639844

Mała miss – wtf?!

Dzisiaj byłam u rodziców i czekając na obiad postanowiłam uskutecznić swój ulubiony rajd po kanałach tv. Przypadkiem trafiłam na program na tlc. Myślałam, że padnę z wrażenia, bynajmniej nie pozytywnego. Ujrzałam tam jakąś karykaturalną i groteskową osobę. Najpierw myślałam, że to może jakaś dorosła kobieta, która po prostu jest bardzo niskiego wzrostu (poniżej metra). I że to konkurs piękności, dla małych ludzi. Nawet przez chwilę było mi głupio. Ale potem usłyszałam, jak się wypowiada. Było słychać, że to jest dziecko. Jak można zrobić ze swojego dziecka wytapetowanego plastika?!

Takiego pokroju stworka zobaczyłam. Zdarzało mi się nieraz nadużywać makijażu. Na co dzień także się maluję. Ale tak wytapetowana jak to dziecko, to jeszcze nigdy nie byłam. Nawet brwi ma wyregulowane. I nie zdziwię się jak na włosach ma pasemka. Pięciolatka wykreowana na dwudziestolatkę. Tragedia. I jeszcze te stroje tandetne – z piórkami, cekinami, błyszczące, szeleszczące. Jaka matka robi swojemu dziecku w głowie takie szambo? Jakie wartości przekazuje takiej małej-starej? Że najważniejsze to mieć na głowie, a nie w głowie.

Pomyślałam sobie, że takich rzeczy ze swoimi dziećmi dokonują podstarzałe modelki i miss. Takie, które same już nie mogą błyszczeć w tym biznesie, więc wkręcają w to swoje pociechy. O jakże się pomyliłam, gdy ujrzałam, bez ogródek, tłustą, paskudną świnię – matkę. Sorry, ale nie potrafię nazwać inaczej obrzydliwego babsztyla, który ze swojej córki robi maszynkę do wygrywania konkursów. Dziewczynka płacze w przerwie, że już nie chce chodzić w ciasnych butach i w ogóle nie chce brać udziału w tym konkursie. Niedowartościowanej mamuśce takie tłumaczenie lata koło dupy.

Jak poszperałam po sieci, okazało się, że to właśnie najczęściej niedowartościowane, brzydkie i zakompleksione kobiety robią swoim dzieciom taką krzywdę. Co najciekawsze, te dziewczynki często pytane o to, czy chcą brać udział w konkursach piękności, odpowiadają, że nie. I tak zamiast bawić się z rówieśnikami, chodzą na solarium, do fryzjera, kosmetyczki, na siłownię, fitness. Podobno nawet czasem poddawane są „drobnym” interwencjom chirurgicznym – poprawka uszu, nosa, a nawet mają wstrzykiwany botoks.

Nie mogłam w to uwierzyć. Sama zastanowiłabym się dwadzieścia tysięcy razy, zanim zrobiłabym sobie takie coś. I pewnie nie zrobiłabym tego. A co dopiero małej dziewczynce, która się dopiero rozwija. Czy taka głupia torba myśli o konsekwencjach takiego czegoś? Skąd wie, jak będzie wyglądała facjata jej córeczki, gdy będzie miała 17 lat? A jeszcze później? Jakby tego było mało, uczą swoich córek głupawych piosenek, chodzenia wybiegowego, kręcenia tyłkiem, wypinania się do jury i wypychają im sukienki, żeby wyglądało, że mają cycki dorosłej kobiety…

Po cholerę wypychać stanik małemu dziecku, które powinno siedzieć w przedszkolu w tym czasie? A może to ja mam kłopoty z przystosowaniem się nowoczesnego świata? I co za poryte garnki siedzą w jury tych konkursów? Na moje, powinno się im odebrać prawa rodzicielskie do dzieci.

Ćmy drogowe

Zmierzchnica trupia główka

UWAGA!! Proszę ten wpis potraktować poważnie. To są serious badania, a nie jakieś tam pitu pitu!

