Sylwester z kamerką

Dziś ostatni post tego roku :) Jest sylwester i wypadałoby gdzieś pójść. Tak myślę, że wypadałoby, bo w tv i wszędzie mówi się, że trzeba się bawić. Mnie także nie ominęły pytania „a wy co robicie na sylwestra?” „nie wiem jeszcze” I zdziwione spojrzenia „jak to nie wiesz? przecież tylko tydzień został!”. I trochę tak wstyd się przyznać, że się nigdzie nie idziemy. Nie idziemy, bo byliśmy w tym roku wyjątkowo nieogarnięci i do świąt nawet nie myśleliśmy o sylwestrze.

W zasadzie nie wiedziałam, czy będę miała dzisiejszy dzień wolny. Ostatecznie mam i nic nie zaplanowaliśmy. To będzie chyba pierwszy taki wieczór dla mnie od dobrych kilkunastu lat. Co dziwne, jakoś wcale nie czuję z tego powodu smutku, żalu, czy rozczarowania. Posiedzimy sobie we dwójkę, a około dwunastej pójdziemy do miasta i też będzie spoko. Może to i dziwne, że nie idziemy do żadnych znajomych, ale w tym roku mieliśmy bardzo mało chwil, żeby spędzić je zupełnie sam na sam. Nie licząc kupowania mebli do pokoju albo malowania ścian :P

W sumie to lepiej spędzić sylwestra samemu niż tak, jak w zeszłym roku. Mieliśmy do wyboru parę opcji – mogliśmy jechać do Torunia albo do Kołobrzegu, iść do mojego kolegi na domówkę albo jechać do koleżanki. Wybraliśmy tę ostatnią opcję. Niestety. Jechaliśmy prawie dwieście kilometrów. Miało być około dziesięciu osób, ale okazało się, że faceci nie przyjdą i mój był rodzynkiem w cieście pijanych, rozwrzeszczanych babiszonów. Było dość standardowo. Picie, jedzenie, a o dwunastej wyjście na molo w Sopocie. Impreza mijała całkiem sympatycznie. Po powrocie sobie potańczyliśmy, pośpiewaliśmy i zjedliśmy coś ciepłego. Około czwartej poszliśmy spać.

Rano wszyscy obudzili się bez tupotu białych mew w głowie. Jedliśmy sobie śniadanie, aż nasza gospodyni oznajmiła „Mam dla was zajebistą niespodziankę!” Podeszła do laptopa i zaczęła szukać czegoś. „O mam! Jak wróciliśmy włączyłam kamerkę w laptopie, hahahaha” Wszystkim miny zrzedły. „Nie zrobiłaś tego naprawdę?” „Zrobiłam! Nagrywało się, aż do rana. Mam was wszystkich na widelcu!” Mi się automatycznie jeść odechciało, jedna koleżanka udławiła się sokiem, a druga powiedziała wymowne „o kurwa”. Potem gospodyni katowała nas tym filmikiem. Można było zobaczyć różne dziwne rzeczy, które większość z nas robiła patrząc w monitor. Przykładowo dłubanie w nosie albo poprawianie pewnych części garderoby… Tak czy inaczej atmosfera zabawy i miłego minionego wieczoru uleciała w jednej sekundzie, jak powietrze z przekłutego balonu. Czuć było, że wszystkim oprócz gospodyni się to nie podobało.

Mogła przecież powiedzieć, że włącza kamerkę. I tak pewnie byśmy o tym zapomnieli, ale na moje wypada poinformować, że robi się coś takiego. Nawet wydaje mi się, że takie nagrywanie jest bezprawne. Po tym incydencie stwierdziłam, że więcej imprez z nią nie chcę spędzać. I cały rok się nie widziałyśmy. Teraz mi w zasadzie szkoda, bo znamy się od bardzo dawna i zawsze raczej się lubiłyśmy. Jednak poczułam się w pewien sposób zraniona tą sytuacją. Dlatego wolę tego sylwestra spędzić spokojnie ze swoim facetem i nie bawić się na siłę mimo wszechobecnej presji hucznej zabawy.

Tak całkiem na koniec zaserwuję sobie kilka postanowień noworocznych, których zwykle nie robiłam. Po pierwsze będę chodzić na fitness/jogę przynajmniej 3 razy w tygodniu. Na wiosnę zapiszę się na jazdę konną (już trzy lata się do tego zbieram). Nie będę się spinać i denerwować w pracy – nerwy i emocje nie są dobrymi doradcami. Zadbam wreszcie o siebie i odnowię znajomości. Zapiszę się na doktorat z ekonomii.

W Nowym Roku życzę Wam:
12 miesięcy zdrowia, 53 tygodni szczęścia, 8760 godzin miłości, 526600 minut pogody ducha i 31536000 sekund wspaniałej zabawy!

Warto pomagać?

