Dół dna

Dawno już tak kiepsko nie było. Czuję się tak podle i źle, że piszę ten wpis tylko po to, aby uporządkować jakoś myśli. Generalnie nie ma czego porządkować. Ostatnio bywam tak zmęczona, że nie mam siły iść do łazienki i ogarnąć się do spania. Tak więc siedzę i oglądam sobie tv albo neta przez dwie lub trzy godziny. I myślę sobie „muszę zaraz wstać z tej kanapy”. I sobie kurwa nie wyobrażam dalszego życia w tym pięknym kraju. Bo skoro będąc w kwiecie wieku, nie mam już sił na nic, to jak ja mam dożyć emerytury?! I jak ja mam się w ogóle nie załamać? Przychodzę z pracy i mam tak wyeksploatowany mózg, że nie wiem jak mój kot się nazywa. To jak jeszcze ogarnąć coś w chacie i ogarnąć siebie? Jak tak dociągnąć do trzydziestki? Bo o czterdziestce nie myślę.

Jakby tego było mało, wlazły na moją fizyczność plagi wszelakie. A więc uczulenie. Podobno pokarmowe. Pokryłam się egzemą na całych rękach i nogach. Strasznie to to swędzi i rozplenia się w tempie wykładniczym. Nie mogę ze sobą nic zrobić. Boję się nogi ogolić, bo jeszcze rozniosę to dalej, na te miejsca gdzie samo nie dotarło. Dobrze, że to nie lato, bo ludzie by myśleli, że małpa z zoo uciekła. Na jodze też cisnę ubrana w długi rękaw i pocę się jak głupek. Ale to wynika z mojego dobrego serca. Nie chcę ludzi tym wykwitem straszyć. Taka jestem dbała o wrażenia estetyczne współćwiczących! Do tego chciała mnie rozłożyć grypa, ale się nie dałam. No i doszedł kolejny produkt, po którego zjedzeniu nie mogę oddychać…. Do tej pory mogłam podduszać się słodzikiem. Teraz jeszcze serek typu feta/bałkańskiego.

Ponarzekałabym z chęcią jeszcze, ale kończę. Bo muszę się pod kolanami podrapać. Poza tym nie chcę na raz wyczerpać wszystkich tematów, na które mogłabym poujadać. Pozdrawiam i życzę wszystkim spokoju i nie wchodzenia w stan umysłowego zombie, jak ja :)

Głosujcie! Wpiszcie E00415 i wyślijcie sms na nr 7122 (1,23zł z VAT)

Dawno mnie tu nie było. Na nic nie mam czasu. Teraz także piszę notkę w locie. Mój blog nie jest godzien wysyłania smsów na niego. JEST ZA TO COŚ, CO WAM POLECAM KARMELKOVA.BLOG.PL

Reszta jak w tytule :) Jak minął Wam tydzień? U mnie wariacko i szybko… Mam nadzieję, że uda mi się niedługo wreszcie coś nasmarować.

Pozdrawiam i życzę miłego weekendu!!

bubu

Bubu bez oczka szuka domu – pomóżcie go znaleźć

Dzisiaj tak szybciutko. Przypadkiem trafiłam wczoraj na to na FB i bardzo mnie to wzruszyło. Nie będę ściemniać, pobeczałam się po przeczytaniu tego. Smutne i tragiczne. Nie rozumiem niektórych ludzi. Może jakiś kociarz na to trafi. Śliczny koteczek. Do takich biało czarnych mam szczególny sentyment. Opis poniżej, zdjęcie kocurka i do tego link.

Bubu to około półroczny wykastrowany kocurek, którego zabraliśmy z jednego z zakładów pracy. Bubu był tam atrakcja, nie ma nic bardziej zabawnego niż kot, który chcąc wyjść wali głową w ścianę. Bubu początkowo bardzo się bał, teraz jednak okazał się ogromnym pieszczochem, który uwielbia głaskanie po brzuszku. Bubu bez problemu trafia do kuwety i do miseczki z jedzonkiem. Kot poznaje mieszkanie, uczy się jak skakać z tapczanu na podłogę. Wychodzi mu to coraz lepiej, jednak czasem trzeba go asekurować. Nie widzi na oba oczka. Na pewno potrzebuje przynajmniej na początku więcej uwagi niż kot, który widzi. Czy znajdzie się ktoś kto pokocha kota, który widzi sercem?
Kot znajduje się w domu tymczasowym w Tarnowskich Górach, jest pod opieką Fundacji Pomocy Zwierzętom Bezdomnym „Szara Przystań”.
Bubu jest zaszczepiony i wykastrowany. Jest przyjacielski w stosunku do innych kotów.
Kontakt w sprawie adopcji: tel. 514-413-521 lub e-mail: kotkibaziowe@gmail.com