Ciocia wikipedia mówi, że podział na ćmy i motyle jest dość sztuczny i nie wyjaśnia ewolucyjnej drogi, jaką „podążyły” te obydwa gatunki. Clue jest takie, że jedno swoją aktywność ma w nocy, a drugie w dzień. To nocne z tytułu ciemności jest bure, ciemne i bez światła trudne do zauważenia. A po co do wspomnianego światła leci? Tego naukowcy nie mogą z całą pewnością wyjaśnić. Nuda, że aż zęby bolą.  Tylko, że właśnie wpadłam na to, że istnieje trzeci niesklasyfikowany gatunek. Jakaś forma przejściowa pomiędzy człowiekiem, a ćmą. Nawet nie zamierzam dociekać, jak przebiegało krzyżowanie. Szukałam po sieci, ale znalazłam tylko wzmiankę o Mothmanie. Podobno widziano go ostatnio w Wirginii Zachodniej w okolicach Point Pleasant w latach 1966-1967. Potem zniknął.

Myślę, że zawędrował do Polski, naskładał jajec, a potem rozpleniło się to wszędzie. Pewnie teraz myślicie, że mam ostro zryty beret. Że sobie coś tam wymyślam, bo mi mózg zlasowało od nadmiaru wrażeń na hali produkcyjnej. Otóż nie. Od około roku obserwuję w drodze do i z pracy owe zjawisko (człowieka ćmę). Jak łatwo się domyślić, ćma ta zmierza w kierunku światła. Ponieważ siedliska tego gatunku znajdują się w pobliżu dróg, ów stwór tam bytuje i swoją aktywność przejawia po zmroku i przed świtem.

Na podstawie obserwacji wyróżniłam już kilka podstawowych gatunków Człowieka Ćmy. Pierwszy to Ćma Zwrotnikowa. Porusza się wzdłuż jezdni zdecydowanym krokiem. Uszy ma zatkane słuchawkami swojego smartfona. Tak więc, gdy nagle przypomni jej się, że chyba mija swój cel podróży, wyskakuje na jezdnie i biegnie na oślep. Najprawdopodobniej wychodzi z założenia, że wszyscy kierujący pojazdem domyślają się tego, że właśnie zmieni trajektorię. Potraktowana ostrzegawczym sygnałem dźwiękowym najczęściej pokazuje „faka” albo puka się w głowę.

Drugi gatunek to Ćma Dostojna. Najczęściej jest to wypindrzona lala, która swoje najnowsze kozaczki z galerii postanawia przetestować na asfalcie. I do osiedlowego sklepu przemieszcza się wybiegowym krokiem. Czasem jest to dostojny emeryt, który musi zrobić zakupy właśnie w czasie, kiedy pracująca część populacji spieszy się zarabiać na ZUSowskie świadczenia. Nic sobie nie robi z wysiłków kierowców, którzy próbują ją ominąć i nie przyliczyć stłuczki z autem z naprzeciwka. Oczywiście modna ćma ma całe odzienie czarne/bure/szare tak, abyśmy zobaczyli ją w ostatniej chwili.

Ćma Mobilna. Porusza się na jednośladzie. To jakiś wyższy szczebel ewolucji. Najczęściej można ją spotkać na drogach wiejskich i osiedlowych. Gardzi odblaskiem, tudzież kamizelką. W końcu jak się potrąci ją, to i tak będzie wina tego w samochodzie. Ćmy takie poruszają się czasem parami. Aby było weselej i bardziej zaskakująco, jadą obok siebie. Jak zauważysz jedną, a drugą miniesz na tzw. lusterko, to jedyne co przychodzi do głowy, to jakaś soczysta wiązanka. I już ciśnienie podniesione. Można dzięki nim zaoszczędzić na kawie.

Ćma zaskakująca. Dziwny twór. W przeciwieństwie do Ćmy Zwrotnikowej, czai się zawsze za krzakami, dużymi pojazdami (dostawczak, bus, itp.), murkami, blokami, winklami. Na odgłos nadjeżdżającego pojazdu wyskakuje na jezdnię z ukrycia. Robi wielkie oczy i się gapi z głupim zaskoczeniem. Zaiste niezwykła obecność samochodu na szosie…

Ćma Zawiana. Jest szczególnym gatunkiem. A raczej mutacją, która objawia się wśród wszystkich gatunków. Porusza się w sposób niemożliwy do przewidzenia. Widząc ją, należy czym prędzej wyminąć obiekt na bezpieczną odległość. Bo jak potrącisz, to będzie zaklinać się na wszystkie świętości, aby nie wzywać policji. A jak wytrzeźwieje, to Cię pozwie i oskarży o ucieczkę z miejsca przestępstwa.