Tyle się mówi o pomocy ludziom. Szczególnie tym z najbliższego otoczenia – sąsiadom, pani w sklepie, przypadkowemu przechodniowi. Mówi się i apeluje w radio, tv, necie, żeby nie być obojętnym. Że jak się coś dzieje, przykładowo słyszymy wrzaski i awantury z danego mieszkania co dzień. I z reguły, gdy stanie się coś złego, telewizja nachodzi sąsiadów i wszystkich wokół z namolnymi pytaniami „czemu państwo nie reagowaliście? Gdzie byliście, gdy za ścianą rozgrywała się tragedia?” Fakt, że zwykle większość normalnych ludzi nie interesuje się nadmiernie życiem sąsiadów. Ale są sytuacje, kiedy ewidentnie trzeba interweniować. Nawet, jeśli pod skórą czuje się, że jest to trochę donosicielstwo.

Ostatnio właśnie tak miałam. Mamy w wieżowcu wentylację grawitacyjną, więc słyszę wszystko, co u sąsiadów z góry. Mieszkają tam trzy kobiety (babcia, matka, córka) i mały chłopczyk. Czasem przychodzi do nich jakiś facet. I zawsze jak przychodzi, to jest awantura. Około dwóch – trzech tygodni temu robiłam sałatkę w kuchni i wszystko słyszałam. Najpierw się kłócili, potem wrzeszczeli, a na sam koniec było słychać jak je bije i wrzeszczy słówka typu „zabiję się ty stara suko!” Wszystko było tak głośno, że nie miałam wątpliwości i mimo wewnętrznego oporu zadzwoniłam na policję ;/ zawiodłam się na całej linii. Po pierwsze nie mogłam zgłosić anonimowego doniesienia – musiałam się z imienia i nazwiska przedstawić oraz podać adres. Po drugie było znacznie gorsze niż po pierwsze. Przyjechali i pierwsze co oznajmili sąsiadom, kto i skąd zgłosił skargę. Potem, żeby pokazać pełen „profesjonalizm” pytali te kobiety przy mężczyźnie, czy to prawda, że on je bił. Jakoś dla mnie było oczywiste, że wszystkie roztrzęsione jak galarety i zapłakane nie powiedzą przy oprawcy, że cokolwiek się działo. Ręce mi opadły. Już nawet nie na te babki, tylko na tych krawężników. Porażka. Mogli wziąć go osobno, to może wtedy by powiedziały prawdę. A tak on powiedział, że oglądali horror. A one przytaknęły. Funkcjonariusze podziękowali i tyle. Byle się nie przemęczyć. Pewnie poszli szukać bardziej wymagających celów na osiedlu w postaci małolatów z piwem w krzakach.

Stwierdziłam, że nic tam po mnie i zawinęłam się do sklepu. Po drodze słyszę, że ktoś biegnie w moją stronę. „Ty głupia suko!! Jeszcze raz się wtrąć, to cię zajebię!” Zbluzgałam gościa i powiedziałam, żeby sobie nie myślał, że wszystkie kobiety się go boją i będzie wszystkim rozkazywał. Potem postraszyłam go swoim chłopakiem i powiedziałam, że i tak będę dzwonić, jak coś usłyszę. Trochę się zdezorientował i spuścił z tonu. Zakończył tylko uwagą, żebym sobie zapamiętała. Tak, czy siak po tamtej sytuacji jakoś odechciało mi się dzwonić po pomoc w takich sytuacjach. Raz, że policja koślawo do tego podeszła. Dwa, że teraz nie chciałabym po zmroku spotkać sąsiada. Chciałam pomóc, a zrobiłam sobie wroga. I tyle. Z taką policją nie dziwię się, że ludzie nie dzwonią, a potem udają, że nic nie słyszeli.

Święta, święta i po świętach

To jest dopiero historyczne wydarzenie. Pierwsze Święta Bożego Narodzenia, w które nic nie musiałam robić. Autentycznie. Cała moja aktywność przedświąteczna ograniczyła się do kupienia i spakowania prezentów (nawet nie wszystkich, bo część zapakowano w galerii na stoisku przeznaczonym do tego celu), obrania ziemniaków i poustawiania talerzy i sztućców na stole. Będę przeżywać to chyba jeszcze sto lat albo i dłużej. Zwykle Święta były dla mnie czasem: stania w kolejkach po zakupy, jeżdżenia do sklepu x razy w ciągu dnia, sprzątania od świtu do zmierzchu i stania w garach przez trzy dni. W końcu człowiek siadał taki urobiony po łokcie przy stole, że nie chciało się ani jeść, ani pić. Jedyne na co miało się ochotę, to iść spać. A teraz proszę – nic nie robiąc poczułam magię Świąt. I co ciekawe – wypoczęłam. Pięć dni nieróbstwa rzadko się zdarza.

Jedyne, co dało mi się we znaki, to obżarstwo. Temat świątecznych bólów brzucha, niestrawności i innych problemów zawsze był mi obcy – jedyne co jadłam to litewskie uszka z grzybami. A teraz trzeba było u „teściów” jeść wszystko, żeby nie wyszło, że nie smakuje. A więc jadłam, żarłam jak dzika świnia. Jedyne czego odmówiłam to karp, który przez pięć dni był głodzony w piwnicy, a na koniec zabity tłuczkiem do mięsa i podany w galarecie. Prawie jak teksańska masakra piłą mechaniczną ;) Niestety trauma z dzieciństwa związana z karpiem nie pozwoliła mi na skosztowanie tej rybki. A tak poza tym było naprawdę fajnie. Dużo ludzi i dużo prezentów pod choinką.