Bubu

Więcej informacji na stronie -  https://www.facebook.com/JaPaczeSercem

 

Pozdrawiam i życzę miłego wieczoru. Oraz żebyście w te mrozy okazali serce bezdomnym zwierzakom!!

Co można zaobserwować na L-4

No to dzisiaj jadę z grubej rury. Na początek cytuję klasyka „Jak żyć?!” Takie mam ostatnio przemyślenia. Dlaczego? Bo jestem na L-4. A wtedy mam nadmiar czasu. Wszystko co mam do zrobienia, zdążę zrobić. Obiadek ugotuję. Nawet coś posprzątam. Piszę swoją powieść. No żyć, nie umierać. Przychodzi mój facet jemy sobie razem obiadek… Człowiek wypoczęty, zrelaksowany, wyspany. Tak bym mogła co dzień. Jeszcze byłoby mnóstwo czasu, żeby o siebie zadbać. Zrobić sobie pazurki, iść do fryzjera, strzelić mejkap dokładnie, a nie na szybko jak co rano.

Normalnie byłabym wtedy jak te wszystkie zadbane laseczki, które mają bogatych mężów i nie muszą pracować. Tak jak jedna moja znajoma z podstawówki. Chodziłyśmy razem do klasy, ale nie kumplowałyśmy się zbytnio. Potem poszłyśmy do innych gimnazjów i nasze drogi się rozeszły. Spotkałam ją dopiero na studiach, gdy pracowałam w popularnej sieci fast food. „Ooo! Cześć! Co tam u ciebie?” „Hej. Spoko. Studiuję i pracuję przez wakacje tutaj.” „A co studiujesz? Bo ja studiowałam trochę kosmetologię, ale przestałam, bo mi się nie chciało.” Powiedziałam, co studiowałam. Musiałam wyjaśnić, na czym to polega. „Ojej! To strasznie trudne. Że też chce ci się. I jeszcze tutaj pracujesz. Przecież to trochę wstyd podawać hamburgery.” „Czy ja wiem? Wstyd to chyba stać przy drodze i czekać, aż jakiś napalony kierowca się zatrzyma.” „Hahaha! No, ale wiesz? Współczuję Ci bardzo. Ciężkie masz życie. Jesteś na jakichś dziwnych studiach, pracujesz w hamburgerach…” „Nie patrzyłam na to w ten sposób.” „A widzisz, ja się ustawiłam. Mam bogatego męża. Co dzień mam, ile kasy chcę na swoje wydatki i nie muszę się męczyć jak Ty.” Wtedy pomyślałam sobie, że ciekawe ma koleżanka podejście do życia. Nic nie robić, tylko doić bogatego faceta z kasy. W pewnym sensie frajera, bo biedak nie widzi, że jest tylko i wyłącznie bankomatem do zaspokajania potrzeb swojej kobiety. Jeszcze wyszła za niego za mąż, aby przypadkiem źródełko sponsoringu nie uschło.

Stwierdziłam, że ja nie chciałabym być taki pasożytem liczącym na łaskę i niełaskę męża. Lepiej mieć mniej, ale swoich pieniędzy, uczciwie zarobionych. Teraz widzę, że suma sumarum koleżanka wychodzi na swojej legalnej formie prostytucji dużo lepiej niż ja. Nie wstaje na komendę, nie stresuje się w pracy, nie użera się z nikim i pewnie nigdy nie jest zmęczona. Za to zawsze zadbana i pachnąca… Tak myślałam w pierwszym dniu zwolnienia lekarskiego. W drugim zaczęłam się już nieco nudzić. Na trzeci dzień odechciało mi się siedzieć w domu i czekać nie wiadomo na co. Zupełnie bez sensu. W ciągu dnia zrobi się tyle samo, co jakby się było w pracy. A wolny czas się dłuży i dłuży. Ileż to można te paznokcie malować?

