam Papieża za to, że wiedział, kiedy zejść ze sceny. Człowiek, który odpuszcza w odpowiedniej chwili i potrafi przyznać się, że nie jest już w stanie dłużej piastować swej funkcji, zasługuje na uznanie. W naszych czasach każdy przez do przodu i trzyma się stołka, jak długo tylko może. Nawet, gdy każdy mówi w twarz, że powinien już ustąpić. Benedykt XVI dał doskonały przykład każdemu z nas. Jeśli piastujemy poważne stanowisko i nie do końca dajemy sobie na nim radę, powinniśmy odpuścić. Dla dobra sprawy. Albo robimy coś porządnie albo wcale.

Drogi po zimie

Już kończy mi się cierpliwość do stanu dróg w moim mieście. Po każdej zimie jest tragicznie. Dziury pojawiają się jak grzyby po deszczu. Wystarczy tylko mróz i odwilż. Stare drogi wyglądają jak ser z dziurami. Mogę to jakoś zrozumieć, że nawierzchnia pamiętająca Gierka lub innego zacnego towarzysza, jest w tragicznym stanie. Ale nie mogę zrozumieć, że nowe drogi ery Tuska już po roku robią się tak samo dziurawe jak gierkowe. W wakacje oddali do użytku kilka ulic po remoncie, a już pojawiły się pęknięcia i koleiny. Tragedia.

To samo u nas pod blokiem. Dziura obok dziury. Niektórych nie da się ominąć bez kolizji ze słupkiem albo innym samochodem. Nie wspominam o tym jak cudownie się parkuje, gdy skręcone koło wpadnie w taki dołek. Porażka. Ostatnio wracając ze sklepu patrzyłam na naszą uliczkę. Jak na księżycu. Krater obok krateru. W jednym było widać kilka warstw, które po kolei odpadały. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest tak, że ten meteoryt z Czelabińska tutaj też urzędował? Bo jak to wyjaśnić, że na powierzchni 10 metrów kwadratowych jest około pięciu wielkich dziur? Przecież oni będą to przez dwa miesiące łatać. Czy to nie lepiej już zerwać to wszystko niż zalepiać te dziury?

Jak wyjedzie się z drogi osiedlowej na normalną, jest to samo. Już raz musiałam robić zbieżność po bliskim spotkaniu z dziurą, którą zakryła kałuża. Jakbym nie uważała, to pojawiają się nowe. Regularnie wjeżdżam w takie „kwiatki” i klnę pod nosem. Zawieszenie samo potem się nie naprawi. Za darmo też nie. Ciekawa jestem, czy w innych miastach też jest taka padaka? Jak na razie w najlepszym stanie jest fragment wybrukowany poniemiecką kostką, tzw. kocimi łbami. Jak to możliwe, że droga budowana ponad 70 lat temu jest w lepszym stanie niż te wylane rok temu?

Faceci istoty subtelne

Nie raz, nie dwa zdarzało mi się facetów krytykować i punktować ich cechy, które sprawiają, że są istotami ewolucyjnie opóźnionymi w stosunku do kobiet. Szczególnie łatwo dostrzec to na poziomie emocjonalnym. Nikt nie dowali Ci z grubej rury tak jak Twój facet, ewentualnie kolega lub znajomy z pracy. Są też dżentelmeni, którzy na ulicy poczęstują Cię takim komplementem, że przez kolejny tydzień będziesz się zastanawiać, czy aby na pewno warto wychodzić z domu.