Drogie Ćmy!! Kupcie sobie kur*a odblaski! Jak już musicie dreptać jezdnią, to chociaż bądźcie widoczni z odległości większej niż pięć metrów. Jak jesteście szaro-burzy, to najprędzej wystraszycie kierowcę. Życie Wam nie miłe? A najlepiej to idźcie sobie na chodniki, ścieżki rowerowe i inne wyznaczone dla Was miejsca. Nie chcę kiedyś dostać zawału w drodze do pracy.

Czy się stoi, czy się leży dwa tysiące się należy!

Normalnie idzie się załamać. Stajesz na głowie i na rzęsach, żeby wszystko śmigało. Układasz plany produkcyjne, robisz prognozy i wydajesz dyspozycje. Załatwiasz, żeby odciążyć zaopatrzeniowca od pewnych spraw. A on dalej jęczy, że nie jest w stanie wszystkiego zamówić. I dalej jest nie na czas materiał. Mówi, że robi zamówienia. A jak dzwonisz do dostawcy, okazuje się, że owszem zrobił, ale nie wysłał do dostawcy. Czyli nie zrobił.

Idziesz do księgowości i żebrzesz na kolanach (prawie) o pieniądze. Idą przelewy. Sprowadza się materiał. W ostatniej chwili rzucasz na halę. Wręcz niesiesz w zębach materiał, aby jeszcze coś podgonić. Uratować sytuację. Aby mogli realizować plan, który dostali na początku miesiąca i własnoręcznie podpisali. Potem taki skurwiel wyrzuca ten plan do kosza i człapie się do szefa strzelić z dupy. „Panie prezesie, bo ja nie mam materiału na czas. Bo ja muszę po niego chodzić. Bo ja to nie wiem, co mam robić. Nie dają mi planów.” Wchodzi do Ciebie szef i Cię opieprza. Nie wiesz o co chodzi. No jak nie dajesz, jak dajesz. I nagle Ci się przypomina, że pracownik ten dostał reprymendę, bo został kilka razy wcześniej przyłapany na chodzeniu na papierosa w czasie pracy. To się zemścił. I masz po głowie.

Wchodzisz na halę. Materiał wala się po ziemi. A kilka minut wcześniej piszczeli, że „zgubił się” tłok. O! Podkładek i uszczelek też nie było. A dwa siłowniki tajemniczo się zdematerializowały. Materiał wymieszany, jak groch z kapustą. Puste kartony i folia walają się po ziemi. Wołasz ludzi, żeby ogarnęli śmietnisko. Ociągają się i wreszcie sprzątają. W końcu okazuje się, że trzeba było prawie godziny, żeby to uprzątnąć. Znalazło się przy okazji kilka części, na wyroby, które już pojechały. No dobra, myślisz sobie, zabiorę to z powrotem na magazyn.

Wracasz do swojego pokoju i próbujesz ustawić produkcję chociaż na kolejne dwa dni. Nagle wpada handlowiec. Nie rozumie, że to naprawdę nie Twoja wina, że dostawca przysłał wadliwe materiały. Nie rozumie też, że facet na cnc źle ustawił maszynę i fi otworu jest za duże. „Bo u was ciągle coś cieknie”. I koniec tematu. „Idę do szefa! Jesteście beznadziejni. A w ogóle to ja chcę, żeby wyrób X zszedł przed wyrobem Y.” Wzdychasz. Ale wiesz, że musisz rozpieprzyć cały cykl, bo z handlem nie wygrasz. Człapiesz się z rezygnacją znowu na halę. Martwisz się, że oderwiesz ludzi od pracy. Wchodzisz i nie wierzysz oczom. Stoją i herbatkę piją. Śmieją się z radością. „Słuchajcie, herbatkę popijacie, a produkcja stoi jak stała. Byłam godzinę temu i widzę, że nic nie poszło do przodu.” „Bo kierowniczko za taki pieniądz, to nam się nie chce.” „To ja wam przyniosę papier i piszcie wypowiedzenia. Jest na wasze miejsca mnóstwo chętnych.” „Ale kierowniczko, my nie chcemy do innej firmy, bo tu jest dobrze.” Zaczynasz bluzgać tak szpetnie, że uszy im więdną. Kiwają głowami i biorą się do roboty. Idzie do końca dnia. Na drugi dzień znowu siesta. I od nowa.