Co więcej, nie mając po południu już kompletnie nic swojego do roboty, zaobserwowałam coś, czego wcześniej nie miałam czasu zauważyć. Po pracy przychodziłam do domu, ucinałam sobie drzemkę, a potem brałam się za obiad. Przed siedemnastą wracał mój facet i jedliśmy razem. Potem robiłam różne rzeczy. A to pranie, prasowanie, blogowanie, joga, fitness, spotkanie z koleżankami… A teraz zjadaliśmy obiad razem. Po zjedzeniu mój mężczyzna siada do komputera i sprawdza. Demotywatory, Facebook, Wykop, WP, Onet, Joemonster… Długo by jeszcze wymieniać. Albo zajmuje się swoimi tematami. Naiwnie myślałam, że zjemy obiad i porobimy coś razem. Tylko dlatego, że ja mam nadmiar wolnego czasu. A on zajęty swoimi sprawami. No tak. Wcześniej tego nie zauważałam, bo też byłam zajęta.

Naszła mnie z tej okazji taka oto konkluzja – lepiej pracować i mieć swoje życie. Opieranie swojej egzystencji w zupełności na drugiej osobie musi być strasznie nudne. Nie ważne, czy to w kwestiach finansowych, czy wspólnego spędzania czasu. Kiedyś ta druga osoba może się zniechęcić. Jeżeli związek był z miłości, to prawdopodobnie obie strony będą próbowały o niego walczyć. A jak tylko dla pieniędzy, to „bankomat” może się ocknąć i olać temat. Także po raz kolejny stwierdzam, że moje życie nie jest takie złe i że koleżanka nie miała racji. To raczej ja jej współczuję. W zasadzie współczujemy sobie nawzajem. Ja jej tego, że musi liczyć na łaskę pana, a ona mi że mam dużo mniej czasu dla siebie. Każdy kij ma dwa końce.

Wszystko przez Hobbita i pieczone banany

Pfyyy! O tyle mam dziś do powiedzenia. Wszystko mnie strasznie wpienia. Nie, nie zbliża mi się okres. Chyba taka jestem, że cyklicznie muszę bredzić, marudzić i pomstować. Chciałam dziś napisać, jaka to we mnie przemiana zaszła. Że niby już nie jestem tak sfiksowana, jak rok temu i kładę lachę na wszystko wiodąc żywot zacny i spokojny. Bo jak człowiek jest wyluzowany i nie spina zbytnio żelka, to mu jakoś łatwiej wszystko idzie. A i owszem. Ostatnimi czasy wcale się nie denerwuję pracą. Będzie, co ma być. W końcu pracuje się by żyć, a nie żyje by pracować. No, ale jakbym nie narzekała na nic, to czytelnik wchodzący na mojego bloga, na bank myślałby, że gdzieś zbłądził. Tak miło i wesoło, ociekające lukrem wpisy. Jeszcze tylko słitfoci brakuje z dziubkiem.

A tu zonk. Dziś się zeźliłam mili państwo. A wczoraj utknęłam w refleksyjno-marzycielskim szambie. Mieszanka wybuchowa i niebezpieczna. I to tylko dlatego, że wybrałam się na Hobbita. Uwielbiam fantasy, więc nie mogłam się doczekać tego wyjścia. Nawet byłam przezorna i mało piłam z rańca, żeby do kibla nie ganiać na filmie. Opłaciło się. Cały film obejrzałam. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to najlepszy film, na jakim byłam w ciągu ostatnich kilku lat. Jeśli chodzi o efekty 3D sądzę, że osławiony Avatar wymięka w przedbiegach. Fabuła – ekstra. Do gry aktorskiej też nie mogę się przyczepić. Nie czytałam wcześniej książki, więc nie miałam wrażenia, że ktoś podeptał jedyną słuszną wizję ekranizacji, czyli moją. Oczywiście znajdą się ludzie, którzy powiedzą, że w tym filmie idą, idą, idą… i idą. No a co mają robić w filmie fantasy? Jechać, jechać, jechać jak w Fast & Furious?