Oprócz tego jedzenia, nasze obowiązki ograniczały się do wychodzenia na melanż wieczorem. Żyć nie umierać. Po pięciu dniach, czuję się jak po pięciu miesiącach wypoczynku :D Płytkie, no ale czego tu się spodziewać po świątecznym obżarstwie. W Wigilię poszliśmy na pasterkę, ale taką na której nawet nie widzi się kościoła. Chyba każdy na takiej był, przynajmniej raz w swoim życiu. I na tejże pasterce obwieściłam chłopakom, jakie cudowne leniwe mam święta. Skwitowali mnie śmiechem i tym, że oni mają takie co roku. No tak, to kolejny dowód na to, że faceci mają lepiej. Coś w tym jest, że nie przemęczają się przed świętami. Rozumiem już, czemu często mnie pytali „A czym ty się tak zmęczyłaś w święta?”

W trakcie naszej pasterki skończyły się trunki. W celu uzupełnienia przetransportowaliśmy się na stację paliw. Wszystko pięknie, ładnie, a tam gbur przy kasie. Mówimy dobry wieczór, a on nic. Stoi jak kamienny posąg. Żebyśmy jeszcze byli pijani, to rozumiem. Ale byliśmy trzeźwi. Postawiłam na ladzie pepsi i dwa piwa. Łaskawie skasował. „Wszystko?!” „Jeszcze poproszę wodę gazowaną.” Podaje wodę i „Może coś kurwa jeszcze?” Zamurowało mnie. Byłam tak upojona świąteczną atmosferą, że niestety nie wykrztusiłam z siebie żadnej szpetnej bluzgi. „Jednorazówkę jeszcze.” „Siedemnaście złotych.” Podałam dwie dyszki. Resztę rzucił mi na podłogę. „Niech pan to podniesie, co to ma być?” Podniósł, położył na tacce do wydawania reszty i orzekł tonem pani z okienka w zusie „Następny!”. Cudem udało mi się spakować zakupy. Bałam się, że mi zrzuci na ziemię.

Kurde co za łoch. Jakiś burak. Rozumiem, że niezadowolony z pracy w Wigilię, ale nie trzeba być aż takim chamem. Miałam się mścić i wzięłam paragon. Chciałam typa zgłosić bezpośrednio do centrali sieci. Ale stwierdziłam, że mam go w d***e i niech sobie będzie takim burakiem niemytym. Sama nie mogę wyjść z podziwu – nie zbluzgałam go, nie zadzwoniłam na skargę. Cóż, w Wigilię każdy przemawia ludzkim głosem.

Dziś byliśmy u moich rodziców. I festiwal obżarstwa trwał nadal. To chyba naprawdę może być niebezpieczne :)

Miłych powrotów do pracy i szkoły życzę.

Jestem zdegustowana

Dobrze, że na święta pojechaliśmy do Torunia. Bo w tym swoim mieście bym nie wytrzymała. Tu jakoś łatwiej mi nie myśleć o pracy. A mam o czym myśleć. Miała miejsce obrzydliwa sytuacja. Najpierw kazali nam wypełniać wnioski o dodatek świąteczny (de facto z naszego funduszu socjalnego). Było mówione, że go dostaniemy. Nie myślałam specjalnie o tym dodatku, bo nie pracuję nawet całego roku. Poza tym, gdzieś pod skórą czułam, że będzie chujnia z tym dodatkiem. I czułam bardzo dobrze.

Jeszcze cały zeszły tydzień byliśmy chwaleni, że produkcja ma 2 razy większy wynik niż w zeszłym roku, że nie jest najgorzej. Cały czas było mówione, że dodatek dostaniemy. Nie zaplanowałam wydatków, bo nauczyłam się na studiach, że nie planuje się (ani nie wydaje) pieniędzy, których się nie ma. Zresztą nie wiedzie mi się najgorzej. Jak coś mogę w ostateczności poprosić rodziców o pomoc. Ale są u mnie ludzie, którzy zarabiają 1300 zł na rękę i są jedynymi żywicielami rodziny. Generalnie większość produkcji nie zarabia wiele. I ładnie to dzień przed świętami mówić, że dodatku nie będzie wcale? Można było od razu powiedzieć, że dodatku z funduszu nie będzie. Ciekawe na co został przeksięgowany? Ciekawe, czy handlowcy nie dostali swoich premii rocznych?

No tak się nie robi. To jest obrzydliwe. Dać ludziom nadzieję na dodatkowy pieniądz. Szczególnie tym, którzy żyją od pierwszego do pierwszego. Bo nie mają innego wyjścia. A co jak z tych pieniędzy zaplanowane były prezenty dla dzieci? Co im się powie „jednak zarząd stwierdził, że nie da nam kasy”? Zaraz po tej wiadomości był strajk. Stanęły prawie wszystkie brygady. O dziwo u mnie coś robili. Ale nawet nie miałam śmiałości marudzić, żeby robili szybciej. Powiedziałam tylko, że proszę, żeby dziś robili cokolwiek. Mieli zostać dłużej. Nie zostali. Mieli przyjść do pracy dziś. Nie przyjdą. A ja nie mam wstydu w takich okolicznościach prosić ludzi o nadgodziny. Tak więc jestem zdegustowana. To jest chamstwo. Tak się nie robi. Gdybym była na ich miejscu bym strajkowała. Ale mi nie wypadało. Dlatego coś robiłam. Chociaż widząc ludzi i atmosferę, to mi się odechciało wszystkiego. I jeszcze komuś zostają złudzenia, że w przyszłym roku będzie się chciało komukolwiek szybciej pracować?