Pracownik opuszcza stanowisko pracy. Nikomu nie mówi. Wraca. Pytasz go gdzie był. „W toalecie.” „A kebaba z klozetu wyciągnąłeś?” „No dobra, byłem po kebaba.” „Masz naganę. Przegiąłeś.” „Ale kierowniczko!” „Koniec gadki.” Piszesz upomnienie. Po godzinie przychodzi do Ciebie szef. „Pani nie może ich tak terroryzować. Każdy musi zjeść.” „Tak od tego jest przerwa. A on samowolnie opuścił stanowisko pracy, nikomu nie dał znać i kłamał, że był w toalecie.” „Ale pani Inż. Blon. to taki duży facet na pewno był głodny. Poza tym pani na nich krzyczy.” „Krzyczę rzadko kiedy. Ale jak materiał wala się po podłodze to nie mogę tego znieść.” „Ale to pani powinna im stworzyć warunki, żeby się nie walał po podłodze.” „Załatwiłyśmy im regały na materiały drobne, pojemniki na śmieci, oczyściłyśmy i opisałyśmy magazynek podręczny. To co nie jest ciężki same nosimy im na halę. Czy mamy targać rzeczy, które ważą po 15-20 kg?” „Eee… no nie. Ale to trzeba im czasem posprzątać trochę.” „Słucham? A czy nam ktoś stanowiska pracy sprząta? Układa arkusze, karty rozliczeń brygady i zamówienia? Co dzień są rozmowy…” „Nie no, dziewczyny, wy się weźcie w garść, nie możecie tak chłopakom robić pod górkę.” Stwierdzasz, że nie ma sensu dyskutować. Kiwasz głową i wracasz do swojej pracy.

Po chwili człapie do Ciebie jeden z pracowników. Ten od kebaba. Chce się zwolnić na trzy dni. Bo ma badania okresowe. Dzwonisz do kadr. Wcale nie ma badań w tym terminie. Mówisz mu o tym. Klei buraka. Po czym na drugi dzień i tak nie przychodzi. W międzyczasie kłamie jeszcze, że zrobił swoją pracę. Rano patrzysz, zrobił 70%. Udupia wszystkich w tym momencie. Musisz dzwonić do handlu i poinformować, że niestety ale wyrobu nie dostaną. I słuchasz wrzasku w słuchawkę. Potem znowu przychodzi szef. „Co wy robicie? Czemu nie zeszło na czas.” Opowiadasz sytuację. Nie było materiału, bo nie było płatności. Pracownik nawalił, oszukał, a potem nie przyszedł. „Oj, proszę panią! Mnie to nie interesuje. Wyroby mają schodzić na czas.” „A co jak mi nie płacą za materiał? To skąd mam go wziąć?” „No nie wiem dziewczyny, wymyślcie coś. Upomnienia, ani nagany dla niego nie podpiszę, bo uważam, że jest bezzasadne.”

I weź tu sobie produkuj. A pomyśleć, że stając przed wyborem „księgowość”/”produkcja” wybrałam to drugie. Bo lubię, jak się coś dzieje. No to się dzieje. Aż do obrzydzenia się dzieje.

Zróbmy sobie dziecko kochanie

Mam taką koleżankę, którą bardzo lubię. Często się nie zgadzamy, ale się mimo wszystko trzymamy się razem od początku studiów, czyli już prawie osiem lat. No i poszłyśmy sobie na piwo ostatnio. Było bardzo fajnie i miło. Tylko jednym mnie powaliła na łopatki. W pewnej chwili zapytała drugiej koleżanki, czy załatwiłaby jej jakoś pracę w swoim urzędzie Y. Sprecyzujmy – jedna pracuje w Urzędzie X (na zastępstwie), a druga w Urzędzie Y.

Zapytała jej, dlaczego chce tam przyjść, skoro będzie dostawała tam ok. 300-400 zł mniej na rękę. Nie wiem, jak ją, ale mnie odpowiedź wbiła w siedzenie. Ze względu na umowę – bo najpierw jest na 3 miesiące, potem na pół roku, a później na czas NIEOKREŚLONY. Czyli coś nieprawdopodobnego w naszych czasach. Bo np. ja dostałam drugą umowę na 20 lat. Ale mnie to urządza, 20 lat z dwutygodniowym terminem wypowiedzenia. No cóż, hmm…

Wróćmy jednak do koleżanki. Nic niby dziwnego, że chce mieć stabilną pracę. Dla mnie dziwne jest to, co powoduje tę chęć. Może nawet nie dziwne, co szokujące. W sumie to nie wiem, jakiego słowa użyć. Więc prosto z mostu – chce iść do urzędu Y, aby mieć pewność, że jak zajdzie w ciążę, to nikt jej po macierzyńskim nie wyrzuci. Trudno mi się do tego ustosunkować. Może dlatego, że mam inne podejście do pracy. Chodzę tam z dwóch głównych przyczyn – chęć samorealizacji i finansowej niezależności. A nie po to, żeby się gdzieś zaczepić i zrobić sobie dzieciaka.