To jest taka opowieść, która pokazuje, że ważny jest nie tylko cel podróży, ale ona sama. Nie zawsze daje się iść wytyczonym na początku szlakiem. Trzeba z niego zboczyć, trochę zbłądzić i wpaść w mnóstwo tarapatów. Dzięki temu wszyscy integrują się ze sobą, zaprzyjaźniają i potrafią zaryzykować swoje życie, by pomóc przyjaciołom. Tu nie chodzi o to, że Bilbo, Gandalf i krasnoludy IDĄ. Tu chodzi o to, w jakiej sprawie idą i że zawsze stają po stronie dobra. Wiem, że zawijam na okrętkę, ale nie chcę zdradzać fabuły, gdyby jednak ktoś zamarzył obejrzeć ten film. A warto. Jak dla mnie to jeden z takich, które zabrały mi kawałek duszy. Takie dziwne uczucie, kiedy pokazują się napisy, a ja myślę sobie „No nie! To już?” I cały dzień jestem myślami gdzieś indziej. Tak jakby ktoś zabrał kawałek mnie i włożył do tamtego świata w Śródziemiu. Aż nie chce się być tu i teraz, tylko tam i wtedy. Ostatni raz miałam coś takiego, gdy przeczytałam „Ziemie jałowe” z sagi Mroczna Wieża S. Kinga. A wcześniej po „Eragonie”.

Uwielbiam w tych historiach to, że zwykły, szary człowieczek, taki jak ja i setki tysięcy innych, nagle staje w obliczu czegoś, o czym nie może powiedzieć swoim znajomym. Ba! Nikomu! Raz, że mu nie uwierzą, dwa, że lepiej dla nich jak nie wiedzą. I taki zwyklak rusza nagle w nieznane, doświadczając przygód, o jakich nawet nie marzył. Spotyka na swojej drodze istoty, zjawiska, których istnienia nie podejrzewał. Całe dzieciństwo marzyłam, że nagle znajdę jakiś magiczny artefakt, za pomocą którego będę mogła się przenieść do innej magicznej krainy. Szukałam też specjalnych drzwi, które tylko ja będę mogła otworzyć. To samo tyczy się portali. Oprócz książek, gier (ukochane Diablo II) i filmów nie ma niczego, co daje taką możliwość… I to jest strasznie smutne. Chciałabym wierzyć (tak jak kiedyś), że to wszystko możliwe. Chciałabym, aby pewnego dnia przyszedł do mnie taki Gandalf z fajkowym zielem i wyruszyć w taką misję. Z tego wszystkiego najmniejszym problemem jest fajkowe ziele. A reszta… cóż. Mogę gdzieś w głębi duszy wkręcać sobie, że może jednak, kiedyś? Taa… pewnie w psychiatryku ;) Jeśli ktoś chce obudzić w sobie tzw. wewnętrzne dziecko – polecam ten film. Z góry ostrzegam, że konfrontacja z bolesną ZWYKŁĄ I NIEMAGICZNĄ rzeczywistością jest równie przyjemna jak upadek tyłkiem na lód.

No i jeszcze jedno. Jestem niemożliwie leniwa. Więc jak coś robię, to chcę, żeby było zajebiście. I tak np. jest z gotowaniem. Nie potrzebuję książek kucharskich, żeby zrobić potrawy, które już jadłam. Schab w sosie kurkowym? Golonka? Łosoś zapiekany z papryką i sosem śmietanowo-koperkowym? Żaden problem. Jedyne czego nie umiem to ciasta. Mogę skutecznie schrzanić nawet takie z paczki… Ale nie o tym. Miało być o moich talentach kucharskich. Jestem już na tym levelu, że gardzę tajemniczymi miksturami z paczki pt. „Pomysł na”. Kupa. Dosłownie. Tylko brzuch po tych szczypie i odbija się ogniem piekielnym. Łatwiej i taniej zrobić samemu. Tak więc postanowiłam dziś swojemu mężczyźnie odstawić kozacki obiad w postaci wyżej rzeczonego łososia. I nawet się szarpnęłam na deser w postaci pieczonych bananów z czekoladą i lodami waniliowymi. A ta bezczelna gadzina najadła się i zawinęła zadek do kumpla! Wrrr… Gandalfie, gdzie jesteś?! Posiadam doskonałe umiejętności nekromanty i czarodziejki. Umiem zabijać różne stworzenia magiczne i niemagiczne. Radzę sobie dobrze w rozpoznawaniu żywiołów przeciwnika. Sporządzam zajebiste trucizny w postaci karpatki. Myślę, że dałabym radę upichcić nawet starego goblina… W drużynie pierścienia będę jak znalazł. I’m waiting!