Koleżanka założyła kiedyś modne w tamtych czasach białe spodnie (miałyśmy może 16 lat). Lato, słoneczko, sandałki. Wystroiła się jak małpa na występy cyrkowe. Miał być podryw i okrzyki zachwytu. Idziemy sobie ulicą. Przechodzi jakiś chłopak i patrzy na nas. Ona zawsze była była tą doroślej wyglądającą, a mi dawali 13. Więc nadęła się jak paw i była pewna, że znowu będzie podrywana. Ja zresztą też. Podszedł delikwent do nas i mówi do niej „Zdajesz sobie sprawę, że biały pogrubia? Twojej młodszej koleżance takie spodnie by pasowały. Ale ty lepiej idź się przebierz z tym grubym tyłkiem.” I tyle. Jaki cham. Ta porada stylistyczna, delikatna i subtelna, jak komentarze p. Wojewódzkiego o p. Rusin, tak jej zapadła w pamięć, że więcej nie założyła takich spodni. Wtedy już zaczęłam podejrzewać, że faceci to podłe stworzenia. Potem, z biegiem lat, już tylko utwierdzałam się w tym przekonaniu.

Jeśli przypadkiem działo się tak, że zapominałam o tym, to samo życie zmuszało mnie do przypomnienia sobie tego. Ostatnio poszliśmy w miasto na melanż. Brzmi szumnie, biorąc pod uwagę fakt, w jakiej dziurze mieszkam. Tak, czy inaczej nie zmienia to faktu, że poszliśmy ze znajomymi na zupę chmielową do pubu. Tak się składa, że byli to znajomi ze studiów, sami faceci. Siedzieliśmy, gadaliśmy, spożywaliśmy wyżej wymienioną zupę. Było całkiem fajnie. Większość długo się nie widziała, więc wreszcie można było sobie pogadać. Było całkiem spoko, aż nie zeszli na temat pewnej niewiasty. Chyba wszyscy oni mieli na nią ochotę, bo niezdrowo podjarali się tematem. Nie udzielałam się zbytnio, bo co by nie powiedzieć to będzie źle. Albo zaczną podejrzewać mnie o biseksualne skłonności, albo zwalą wszystko na zazdrość.

Średnio chciało mi się o tej lasce gadać. Szczególnie dlatego, że podejrzewam swojego faceta o nadmierne ślinienie się na jej widok i ogólną chęć na wspólne miłe chwile tylko we dwoje. No cóż. Kobieca intuicja. Nie ma co z tym dyskutować. Nie jeden raz pożarliśmy się o to. Sam mi kiedyś powiedział, że zanim zaczęliśmy być ze sobą, próbował nawiązać jakiś kontakt. Ciekawe w jakim celu, hmm… No i gadają, gadają, a nagle mój osobisty mistrz subtelności „Widzisz, widzisz! To on się z nią całował, a nie ja! A Ty wiecznie taka zazdrosna.” Wszyscy w śmiech. A ja siedzę. I patrzę wzrokiem skrytobójcy. Stwierdziłam, że nie warto polemizować z tym zupełnie niepotrzebnym stwierdzeniem i powiedziałam tylko jedno polskie słowo na k znane na całym świecie. Na to jeden kolega odezwał się „Haha. A ty wiesz, że on przecież do niej zarywał i go olała.” Nie wiem, czy miałam się zesrać z żalu i zalać łzami? Wszyscy zamilkli i atmosfera zgęstniała, jak zupa po dolaniu śmietany z mąką. Chciałam mu powiedzieć, że jedyna dupa jaką on zarwał przez całe studia to Sasha Grey na RedTube, ale dałam sobie spokój. Okazałam serce i puknęłam się tylko w czoło.

Jednak wpienili mnie. I jeden i drugi. Dla mnie to już było po zawodach. Byłam wewnętrznie wkurwiona do końca imprezy. Po co w ogóle jeden z drugim to powiedział? Szczególnie ten nasz cudny kolega. Tak mi podpadł, że patrzeć na niego do teraz nie mogę. Nie pomyślał półgłówek, że gdybym o tym nie wiedziała, to mogłabym się wściec na swojego faceta i strzelić focha? Mogło mi się też zrobić zwyczajnie przykro, co się też stało.