Piękny prezent dla załogi od Zarządu Spółki. W imieniu załogi serdecznie dziękuję i życzę wesołych świąt – wam na stołach jedzenia na pewno nie zabraknie.

Idą święta

No jakoś nie biorą mnie święta w tym roku. W zasadzie od wielu lat mnie nie biorą, ale teraz to kompletnie wiszą mi koło miejsca, w które słońce nie zagląda. Nawet nie mamy w domu choinki. Ja bym chciała sztuczną, mój facet chciałby prawdziwą. No i nie ma consensusu, więc jołki niet. Trudno. I tak wyjeżdżamy i nas tu nie będzie. Chyba jestem bardzo zgorzkniała, że nie cieszy mnie ta cała szopka. Jedyne z czego można się cieszyć to to, że jest okazja do spotkania z rodziną i tymi, których dawno się nie widziało. Ale z drugiej strony, czy potrzeba nam w obecnych czasach aż świąt, żeby pójść do babci/dziadka albo rodziców? Czy zadzwonić do rodzeństwa? Nie można tego zrobić bez świąt?

Lubiłam święta, jak żyły obydwie babcie, a dziadek był jeszcze w formie. Wszyscy zbierali się przy stole, było wesoło. Nie jestem wybitnie starą prukwą, ale śmiało mogę powiedzieć, że kiedyś święta wyglądały inaczej. Pachniały piernikiem, mandarynkami i litewskimi pierogami z samymi grzybami. Do tego barszczem. Takim prawdziwym, a nie z torebki. Prezenty w 70% były nietrafione. Ale nie o to chodziło. Nawet reklamy w tv podkręcały atmosferę rodzinnego przyjęcia, spotkania. A teraz co? Patrzy na mnie dziewczynka o demonicznie perfekcyjnym spojrzeniu i fryzurce. A potem tłumaczy mi czym jest harmonia i pokazuje, dlaczego tak zajebisty jest laptop i tablet z windą osiem. W kolejnym spocie Chuck Norris namawia do kredytu świątecznego. I już jakby jakąś mamę nie było stać na najnowszego tableta, to może sobie cyknąć kredycik. A jakby jeszcze miała za mało kabony, żeby przyszpanować wykwintnymi daniami, to jest kolejna chwilówka na podorędziu.

I tak można spotkać się w rodzinnym gronie i uskuteczniać politykę „zastaw się, a postaw się”. Potem ludzie przez pół miesiąca, w najlepszym wypadku do Trzech Króli, wpieprzają pieczony schab z kanapkami i n razy odgrzewane kurczaki. Wszystkim się ulewa, ale ważne, że na święta stół uginał się pod żarciem. Jeszcze gorzej jak wyrzucają jedzenie do śmietnika i lecą do McD albo KFC 28-go. Nie twierdzę, że wszyscy tak robią, ale o co chodzi z tą wścieklizną w sklepie? Przepychanki do wieprzowiny, kolejka za mandarynkami i wścibskie spojrzenia w koszyki innych kupujących. Dziś w stonce kupowałam bułki, makaron oraz inne pierdoły potrzebne do codziennej egzystencji. Podeszła do mnie jakaś starsza kobiecina i powiedziała „Dziewczynko, zrób sobie większe zakupy na święta. Niedługo wszystkie lepsze kąski wykupią.” W mięsnym nie było lepiej. Kupowałam ścinki dla kota i pierogi, a pani sprzedawczyni „A może jeszcze taką łopatkę?” „Po co?” „No tak na święta.” „Ale to jeszcze tydzień…” „No to pani sobie pomrozi.” „Nie mam zamrażalnika. Przyjdę w Wigilię.” Ucięłam rozmowę. No po co kupować mięso i mrozić, jak sklepy pełne? Przecież świeże lepsze.

To samo z karpiem. Nie czaję ludzi, którzy kupują takie rybiszcze, żeby przez tydzień pływało w wannie. A potem ukatrupić i zjeść w Wigilię. Wspaniały gest. Taki miłosierny. Katolicki. Jak Bóg przykazał. Można sobie kupić w rybnym karpia „oprawionego” albo nawet pociętego w dzwonki. Po co sadyszczyć tę rybę tyle czasu. Mój Dziadek kiedyś tak właśnie robił. Pamiętam, jak byłam mała i cieszyłam się, że „u Dziadziusia jest rybka i można ją karmić”. Potem Wigilia przychodzę i słyszę jak Babcia drze się jakby na gwoździe siadła „No załatwisz ty tego karpia wreszcie, czy nie? Ile to można czekać?” Idę do łazienki, a tam jakieś kable wrzucone do wanny. „Dziadek, a co robisz?” „A no, bo ja nie mam sumienia tego karpia zabić. No chciałem go w głowę, ale patrzył na mnie. To tu mam takie kable i inne takie, to zrobię małe zwarcie.” Stałam i nie wiedziałam ocb. Niestety karp był odporny i prądem się nie udało. W końcu Babcia zawinęła go w szmatę i wyrzuciła na mróz na balkon. A ja całe święta płakałam za rybką. Od tej pory słabo mi się robi, jak przechodzę w supermarkecie obok tych pojemników z karpiami. Może niedługo zaczniemy sobie tak cały żywy inwentarz kupować? Najpierw szopka przedświąteczna, oczywiście z Małym Jezuskiem, a potem wigilijna rzeź. Świnka, kurka, itp. itd. W sumie nie będzie to niczym się różniło od zabicia karpia. A nawet się zaoszczędzi na podrobach. :/