Bydgoscy lansiarze. Popieram antyfunpage!

Z nieukrywaną radością przeczytałam dziś o założycielu stronki, na której wszyscy jadą po lansiarzach z pewnego bydgoskiego LO nr 1. Wspomnienia stanęły mi przed oczami, jak żywe. Też chodziłam do LO nr 1. Tyle, że w innym mieście. Też było niby najlepsze wg jakiegoś tam kryterium. I też lansiarzy tam nie brakowało. Można by nawet wyróżnić kilka ich grupek. Najbardziej biło mnie po oczach i mózgu wszechogarniające poczucie wyższości nad resztą, czyli tymi, którzy do innych szkół uczęszczali. Najgorzej, jak były to zawodówki… Mój blond móżdżek nie był w stanie ogarnąć, jak otrzymanie legitymacji z magiczną pieczątką potrafiło dodać punktów w samoocenie. Nagle z szarej myszki ktoś stawał się elitarnym uczniem elitarnej szkoły. Ciekawe czy równie elitarnie załatwiał swoje potrzeby na sedesie?

Wiecznie obkuci, wyryci na pamięć pseudonaukowcy, szczycący się czytaniem encyklopedii do kolacji i nauką do olimpiady za dwa lata… To byłby jakby pierwszy podgatunek lansu z jakim spotkałam się w swoim elitarnym LO. Drugi to były prawie wszystkie dzieci naszych miejskich lekarzy, ortodontów, dentystów, prawników i przedsiębiorców oraz innych gwiazd naszego miasteczka. Ci byli lepsi od innych niekoniecznie w nauce. Oni mieli najnowsze ciuchy, telefony, co zimę jeździli na narty w Alpy, a co lato to jakieś fajne wyjazdy tu i tam. No i tym się lansowali. Z biedniejszymi raczej się nie zadawali.

Kim byłam ja? Osobą, która poszła do elitarnej szkoły raczej z przymusu. Dostałam się, więc musiałam tam iść – taka presja rodziny, żeby dobrą szkołę skończyć. Skutkowało to tym, że więcej mnie tam nie było, niż byłam. Bo jak byłam to słuchałam wywodów grona pedagogicznego, jacy powinniśmy być szczęśliwi, że się do owej szkoły dostaliśmy. Jakby łaska niebiańska na nas spłynęła. Jednocześnie słuchałam, jacy to w zawodówkach i technikach są niedouczeni bezwartościowi przyszli robole. Wspaniały przykład oświaty na poziomie. Tylko jakim? Nauczyciele, którzy zamiast zacierać podziały, pogłębiali stereotypy? Porażka.

Autor stronki piętnującej równych i równiejszych ma moje pełne poparcie. Co prawda sypią się na niego gromy, że wszczyna nienawiść w sieci. Na moje niczego nie wszczyna. Założył stronę, niczyich danych osobowych nie ujawnił, nikogo nawet nie obraził. Zwyczajnie sprowokował. Gdyby elitarna i tak światła młodzież, za jaką się uważają, faktycznie taka była nie dałaby się sprowokować. Byliby ponad tym i nie odpowiedzieliby na zaczepkę. Zadziałał tu prosty mechanizm znany od wieków pt. uderz w stół a nożyce same się odezwą. Śmieszy mnie natomiast fakt, że ociera się to już o prokuraturę… Nikt przecież nie został znieważony, oczerniony, bądź pomówiony z imienia i nazwiska…

Gdy czytam wszystkie doniesienia na temat tego całego antyfunpage’a, jak żywe stają mi obrazy z mojej szkoły. Nie twierdzę, że wszyscy byli do d**y, ale sporej części przydałby się wtedy taki kubeł zimnej wody na głowę. Spotkałam tam wielu wartościowych i fajnych ludzi, którym też nie odpowiadało zachowanie pewnych osób. Obnażanie pewnych zachowań i wystawianie ich na światło dzienne nie jest niczym złym. Także wielkie brawa dla autora! Nie daj się i ciśnij ich tam dalej. Skoro dali się wkręcić, mają coś na sumieniu!