Oczywiście, każdy ma prawo do swojego myślenia, więc po części rozumiem jej stanowisko. Z tego samego prawa bierze się to, że mi się jej myślenie nie podoba. I mogę sobie „głośno napisać”, że wkurza mnie takie coś. W kraju powszechnego bezrobocia. W kraju, w którym kobiety są częściej niż w wielu innych krajach UE dyskryminowane ze względu na płeć. Zarabiamy mniej, rzadziej awansujemy. Często mimo wyższych kwalifikacji, umiejętności i osiągnięć. Tak już jest. Sporo wody w Wiśle upłynie, nim zmieni się myślenie typowego Kowalskiego na temat zatrudniania kobiet. Pewnie teraz połowa wsiądzie mi na głowę, że nie samą pracą człowiek żyje i, że są ludzie dla których rodzina jest ważna. Ale przecież takie podejście do szukania pracy to zwykłe pospolite oszustwo. Tak samo, jakby ktoś kłamał odnośnie swoich kwalifikacji.

Gdy sama szukałam pracy, często słyszałam, że jestem „w ryzykownym wieku”. Przynajmniej prawdę mi mówili. No i mogłam się zaklinać na wszystkie katolickie, żydowskie i inne świętości, że nie w głowie mi dziecko. „Tak, tak. Na rozmowie to każdej nie w głowie. A jak przyjdzie co do czego to o! Ja już trzy takie miałem!” No i sobie nie pogadasz. W sumie to co się dziwić, jak część kobiet tak właśnie myśli. Zahaczę się na etat i machnę sobie dziecko. Super. Fajnie, że każdy ma swoje priorytety. Tylko potem nie ma co się dziwić, że żaden pragmatyczny szef/szefowa nie zatrudni babki w „ryzykownym wieku”. Szczerze, to po tym co słyszałam, to jeśli kiedykolwiek będę miała swój biznes, też będę unikać zatrudniania kobiet.

I tak spirala dyskryminacji się nakręca. Także miłe panie w wieku 20-30 nie dziwcie się, że na rozmowie ktoś Was pyta „czy chcecie mieć w najbliższym czasie dziecko?”, a potem sam sobie odpowiada i odsyła Was z kwitkiem… To wszystko dzięki tym, które robią to z premedytacją.

Materialistka

Zawsze myślałam, że nie jestem materialistką. I że ogólnie jestem w miarę znośna dla otoczenia w postaci mojego faceta. Ale niestety się pomyliłam. Uświadomiła mi to nasza rocznica. Rozmyślałam o niej już od września. Jednak poza zakupem bielizny nie zrobiłam nic w kierunku organizacji czegokolwiek. A sorry, poszłam do sklepu kupić jedzenie, żeby zrobić coś wykwintnego. Chciałam nawet wzbić się poza swój kanon. Tak czy siak całą sobotę czekałam na jakieś czekoladki, wino, tudzież chabazia.

Doczekałam się za to telefonu w sklepie „Misiu kup coś na obiad.” Na co demonstracyjnie rozłączyłam rozmowę i schowałam telefon na samo dno torebki. Już nieco zagotowana dalej kończyłam zakupy myśląc sobie „Na pewno nie zapomniał. Tylko tak udaje.” Gdy wkroczyłam do domu nie zobaczyłam żadnych oznak tego, że właśnie jest rocznica.