Do tego wszystkiego dochodzi „świąteczna” atmosferka w pracy. Większość ludzi jedną półkulą mózgową są już w sklepach, domach, a drugą starają się pracować. Do tego podśpiewują kolędy i robią inne proświąteczne zagrywki. Przy czym przedświątecznie podkładają innym świnie i wbijają nóż w plecy. To pewnie trening przed karpiem. I podkładka pod dzielenie się opłatkiem. Pominę aspekt kupowania prezentów. To dopiero katorga, jak ktoś nie chce powiedzieć, co chce, a potem się krzywi, że ktoś nie był wróżką i nie zgadł.

Czasem (zwykle w grudniu) dochodzę do wniosku, że święta dawno straciły swój charakter. Teraz są doskonałą maszynką do nakręcania sprzedaży. Wypasione prezenty, suto zastawione stoły. Mnie się to nie podoba. Najpierw człowiek sprząta, jak szalony – bo na święta trzeba – a co w trakcie roku to nie trzeba? Potem kwitnie w kolejkach – bo na święta trzeba kupić – tak jakby w trakcie roku jedzenie było reglamentowane. Później sterczy trzy dni w kuchni – bo trzeba zrobić na święta – już nie ważne, czy się chce, czy nie. Nie lepiej ugotować mniej, posprzątać tylko to, co trzeba, a potem w radosnym nastroju spotkać się z rodziną i mieć siłę na świętowanie?

Poza tą komercyjną, „bo trzeba/bo tak każe tradycja” otoczką lubię święta. Nie lubię tylko tej wścieklizny macicy, która ogarnia 98% narodu i przemienia w wygłodniałe bestie otumanione szałem konsumpcjonizmu.  Ale sobie dziś pozrzędziłam haha. Poza tym – życzę wszystkim, aby nie dali się zwariować przed świętami :)

Gala boksu

W sobotę udało mi się wyciągnąć mojego faceta na galę boksu. Poszliśmy jeszcze z dwoma kolegami. Mieliśmy zaproszenia na vipowskie miejsca, ale nie skorzystaliśmy. Widoczność była tam kiepska – trzeba by siedzieć z głową zadartą do góry pod samym ringiem (jak w kinie w pierwszym rzędzie) i w dodatku pod głośnikiem. Dlatego wybraliśmy miejsca „zwykłe”. Takie maksymalnie niewygodne. Po trzech godzinach bolą mnie cztery litery.

Generalnie nie żałuję, że poszliśmy. Mojemu chłopakowi też się spodobało. Nigdy wcześniej nie byłam na takiej gali. Oglądałam tylko w tv, więc teraz zobaczyłam jak to wszystko wygląda na żywo. Bardzo fajnie. Mimo, że to była zwykła regionalna gala, i tak było kilka fajnych walk. Oprócz tego pomiędzy walkami były różne urozmaicenia artystyczne. No i właśnie jedno takie urozmaicenie dla niektórych było chyba ciekawsze od samej gali. Chodzi o zespół taneczny, który oprócz pokazu prowadził zawodników na ring i chodził z tabliczkami w przerwach.

Dziewczyny ładne, ubrane w obcisłe, błyszczące leginsy i bluzki z dużymi dekoltami tańczyły co najmniej słabo. Jednej myliły się kroki, były niezsynchronizowane. Za to potrząsały biustem i pupami tak, że męska część publiczności i tak była cała zaśliniona. Jedna z nich o największym biuście, cieszyła się największym zainteresowaniem. Gdy chodziła z tabliczką z numerem rundy, zauważyłam, że w sektorze vip, jakichś dwóch facetów macha do niej i się cieszy. Wtedy kolega mówi do mnie „patrz twój wujek! o jak się cieszy na widok tej czarnej!” No i faktycznie. Cieszył się na widok tej dwudziestolatki, jak pięciolatek na widok reklamówki ze słodyczami. Razem z kolegą machali do niej tak zawzięcie i tak się cieszyli, że nie wiedzieliśmy, co jest większą atrakcją – walka, te laski, czy zacieszanie mojego wujka. Ciekawe, co by powiedziała na to ciotka, jakby zobaczyła co ten stary dureń wyprawiał ;)

Miłej niedzieli :)