Autor tej stronki wykazał się moim zdaniem dużą odwagą. Rodzice uczniów, których sprowokował, są tzw. „szychami” w mieście, a szkoła jest uznawana za elitarną. Z tego tytułu zapewne wiele osób w mieście liczy się z opinią ciała pedagogicznego i dyrekcji tej szkoły. To samo pewnie tyczy się „ustawionych” rodziców. Mimo to chłopak odważył się pokazać i ośmieszyć pewne zdjęcia w sieci. Wyśmiał też pewne postawy. Zrobił to nie anonimowo, a z imienia i nazwiska na FB. Każdy mógł to zobaczyć. Zapewne liczył się z tym, że nie będzie łatwo. A jednak zrobił tę stronkę i nie zamierza przepraszać, ani jej usunąć…

Kim jest niepełnosprawny?

Zastanawialiście się kiedykolwiek nad swoim pierwszym skojarzeniem, obrazkiem jaki widzicie w głowie, myśląc „niepełnosprawny”? Czy nie jest to tak, że większość z nas widzi osobę na wózku inwalidzkim? Przyznam, że sama też tak mam. Dlaczego zaczynam ten temat? Ponieważ wokół nas jest wiele osób niepełnosprawnych. I wbrew powszechnej świadomości nie wszyscy nie mogą (z różnych przyczyn) chodzić. Problem niepełnosprawności i jej postrzegania przez społeczeństwo najprościej pokazać przytaczając rzeczywiste sytuacje z miejsc parkingowych.

Jak wiadomo, na każdym parkingu jest jedno lub dwa miejsca, na których mogą stanąć tylko osoby niepełnosprawne. Dodatkowo niepełnosprawność musi być udokumentowana i trzeba posiadać specjalną plakietkę wydawaną przez urząd miasta uprawniającą do postoju w takich miejscach. Proste? Proste. Kto może otrzymać taką plakietkę? Każdy niepełnosprawny nie wchodząc w szczegóły. A więc np. osoba po wielokrotnych zawałach, osoba bez którejś z kończyn, z brakiem narządów wewnętrznych, osoba niepełnosprawna umysłowo. Co więcej, na takim miejscu może zaparkować jej opiekun, aby ją podwieźć gdzieś lub odebrać skądś. Do czego zmierzam? Już wyjaśniam.

Świadomość naszego społeczeństwa na temat niepełnosprawności jest raczej hmm… niska. Proste przykłady. Moja Mama jest niepełnosprawna. Nie porusza się jednak na wózku. I parkuje na takim miejscu tylko wtedy, gdy zwykłe są zajęte. Ostatnio pojechałyśmy do galerii (galeria-rezerwuar tematów ;) ), a że był duży tłok, zaparkowałyśmy właśnie na miejscu dla niepełnosprawnych. Wysiadamy. Czekam jeszcze na Mamę, a tu staje przede mną wyfiokowana paniusia i się w głowę stuka. „O co chodzi?” pytam. „Popatrz sobie, gdzie stanęłyście.” „Dobrze wiem, gdzie stanęłyśmy.” Na to podchodzi jej mężuś w gajerku, wyglądający jak biznes man z reklamy „No tak, staną takie pipy na kopercie i niepełnosprawny już nie ma miejsca.” Wkurzyłam się. Nie wie, a gada buc jeden. „Wie pan co? Idziesz pan z dzieckiem i takich słów używasz? Poza tym skąd pan wie, że któraś z nas nie może stanąć na tym miejscu.” „Tak. Akurat. Widać, że zdrowe jesteście. Niepełnosprawni jeżdżą na wózkach! A z was żadna nie wygląda na kalekę.” Chyba moja Mama dobrze mnie zna, bo wzięła mnie pod ramię chwytem policyjnym i powiedziała „Wiesz co? Szkoda gadać. Idziemy.” „Ale…” „Chodź. Nie ma sensu z głupim się użerać.” I poszłyśmy. Krzyczeli, że zgłoszą to do ochrony. Jakie musiało być ich zdziwienie, gdy nikt nie wzywał nas przez megafon do opuszczenia tego miejsca. A ja i tak byłam już cały czas zła. Mama mówi, że już się przyzwyczaiła i nie zwraca na to uwagi. Tamci nawet nie spojrzeli, że mamy plakietkę do takiego parkowania… A nie pomyśleli, że ja np. mogę być niepełnosprawna umysłowo? I że mam na to orzeczoną grupę inwalidzką?