Po raz kolejny potwierdziła się moja teza, że faceci to emocjonalne karły. Zero wyczucia chwili i sytuacji. Jak się ich poznaje, udają kochających, wrażliwych, romantycznych i generalnie słodkich aż do wyrzygania. Pomieszkasz, poznasz takiego i wychodzi szydło z worka. Strzeli Ci komplementem typu „ty moja wielorybko” albo „kaczanko”. Potem każdy atak odpiera starym jak świat stwierdzeniem „Nie wiem, o co ci znowu chodzi. Nic złego nie miałem na myśli. Przecież ładnie do ciebie mówię!”

Trzeba to zmienić

Kurwa. Muszę schudnąć. Do swojej optymalnej wagi. Czyli 50 kg. Nie dam rady dłużej jako tłuste 58 kilowe babsko. Nie przy moim wzroście. Nie mogę już tak dłużej. Jestem uzależniona od płaskiego brzucha. Od chudych nóg. Źle się czuję w swoje pseudo kobiecej skórze. Każdy może powiedzieć, że tamta waga to absurd. A ja wiem, że nie. Znam siebie. Znam swoje wymiary. Swoją budowę. Jestem MAŁA! Z obecną wagą jestem tłusta. Po prostu.

Muszę też mniej pić. Ćwiczyć 4 razy w tygodniu. Wtedy to zda egzamin. Ogarnąć się. Nie jestem sobą. Wyluzowaną laską ze słuchawkami na uszach, która ma wszystko w dupie. Póki miałam wszystko w dupie, życie się układało. Zaczęłam się przejmować. Posypała mi się psychika. Wszystko się sypie… Olać to. Chcę znowu wszystko mieć gdzieś! Tacy ludzi żyją dłużej. Będę tak się spinać i pierdolnę na zawał w wieku lat 29?

Chcę opuścić to miasto. Muszę to zrobić w ciągu dwóch lat. To maks. Tu ludzie umierają. Kto ma trochę rozumu – ucieka. Też muszę uciec. Póki nie mam dzieci. Strasznym by było pozwalać dzieciom dorastać w mieście, gdzie oprócz ćpania/picia na ławce pod blokiem nie ma innych rozrywek. Taka okrutna nie jestem.

Zapisałam się do lekarza. Takiego od duszy i psychiki. Idę w piątek. Mam nadzieję, że dożyję. Może jakiś prosac, coś?

Miłej nocy!!

jazda

Lecimy nie śpimy

Bez kitu mój dzisiejszy stan przypomina mi te okrzyki „Jadą! Jadą świry jadą!” wykrzykiwane w rytm jakiejś dzikiej łupaniny i gwizdków. Do tego laski w białych spodniach biodrówkach tak krótkich, że ledwo zakrywają tę część ciała, która odróżnia je od facetów. No i oczywiście białe kozaczki i stringi naciągnięte prawie pod pachy. Nie zapominam o kolesiach w białych rękawiczkach. Wytrzeszczone oczy i ryje powykrzywiane po tabletach. Co oni tam musieli mieć za filmy w głowach. Teraz już chyba, na szczęście, takich dyskotek już nie ma. Dobrze, że to umiera śmiercią naturalną, bo to był zły zaułek ewolucyjnej drogi ludzkości. Ale przy odrobinie pecha, jaki mnie dziś spotkał, można sobie to przypomnieć.

Rano było jeszcze całkiem spoko. Po śniadaniu wzięłam się za robienie jabłkowo cynamonowego ciasta, które zawsze wychodzi. Mój facet latał po mieszkaniu i czynił porządki. Taka mobilizacja wzięła się z wizyty teściów. Jeszcze u nas nie byli wcześniej, więc objawiła się napinka na to, żeby odnieśli wrażenie, że jesteśmy w pełni poczytalną parą młodych i normalnych ludzi. Chyba się udało, nawiasem mówiąc. Przyjechali, posiedzieli, popatrzyli, wypili herbatę i zjedli ciasto. Teściowa nawet wzięła przepis i trochę na wynos. Teściu opowiedział nam o sile, wielkości i prędkości meteorytu nad Czelabińskiem.