Akcja klucz

Kiedyś pisałam o tym, jak się zdziwiłam, że sąsiad oddał znaleziony telefon. Oczywiście dostałam milion komentarzy, że to normalne i ja mam wypaczony obraz rzeczywistości. Jednak z kim nie rozmawiam, to wszyscy w szoku. Cóż, może otacza mnie sama patologia? Tak, czy siak ostatnio przeżyłam jeszcze większe zaskoczenie. Wszystko zaczęło się od tego, że mój facet poszedł wynieść śmieci do zsypu i po sok do sklepu. Jak wrócił, siedzieliśmy sobie i miło spędzaliśmy wieczór. Około dwunastej w nocy, ktoś zaczął dobijać się do drzwi. To nie było zwykłe pukanie. Tylko centralnie ktoś walił, ile sił w rękach. Nikogo się nie spodziewałam. W pierwszej chwili myślałam, że znowu sąsiadom się nudzi i tak ujadali, że prewencja przyjechała łatwo nabić sobie statystyki. Udawaliśmy, że nie ma nas w domu. „Chodź, nie ma ich w mieszkaniu.” usłyszałam. I jakieś dwie tajemnicze osoby sobie poszły.

Na drugi dzień, o godzinie 11 znowu ktoś się dobijał. Patrzę, a tam dwóch wielkich typów. Pomyślałam sobie, że pewnie kryminalna i, że sąsiedzi ładne bajki piszą, że w niedzielę chcą się wbijać uczciwym obywatelom i szukać ch*j wie czego. Na sumieniu nic nie miałam, ale sprzątać chaty po takim przeszukaniu mi się nie chciało. I znowu nie otworzyłam drzwi. Taka jestem tchórzofretka.

Jak pojechałam do rodziców, w domu był mój facet. On takim tchórzem, jak ja nie jest. Znowu ktoś walił do drzwi. Podszedł i zapytał. „Kto tam?” „KRYMINALNA! OTWIERAĆ!” Stwierdził, że otworzy. I że pewnie się wścieknę za bałagan. W drzwiach stał dwumetrowy, wielki facet w skórze z blizną na głowie. W ręku trzymał nasze klucze. „To leżało na waszej wycieraczce. No, dobry żart z tą kryminalną, co?” „To ty byłeś też rano?” „Tak, z kumplem.” „Aha. No ten żart to faktycznie ci się udał.” „Mam wasze klucze. Zastanawiałem się, czy oddać, czy opierd***ić wam chatę. Do trzech razy sztuka.” „Aha. Dobra dzięki. Chcesz może jakieś słodycze, coś?” „Nie, jeszcze się skumamy jakoś.”

Tak się śmialiśmy potem z tego strasznie. Dosłownie cały wieczór. Tu wielkie rycie bani, filmy w głowie, że nie wiadomo co się znowu dzieje. A nawet nie zorientowaliśmy, że klucza nie mamy. Od chaty, piwnicy, skrzynki i zsypu. Jednak ludzie są uczciwi i potrafią się fajnie zachować. Po takim czymś, moja paranoiczna głowa, zawsze odzyskuje wiarę w ludzkość i naród polski. Mam nadzieję, że będzie jeszcze szansa postawić piwo sąsiadowi.

Można się zdziwić

Ehhh… Ostatnio nie mam nawet chwili, żeby usiąść i coś napisać. W zeszłym tygodniu byłam chora i uprawiałam samolecznictwo. Nie pomogło. Dopiero wizyta u laryngologa w tym tygodniu pomogła. A poprzedni tydzień obfitował w mnóstwo przedziwnych wydarzeń. Zdziwiłam się chyba ze dwadzieścia razy. I to w większości pozytywnie. Najbardziej zadziwiły mnie mikołajki. Były chyba najlepsze w moim życiu.

Rano obudziłam się z chora z gorączką i cała ogólnie do d***. Chciałam spod łóżka dyskretnie wyciągnąć prezent i postawić koło poduszki swojemu facetowi. Tłukłam się jak przysłowiowy Żyd po pustym sklepie (nikomu tutaj nie jadę, sama mam gdzieś w rodzinie tę narodowość, więc oskarżenia o rasizm proszę sobie wsadzić). No i go obudziłam. Nie wiedziałam, co powiedzieć to rzuciłam „O! Kochanie patrz, Mikołaj był u Ciebie”. A on na to „U Ciebie też był, chyba widziałem coś pod łóżkiem.” I wyciągnął spod łóżka sporą paczkę. Mimo kolejnego odnowienia kontuzji w postaci naderwanych mięśni przymostkowych podniosłam prezent. Pokazały mi się gwiazdki z bólu, ale warto było. Okazało się, że to drewniana podstawka pod laptopa z jysku. Teraz mogę w łóżku siedzieć z kompem i piwem albo herbatką. :) Super. Naprawdę.

Potem było jeszcze lepiej. Weszłyśmy z koleżanką do pokoju w pracy, a tam u każdej z nas na biurku słodycze. Byłyśmy zaskoczone, o co chodzi, bo tylko w naszym pokoju były. Chłopacy z naszej brygady pytali się nas, czy przyszedł do nas Mikołaj. W toku dalszego śledztwa okazało się, że to prawdopodobnie oni są sprawcami przestępstwa w postaci prezentów. Ani trochę się nie spodziewałyśmy tego. Z reguły chodzimy i marudzimy im, że to za późno, że to źle. Że trzeba zrobić to czy tamto. Czasem nawet wrzeszczymy, ja bluzgam tak, że menelowi by uszy uwiędły. Często też gadamy normalnie i chwalimy ich, ale o prezenty w ogóle ich nie podejrzewałyśmy. Byłyśmy bardzo, bardzo mile zaskoczone. Może oni jednak trochę nas lubią. My odwdzięczyłyśmy się również prezentami, ale musiałyśmy jechać po nie do sklepu. No pełen szok, dostać taki miły podarunek.