Albo inny przykład. Znam pewnego faceta. Nie ma nogi. I też może parkować w miejscu dla niepełnosprawnych. Nosi protezę i utyka. Opowiadał, jak kiedyś jechał i zaparkował sobie. Po chwili biegnie do niego parkingowy. „Panie! Gdzie pan stajesz?” „Jestem niepełnosprawny.” „No jasne! Utykasz pan, bo kolanko boli i już niby niepełnosprawny?” „Proszę pana, mnie kolanko nie boli. Nie mam jednej nogi.” „Hahaha! Jak pan nie masz, jak pan stoisz?” „Czy mam panu okazać legitymację?” „Nie! Pokaż pan ten brak nogi!” Dopiero, jak podwinął nogawkę od spodni, parkingowy uwierzył. Spalił się podobno ze wstydu i przepraszał. Ale co po takich przeprosinach? Przecież skoro ktoś stoi na obydwu nogach, to na pewno jest z nim wszystko ok. ;/

Nieraz przyjmowałam joby na głowę czekając na Mamę. „Gdzie tu stoisz dziewczyno? To dla niepełnosprawnych.” „I dla osób transportujących niepełnosprawnych także.” „Nic mi o tym nie wiadomo.” „To proszę się douczyć, bo chyba pan nie do końca ogarnia swój zakres pracy.” „Bezczelna dziewucho pokaż plakietkę.” Pokazuję. „Zdjęcie!” „Nie pokażę zdjęcia, bo to nie moje. Ja jestem tylko osobą przewożącą.” I tak w kółko ćwiczymy ten dialog do znudzenia, aż przychodzi „osoba”, pokazuje legitymację i parkingowego zatyka.

Ale to jeszcze nic. Szczytem było stwierdzenie naszej byłej sąsiadki. „O ****, ale ty masz fajnie z tym swoim kalectwem.” Wytrzeszczyłam oczy, jakby mi ktoś między pośladki wetknął przewód podłączony pod 230V. Mama zapytała „Po czym wnosisz?” „No bo masz legitymację i możesz sobie parkować za darmo.” Kopara zjeżdżała mi coraz niżej, a ona prowadziła wywód o obsłudze bez kolejki w sklepach i innych przywilejach. „Nic mi nie wiadomo, o tym wszystkim. Zawsze stoję w kolejkach, jak każdy inny. A i wiesz co? Oddaj mi swoje zdrowie, a ja chętnie oddam ci chorobę i przywilej w postaci darmowych miejsc.” To chyba najlepsza puenta na zakończenie.

Jak nie robić zakupów

Postanowiłam dzisiaj pójść na całość i ogarnąć misję niemal samobójczą. W przeddzień święta Trzech Króli (czyli niedzieli z zamkniętymi sklepami) wybrałam się do galerii na zakupy. I to w dodatku o godzinie szesnastej. Dla osoby, która zdecydowanie nie przepada za przepychaniem się z ludźmi między wieszakami i stolikami ze stertą ubrań, to nie lada wyzwanie. Powinnam o tej porze robić coś innego niż mozolnie przeciskać się przez tłum kobiet w gorączce wyprzedaży. Każdy sklep kusi szyldem „wyprzedaż” i wielkimi oznaczeniami zniżki -50%, -70%. Pomyślałam, że może choć raz nie będę na tyle aspołeczna i pójdę wtedy, kiedy wszyscy ludzie, a nie z samego rana. I że nie będę bluzgać pod nosem, jak ktoś nadepnie mi na stopę bucikiem z niezwykle cieniutkim obcasikiem i ofuknie „gdzie leziesz? pierwsza tu szłam!” Albo, że jak ktoś mi wyrwie prawie, że z ręki bluzkę, to nie będę się o nią kłóciła…