Nie ma co ukrywać, zestresowaliśmy się tą wizytą. Szczególnie ja. Nagle wszystko mi nie pasowało. Dostrzegłam beznadzieję naszej „zastawy” – filiżanki z jakiegoś demobilu od ciotki z piwnicy, dzbanka na herbatę i mleko brak, widelczyków do ciasta brak, trzy sztuki talerzyków z biedronki i czwarty w jakieś kurwa kurpiowskie wzory. Szpetny zestaw, jak dupa Hadesa. Do tego chociaż mieliśmy łyżeczki wszystkie takie same.

Po ich wyjściu poczułam, że zaczyna mnie rozbierać coś w rodzaju grypy. Postanowiłam sobie zrobić dobrze i polepszyć własny stan zdrowia. Zrobiłam sobie Teraflu. Wypiłam. Fajny ciepły, cytrynowy napój. Po piętnastu minutach zaczyna się wkręcać. Dźwięki dobiegają jakby z daleka. Dowolnie obrany punkt w przestrzeni okazuje się na tyle ciekawy, że można na niego patrzeć bez przerwy. Po około minucie bez mrugania, wszystko zaczyna na około falować. Głowa sama leci na boki. Stwierdziłam, że nie jestem gotowa na aż taki trip. Ubrałam płaszcz i wyszłam z domu. Chciałam się otrzeźwić świeżym powietrzem. Chodnik okazał się interesujący, ale niestety składał się z kilku płaszczyzn. Zaniosło mnie do media expert. Tam nie spodobała mi się rażąca żółć. Która bolała wręcz w oczy. Utrzymanie równowagi też nie było proste, ale trzymałam się twardo. Niestety te wędrujące regały… Oddalają się i przybliżają. Bałam się, że w drodze powrotnej znajdę się w krainie nietoperzy. Las Vegas Parano. Najlepiej na takiej bombie położyć się do łóżka i czekać, aż przejdzie. No, ale jak tu leżeć, jak się lata? Unosisz się 15 cm ponad łóżkiem. Lewitacja? Łotafak?!

Z czego robi się te leki na przeziębienie? I dzieciom też podobno można to dawać. Cały dzień mam wyjęty z życiorysu. Już chyba wolałabym się zesmarkać w rękaw, niż tak latać, jak dyskotekowy ćpunek. Teraz mam jakieś zejście. Zimno mi i mnie telepie. Mózg jak wykręcony przez pralkę frania. Patrzę na okno. Miga. To patrzę na ścianę. I dalej widzę to okno.

I pomyśleć, że marihuana w naszym kraju dalej nielegalna. A teraflu legalne. Dziwy niepojęte.

Czas w końcu na decyzję

Po koszmarnym czwartku i piątku podjęłam decyzję. Skorzystam z pomocy lekarza specjalisty. Dziś jest ok. Wczoraj i przed wczoraj czułam jedną, wielką pustkę. Nie byłam w stanie zrobić najprostszej rzeczy, ani podjąć jakiejkolwiek decyzji. Są chwile, kiedy zaraz po obudzeniu myślę tylko o tym, żeby się położyć znowu do łóżka. Nie mam powodów do ciągłych dołków. Mam mieszkanie, samochód, faceta, dość dobrą pracę, dwa fakultety. Kota. Wszystko jest ok. A mi nie jest ok. Życie stało się zbyt trudne, żeby je kontynuować, mimo że nie ma żadnych większych przeszkód.
To się podobno nazywa depresja. I dotyka w większości ludzi inteligentnych. Bo idiota nie będzie zbyt dużo rozkminiał. Jak mi miło, że jestem w tej zacnej grupie ludzi depresyjnych. Chociaż tyle dobrego, że poprzez to schorzenie potwierdza się moja inteligencja. Mam tylko nadzieję, że do czasu spotkania z lekarzem nie skończę ze sobą. Ostatnio było blisko. Czułam się, jakbym zgubiła się na pustyni. Gdzie nie spojrzysz, tam to samo. Gdzie nie pójdziesz, to samo. Czym dalej idziesz, tym gorzej. Czym mocniej z tym walczysz, tym więcej sił z Ciebie ucieka.