Oprócz tego mieliśmy jeszcze miłe mikołajki w naszym dziale. Prawie jak w gimnazjum. Losowaliśmy dwa tygodnie wcześniej osoby, którym mieliśmy robić prezenty. Przynieśliśmy wszystko do jednego pokoju, a każdy dodatkowo jakieś słodycze. Był nawet Mikołaj (mąż koleżanki), który rozdawał paczki. To była szybka akcja, dziesięć minut i po krzyku. Jednak było bardzo miło. Dostałam mega zajebisty kubek. Taki wielki – wejdzie do niego nawet piwo :) Teraz częstotliwość robienia herbat spadła dwukrotnie.

Oby takich miłych dni było jak najwięcej. Wtedy chce się chodzić do pracy, w domu milsza atmosfera i ogólnie jest fajniej.

Paradoksy weekendu

Kocham chodzić do pracy. To chyba moja jedyna życiowa misja. I narkotyk. Do takiego dochodzę wniosku. Bo jak do pracy nie idę, to się czuję jakoś niespecjalnie. Piątek wieczór, wychodzę z roboty i co się dzieje? Zaczyna mnie boleć ósemka. Albo zatoki tłuką mnie w czaszunię od środka i mówią „halo, halo! jesteśmy! damy ci popalić!”. Bywa też tak, że w sobotni wieczór przy piwku i scrabble’ach robi mi się słabo i wszystko klatkuje mi przed oczami. A jak już nawet przyjdzie mróz i nie czuję rwania w kolanach od wilgotnej pogody, to zawsze mogę dostać TYCH dni. I zwijam się na łóżku przez pół niedzieli. W niedzielę wieczorem nigdy nie chce mi się spać. Boli mnie głowa, gardło i nie wiadomo co jeszcze. W końcu nagle dzwoni budzik. Jest poniedziałek rano. Zwlekam się z łóżka i… czuję się zajebiście!

Idę do pracy. Po całym dniu przechodzą mi wszystkie możliwe dolegliwości. I jestem zdrowa. Tak. To najwidoczniej zbawienny wpływ zakładu pracy. Jak się już pomarszczę na twarzy, to zamiast botoksu będę sobie wcierać wurtha w zmarszczki i na bank odmłodnieję. Dziś przeszedł mi katar i dreszcze. Zbawienny wpływ zakładu pracy na zdrowie. Może rząd w ramach oszczędności powinien zlikwidować służbę zdrowia i zapewnić każdemu miejsce pracy? I najlepiej bez dnia wolnego, żeby nikt nie zdążył poczuć się gorzej.

Jak ja się musiałam w sobotę namęczyć, żeby obejrzeć sobie KSW. Łeb mnie nakurw**ł od samego rana. Sorry, ale tego nie da się inaczej nazwać. Jak myłam podłogę i tylko trochę się schyliłam w dół, żeby zobaczyć, co myję właściwie, ciemniało mi w oczach i cofało mi się. Mało brakowało, a swoje cudne kapcie upstrzyłabym kolorowym pawiem. Nawet się poświęciłam i nie protestowałam na akcję sprzątanie. Nie chciałam słuchać „Zawsze jak sprzątanie, to ty się źle czujesz.” Ale po kilku godzinach chodzenia bokiem, nie wytrzymałam i zjadłam tabletkę na dolegliwości zatokowe. Unikam tego, bo nie lubię efektów ubocznych w postaci klasycznego naspidowania. Głupawy wytrzeszcz oczu, szczękościsk, suchość w ustach, zimne ręce i tłukące serce. O tak. Nie trzeba iść do dopalaczy. Wystarczy zjeść jedną tabletkę na zatoki. Bez recepty! Ale to jest legalne, więc można sprzedawać. Rząd trzepie na tym hajs, więc nikomu na pewno nie zaszkodzi.

Po kilku minutach musiałam podejść do okna. Żeby powdychać świeżego powietrza. Na szczęście to było długo przed galą, to zdążyłam dojść do siebie. Okazała się zajebista :) Dawno nie oglądałam ani UFC, ani nawet żadnej innej federacji, więc byłam zadowolona, że w końcu mi się udało. W zasadzie jako największe zaskoczenie przyjęłam pierwszą – Karoliny Kowalkiewicz. Nie wiem, czemu była na samym początku. Na pewno była lepsza od paru kolejnych. Ale to wiadome – laski są zawsze bardziej zdeterminowane. Lubiłam oglądać walki kobiet np. na extreme. I tu się nie zawiodłam :) Później Michał Materla też dał radę. Rozpykał przeciwnika w niecałe pół minuty. Jeden sierpowy i pięknie go w parterze wykończył. Wszyscy wstali na wiwat, cała widownia się poderwała, oprócz Natalii Siwiec, która była zajęta poprawianiem włosów. Hahaa. No i walki wieczoru komentować nie muszę. Khalidov pięknie zakończył zakładając dźwignię :)) Nie mogę doczekać się kolejnej gali :)