Po wielu perturbacjach, wzajemnych pretensjach i oskarżeniach coś zakiełkowało w głowie mojego mężczyzny. Powiedział, że jedziemy do pewnego pubu, gdzie można coś zjeść. Tylko, że nie zrobił rezerwacji. A w tej dziurze, w której mieszkamy wyjście gdzieś w sobotę bez rezerwacji jest praktycznie niemożliwe. No i zostaliśmy odesłani z kwitkiem. Poszliśmy jeszcze tu i tam. Wszędzie ta sama odpowiedź pt. brak miejsc. Oczywiście jak każde humorzaste babsko zarzuciłam focha. „Kochanie to chodź może pojedziemy na kebaba? Potem kupimy jakieś piwko/winko i miło spędzimy wieczór?” „Sam se żryj kebaba!! W dupie to mam!! Ale mi atrakcje! Dzień jak co dzień!”

Jeśli ktoś spodziewał się erudycji w tym dialogu to się rozczarował. Jeśli ktoś spodziewał się wulgaryzmów i chamstwa, spodziewał się dobrze. Potem byłam już coraz bardziej wrzaskliwa, wredna, jędzowata i opryskliwa. Darłam ryja tak głośno, że było słychać mnie chyba nawet w Watykanie. Zaczęłam nawet demonstracyjne pakowanie majtek i skarpetek. Siarczyste przekleństwa płynęły z moich ust wartkim strumieniem. W pewnej chwili usłyszałam „To Ty taka jesteś?! Nawet się nie spodziewałem. Myślałem, że jesteś inna. Ale dla Ciebie ważne to tylko wyjść gdzieś, wydać pełno hajsu. A nie liczy się dla Ciebie to, że możemy sobie spokojnie spędzić czas razem? Być ze sobą? To nie masz już radości z wspólnego spędzania czasu?”

Podziałało to na mnie jak kubeł zimnej wody. Zdałam sobie sprawę, jak głupio się zachowałam. Jak typowe pustomozgowe blond stworzenie. Czekałam, aż facet wszystko zorganizuje. Stereotypowo. Ja, która zawsze pisze, że to faceci do kobiet podchodzą stereotypowo… No cóż. Jak widać, nie ma ludzi bez wad. A ja nie wiem, co wtedy we mnie wstąpiło. W każdym razie zrobiło mi się strasznie głupio i wstyd. No bo jak nazwać takie sceny w rocznicę, tylko dlatego, że zapomniał? A jakbym ja zapomniała? No i mogłam przecież sama coś zorganizować… Najgorsze jest to, że zapomniałam co jest najważniejsze. Nie to, żeby gdzieś wyjść. Tylko żeby być razem…

Udany tydzień

Obecny tydzień można zaliczyć do udanych. W pracy robota idzie naprawdę dobrze. Wszyscy pod fajrant przychodzili do mnie i mówili, że są w szoku, że taki ruch w interesie. Nawet obyło się bez standardowej piątkowej przepychanki, pretensji i podpieprzania prezesowi. W końcu cieszę się jak idę do pracy. Widać efekty naszej szarpaniny. Wszyscy w szoku, że banda papudraków i nieudaczników za jakich nas mają, wreszcie śmiga jak należy.

Z pokoju wyprowadził się kolega. Wreszcie. Brakowało nam prywatności i miejsca. Tylko w pokoju coś daje zwiędłym kapsztylem. Nie ma mebli, okno od czterech dni otwarte. I dalej wali. Nie wiem, co on tam czynił. Przemalowujemy ściany, więc powinno być już ok. Dywan wyniesiemy do schroniska. A w poniedziałek wstawiamy łóżko. Wreszcie się porządnie wyśpię. Bo nasza kanapa nie znosiła dobrze codziennego składania i rozkładania. Moje żebra też cierpiały. Miałam je kiedyś poprzestawiane to muszę mieć w miarę proste spanie.

Nooo, zapomniałabym dziś o incydencie w dyskoncie. Wracałam z pracy i z radości, że ograniczenie zakupoholizmu zaowocowało wyjątkowo wysokim stanem konta, postanowiłam coś kupić do jedzenia. Stoję przy chlebie, a tam jakieś czteroletnie (na oko) dziecko próbuje wyjąć sobie pączka z gabloty. Podchodzi jego babcia i mówi, żeby zostawił. Idą do chleba. On zawraca wsadza łapska w tę gablotę i łapie za pączka. Potem cap go obiema dłońmi i liże lukier. Babka jak spostrzegła ten fakt to mówi „Odłóż go z powrotem! Nie kupię ci go!” No jak oblizanego pączka wsadzać do gabloty? Żeby sobie ktoś kupił taką niespodziankę ze zlizanym lukrem? No to mówię do babki „Pani niech teraz kupi tego pączka, jak oblizany!” „Nie kupię. Jak chcesz to sama se kup gówniaro! Chodź Maciuś, zobacz jaka awanturnica.” Ech… Machnęłam na to ręką. Stwierdziłam, że co ja będę walczyć o dobro korporacyjnego dyskontu. Nie moja sprawa. Przecież i tak jej nie zmuszę do niczego.