Delikatna poprawa

A więc mili Państwo stwierdziłam, że jeszcze nie umrę. Znalazłam motywację do dalszej egzystencji. Jest tyle osób, które wkurwię dalszym poruszaniem się po tejże planecie, że sobie jeszcze pożyję. Zrobię im na złość. Doszłam też do wniosku, że należy ogarnąć swoje sprawy, skoro jeszcze się nie wybieram na tamtą stronę. Spisałam to wszystko na kartce. W zasadzie to mój facet spisał, gdy ja zawodziłam nad beznadziejnością swojej sytuacji. I tak np. od listopada mam nieważne badanie techniczne pojazdu. Jest dość nowy, sprawny i wspaniały, więc chyba moja podświadomość uważa, że takie badanie nie jest potrzebne. A czy w zasadzie jest? Skoro nawet, gdybym miała rzępolącego trupa, który dławi się i staje co pięć metrów, to i tak bym mogła mieć podbite badanie. Poszłabym do jakiegoś Gienka tudzież Józka i za flaszkę, bym temat załatwiła. A tak muszę wyłożyć stówę, żeby jakiś facet powiedział, że mój pojazd może jeździć.

No, ale niech im tam będzie. Zasilę lokalną gospodarkę. W końcu każdy wydatek to moja mała cegiełka w walce z kryzysem. Niech żyje konsumpcja! I tym hasłem się ostatnio podparłam. Wybrałam się na zakupy. Stwierdziłam, że skoro nie chce mi się żyć, to chociaż ładnie się ubiorę na te ostatnie dni. I tak w Bershce na wyprzedaży za niecałe 300 pln zakupiłam: kożuszek do pasa, płaszcz (to chyba jest trencz, what ever, w stylu lat 60), dwie pary spodni, dwie koszulki, jedną bluzkę, torebkę, apaszkę. I te zakupy poprawiły mi humor.

Potem doszłam do wniosku, że może czas zadbać o kondycję. Nieco to niespójne z moimi wcześniejszymi wizjami samobójczymi. Tak, czy siak wybrałam się na ten fitness i na inne tortury. I też mi się nastrój polepszył. Może jestem masochistką? Potem poszłam już tylko za ciosem i zrealizowałam receptę na okulary. Teraz wreszcie widzę, jak daleko są nadjeżdżające pojazdy. W ogóle więcej widzę. Co prawda kolory dalej słabo rozróżniam, ale kij tam z kolorami. Podstawowe znam :)

Odmieniona tym wszystkim z chęcią do życia na poziomie pięciu procent odnalazłam papiery od starego lapka (dwuletniego) i oddałam dziada do serwisu. Jak wróci to go puszczę na alledrogo. Potem szło tylko lepiej. Znalazłam umowę z funduszem emerytalnym i wreszcie zaktualizuję dane. Proszą mnie od około czterech lat. Myślę, że skoro są tak wytrwali, mogę im tę łaskę uczynić.

Dodatkowo poszłam w sobotę na piwo do znajomych. I dałam się wyciągnąć na imprezę. Było zajebiście. Co tu dużo mówić. Fajna muza, znajomi, których dawno nie widziałam. Odstresowałam się. Tylko na drugi dzień, śniły mi się jakieś dysze i króćce. Potem miałam bliskie spotkanie z kiblem. Tak się kończą imprezy z dawno niewidzianymi znajomymi. „No ze mną piwka nie wypijesz? No weeeeź. Postawię Ci.” „No dobra. Jak już tak nalegasz.” Słaba ze mnie zawodniczka do pijaństwa, dlatego zawsze umieram na drugi dzień.