Bliżej nieokreślona tematyka wpisu

Dzisiaj poskaczę sobie z tematu na temat, jak pszczółka z kwiatka na kwiatek. Na sam początek mój konik i największa pasja, czyli moja praca… Zakończyliśmy miesiąc dość dobrze (chyba nawet rekordowo w tym roku), jeśli chodzi o wartość produkcji wykonanej. Jeśli chodzi o terminowość jest gorzej. Cały czas nad tym pracujemy, ale obecny system i tak przypomina cedzak, którym ktoś próbuje nabrać wody. Leje się z każdej strony. Zalepiamy jedną dziurę i niby jest poprawa, bo leje się mniej, ale i tak się leje. Zmieniłyśmy pokój, mam mega blisko na halę. Dosłownie dwa metry. Fajnie. Do pokoju Prezesa też bliżej, więc odwiedza nas kilka razy dziennie. Koleżankę stresuje, a mnie wybija z rytmu i zawsze zapominam co miałam zrobić. Generalnie czwartek i piątek to była jakaś tragedia Posejdona ;)

A teraz kolejna rzecz, którą uwielbiam (niestety) – jedzenie. Tydzień temu wybraliśmy się do restauracji wietnamskiej. W tym naszym mikro miasteczku nie znajdzie się wielu ciekawych restauracji. Mamy sieciówki typu McD, ale to żadna atrakcja kulinarna. Poza tym dominują włoskie smaki i kebaby. No i pizza. I jest wspomniana wietnamska restauracja. Co ciekawe wszystkie dane (włącznie z domeną) sugerują, że jest ona w Toruniu. A ona jest u nas. Jej właścicielem jest ktoś o azjatyckim imieniu i nazwisku. Jedzenie jest tam bardzo dobre. Ostatnio byłam zachwycona. Smacznie, dużo i niedrogo. Ludzi full, co mówi samo przez się. Ciuchy strasznie śmierdzą po wyjściu, ale czego się nie robi dla pysznej, wielkiej miski zupki krewetkowej za 4,2 pln? Wczoraj powtórzyliśmy wizytę i nie padliśmy z zachwytu. Sprawdziła się prawda znana z blogów podróżników, że azjatycka strawa lubi wydostać się na zewnątrz jeszcze szybciej niż się wewnątrz znalazła. Choć może to efekt pięciodniowej bułki, którą zjadłam na śniadanie? Who knows? Jadłam zupę pekińską. Owa zupa kolorem i konsystencją przypominała gulasz. Były w niej grzybki takie jak w każdej „chińskiej” mrożonce, ananas, bambus, tuńczyk, groszek, chyba cieciorka i kukurydza. W smaku super super ekstra ekstra. Tylko się zastanawiam, czy to aby na pewno chińska/wietnamska receptura?

Zapomniałam jeszcze wspomnieć o budce z jedzeniem pana z Bangladeszu. Mniam mniam. Dawno tam nie byłam. Szczególnie smakuje mi kurczak z curry, co jest chyba jakimś uproszczeniem, bo podobno w tamtych rejonach świata coś takiego jak curry nie funkcjonuje. Bujając w gastro obłokach pochwalę się jeszcze, że otrzymałam od rodziców wspaniałą reklamówkę pełną słodyczy od naszego nieocenionego sąsiada zza Odry. Najbardziej spodobał mi się miks żelków Haribo. Pierwszy raz jadłam żelki o smaku anyżowym. Dobre. Mój facet powiedział, że niedobre. To dobrze, może uniknę sytuacji kiedy to po powrocie z pracy zadowolona sięgam po opakowanie, a ono jest PUSTE! Mimo, że rano było pełne. Po co on mi te puste opakowania zostawia? Może żebym wyrzuciła. A może daje mi do zrozumienia, że powinnam schudnąć? Haha.

Będąc dziś u rodziców męczyłam ich Turkmenistanem. Próbowałam ich przekonać, że chęć podróży tam nie jest wcale taka irracjonalna. Po pierwsze, jest to kraj „nieskażony” turystami. Dzięki temu można zakosztować bezinteresownej i autentycznej azjatyckiej gościnności. Po drugie, to zupełnie inna kultura, której w Europie nie spotkamy. A po trzecie, mają naprawdę wiele ciekawych rzeczy do obejrzenia. Przykładem są Wrota Piekieł, będące dziełem głupoty radzieckich naukowców. Niestety moje wywody poparte dokumentacją zdjęciową z google nie wywołały zachwytu. Generalnie jakoś nikogo to nie ciekawi. Myślę, że to fajny cel podróży i na pewno łatwiejszy, dla takiego niedoświadczonego podróżnika jak ja, niż Indie.

Uskuteczniliśmy wczoraj wróżby andrzejkowe. Tzn. lanie wosku przez klucz. Wszystkie od drzwi miały za małe otwory, więc użyliśmy w tym celu siedemnastki. Dała radę :) Niestety nie jesteśmy w stanie ogarnąć przekazu. Kształty nie przypominają niczego konkretnego. Poza jednym – statek Enterprise ze Star Treka… Tak więc, przyszłość pozostaje w dalszym ciągu nieodgadnioną niewiadomą.