Postanowienia, postanowieniami. Po pięciu minutach byłam już tak zagotowana, że chciałam wyjść. Ale stwierdziłam, że mam swój cel i muszę go osiągnąć, czyt. kupić kurtkę zimową. Moja obecna wygląda podobno już jak szmata z podłogi, zamek się zacina w takim miejscu, że czasem mam obawy, czy uda mi się z niej uwolnić. Raz tak mi się właśnie zacięła w pracy z samego rana i cały dzień chodziłam w kurtce. Mimo, że w pokoju mamy ze 24 stopnie na plusie, wkręcałam wszystkim, że mi zimno. Do domu przyszłam spocona jak szczur i śmierdząca jak stary cap. Tak więc twardo chodziłam od sklepu do sklepu. Niestety żadna kurtka nie spełniała moich kryteriów. A jak spełniała, to akurat nie było rozmiaru… W jednym sklepie pan desperacko próbował mi pomóc. „O to chyba taka jak pani opisuje.” „Tak. Ale w granatowym wyglądam strasznie blado.” (zacznijmy od tego, że jestem strasznie blada, więc granat nie jest ze mną kompatybilny) „Mhm… Jaki kolor panią interesuje?” „Jasny brąz albo beż.” „To niestety nie mamy takiego fasony w brązie… To może o taka?” „Nie, chciałabym żeby miała takie jakby wcięcie w talii…” Coś tam koślawo usiłowałam tłumaczyć. Na szczęście pan znał się na rzeczy i pokazał mi odpowiednie modele. „Ta tkanina mi nie odpowiada. Będzie zostawała sierść kota. Nie chce mi się przed każdym wyjściem z domu czyścić.” „No niestety nie mamy takiej kurtki, jak pani chce. Nie mogę pani pomóc.” No pewnie, że nie może. Chyba tylko psychiatra może. Gdy mam kupić konkretną rzecz, to nigdy nie ma takiej jakbym chciała.

Na domiar złego, że umęczyłam wszystkich sprzedawców, którzy w porę nie dostrzegli mojego obłędu, to jeszcze popełniłam kolejny błąd. Zabrałam na zakupy ze sobą swojego chłopaka. Mimo, że moje zakupy są szybkie (maks. 3 minuty w jednym sklepie), to i tak szedł za mną krok w krok jak ochroniarz – na wypadek, gdybym chciała zawrócić i obejrzeć coś jeszcze raz. Po czwartym sklepie stał na zewnątrz, więc nie mogłam się poradzić, czy ładnie, czy nie. A jak już wchodził i pokazywałam w miarę fajną kurtkę serwował mi komplementy „To jest chyba dla starego straganiarza!” albo „o jaaa! ale paskudne! jakie wieśniackie!” Zawsze nosiłam rozmiar xs. Ostatnio utyłam i mam rozmiar s/m. Nie do końca czuję swoje nowe gabaryty, więc biorę różne rozmiary. Raz łapię s, a on „No co ty bierzesz? Nie ma się co oszukiwać, że się w to zmieścisz. Weź najlepiej L” Ot co. Porada faceta. Zawsze subtelna. W końcu zeźlona wyszłam z galerii. Idź pan w cholerę z takimi zakupami. Weszłam na stronę sprzedaży wysyłkowej pewnej firmy i znalazłam tam odpowiednią kurtkę. Zajęło mi to niecałe dwie minuty.

Po dzisiejszym dniu stwierdzam, że nie jestem na tyle przystosowana społecznie, by robić zakupy w tzw. szczycie. Najlepiej chodzić rano zaraz po otwarciu albo zamawiać w sieci. Nie brać ze sobą faceta swego, lepiej już iść z mamą. I chyba wyleczyłam się z zakupoholizmu. Było mnóstwo fajnych rzeczy i nie kupiłam niczego! Sukces.

O właśnie mi się przypomniało, że równo rok temu założyłam tego bloga. Zdecydowanie ta pisanina ma dobry wpływ na moją psychikę. Miłego wieczoru i udanej niedzieli!