Miałam też wizję wielkich mew ze sprężarkami zamiast głów. Nie pytajcie skąd to. Nie wiem! Tylko latają te mendy 12km w głąb lądu od linii brzegowej. Niedobrze, bo nie dość, że niszczą głowę po tym jak człowieka poniesie melanż, to jeszcze rozpiżdżają lokalny ekosystem. W naszym mieście było kiedyś mnóstwo wróbli. A teraz ich nie ma. Są MEWY. Pewnie zeżarły te biedne wróble. Jak mi te małe szaraczki za oknem śpiewały, to było miło. A teraz strach okno otworzyć. Drze się to jak poronione całe poranki. Do tego wyjadają suchą karmę, którą rzucam bezpańskim kotom. To mnie wkurwia najbardziej.

Jak więc widzicie, wracam do formy. Nawet byłam dziś u lekarza pierwszego kontaktu. Dał mi antybiotyk do smarowania na mojego parcha. I skierowanie na usg jamy brzusznej. I zupełnie niepotrzebne tabletki na refluks. Zastanawiam się, czy jest sens się truć. I leczyć na coś, co mi nie dolega. Rozważałam wybranie się do psychologa. Postanowiłam wstrzymać się i oszczędzić jego/jej psychikę. Swój mrok wewnętrzny i obłęd zachowam na razie dla siebie.

Wracam do świata żywych :)

Nie było, a jest

Już myślałam, że ze mną wszystko OK. A jednak nie OK. Wróciłam do stanu sprzed roku. Kompletna depresja. Chciałabym coś napisać na blogu, a nie mogę się w sobie zebrać. Chce mi się tylko siedzieć i płakać. A najchętniej spać. Co rano toczę ze sobą walkę, żeby w ogóle wyleźć z łóżka. Wbijam sobie do głowy, że jednak warto, bo jak nie wyjdę, to będzie jeszcze gorzej. I tylko z obaw przed konsekwencjami wychodzę. Czas przecieka mi przez palce i jestem wiecznie zmęczona. Jeszcze dobrze oczu nie otworzę, a już myślę o tym, żeby iść spać!

Pogrążyłam się w jakimś dołku rezygnacji. Mimo wszelkich starań – tyję dalej. Już chyba nie ma co się łudzić, że w swoją starą garderobę zmieszczę dupsko. Lepiej wydać te ubrania biednym dzieciom – dorosła kobieta raczej się w ten rozmiar 32/34 nie zmieści. Przez dłuższy czas bałam się, że mam guza wątroby. Kiedyś na badaniu USG lekarz przypadkiem wychwycił torbiele. Ale zapewnił mnie, że 3/4 dorosłej populacji takowe posiada i nie są niczym strasznym. No więc się nie martwiłam. Do swego ostatniego badania u lekarza rodzinnego. Miętolił mi brzuch i nagle w okolicach wątroby się zatrzymał. Orzekł, że niedobrze, bo mocno napuchnięta.

I wtedy zaczęłam się zastanawiać nad sobą. Ciągle czuję gorycz w ustach, której nie sposób niczym zagryźć. Język mam żółty, a nie palę. Myślałam, że to od herbaty. No i boli mnie we wskazanym przez lekarza miejscu. A jak z tych torbieli wyrosło nagle jakieś niewiadomo co? Przecież walą do tego żarcia teraz jakieś chemiczne ulepszacze, spulchniacze, zagęstniki, antyzbrylacze i chuj znajet co jeszcze. Równie dobrze można się nażreć nawozu i wyjdzie na to samo. Jak ta biedna wątroba ma to wszystko przerobić? Nic dziwnego, że w wieku lat niecałych trzydziestu wysiada.

Ostatnio pogorszyło mi się nawet tak, że jak rano wstawałam to już mnie bolała wątroba… Nic miłego. I tak się męczę w nieświadomości, a do lekarza zwyczajnie boję się iść.

Do tego mój dołek psychiczny sięgnął tych rozmiarów, że nawet zaniechałam chodzenia na fitness. Co prawda przez tydzień, ale zawsze. Nawet nie odwiedzam blogów, które lubię, bo nie chce mi się lapka włączać.

Mam nadzieję, że uda mi się z tego wygrzebać i wrócić do świata żywych. Bo teraz autentycznie nie chce mi się żyć i nie widzę sensu w czymkolwiek.