Nie pokłóciłam się w sklepie. SZOK!! To pewnie wynik odurzenia farbą po malowaniu pokoju. No i stosowania mojej najnowszej maksymy pt. zero smutku zero złości – wyjebane po całości. Jakoś szczególnie sprawdza się w pracy. Nie denerwuję się i nie stresuję. I robota sama idzie. Ogólnie wszystko jest lepiej, jak człowiek tak się nie napina. I to przestawienie czasu na zimowy też mi służy. Jakoś tak wysypiam się i zdążam ze wszystkim na czas. Ta opcja czasowa mogłaby być przez cały rok :)

MIŁEGO WEEKENDU!!

Liebster blog – czyli wynurzenia Blondyny ;)

Oczywiście refleks szachisty. A może inżyniera? Zabieram się za LB.

Liebster Blog

Ryzykantki, które zaprosiły mnie do zabawy, a jednocześnie skazały blogsferę na poniższe dyrdymały, to:


http://krainamarzenisnow.blogspot.com/
&  
http://kokolinkowyswiat.blog.onet.pl/

Zasady: ,,Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”

Pytania od Emilii:

1. Twoje największe marzenie? Zacytuję tu kandydatki na miss „żeby był pokój na świecie”. A z bardziej przyziemnych i egoistycznych to podróżować i pisać. Szczególnie marzą mi się Indie i Turkmenistan.
2. Masz jakieś hobby? Taaa, no raczej – moja praca związana z produkcją. Przy swojej pensji można nazywać ją jedynie „hobby”. Oprócz tego joga, blogowanie, fitness, książki fantasy. No i moje nieco zaniedbane ze względu na permanentne danie dupy przez Blizzarda Diablo!
3. Co o sobie sądzisz? To zależy od fazy cyklu.
4. Jakiej muzyki słuchasz? Usłyszałam ostatnio, że małe blondyny słuchają zajebistej muzyki. W moim przypadku się to sprawdza ;) hip hop, reggae.
5. Bliscy, znajomi wiedzą, że blogujesz? Wiedzą.
6. Lubisz czytać książki? Uwielbiam.
7. Twój ulubiony/a aktor/aktorka? Nie prowadzę takich rankingów. Albo film był dobry i wszystko mi odpowiadało włącznie z grą aktorską albo było do bani. I nie uratuje tego nawet najlepszy aktor.
8. Wakacje w Polsce czy zagranicą? Za granicą. Nasza infrastruktura turystyczna jest słaba w porównaniu do zachodu, a na wschodzie zobaczę coś czego nie widziałam u nas.
9. Uprawiasz jakiś sport? Patrz pkt 2.
10. Jesteś zadowolona ze swojego życia? Jeśli nie, to co byś w nim zmieniła?  Jestem zadowolona. A lista rzeczy, które bym zmieniła jest za długa do tej zabawy. Nie chcemy przecież zamęczyć potencjalnych czytających.
11. Najlepszy okres Twojego życia, to…? Studia. Ale wierzę, że coś zajebistego dopiero nadchodzi. Czuję to pod skórą. I to nie jest świerzb :P

Pytania od Kokolinki:

1. Jak brzmi Twoja definicja słowa przyjaciel? Myślę, że nie da się z sposób jednoznaczny i czytelny zdefiniować pojęcia, które niesie ze sobą tak wiele, a jednocześnie jest tak bardzo abstrakcyjne. Jednego można być pewnym, tych prawdziwych policzy się na palcach jednej ręki i będą z Tobą zawsze.
2. Co w sobie lubisz? Ciekawe pytanie. Najbardziej to, że ciągle stawiam sobie nowe cele. Potem oczywiście narzekam, że jestem urobiona po pachy. Ale przynajmniej zawsze mam co robić.
3. Co byś w sobie zmieniła? Impulsywność i nerwowość. I zmieniam to. Powoli…
4. Bez jakiej rzeczy nie wyobrażasz sobie życia? Bez elektryczności oraz źródeł energii w postaci gazu, ropy, węgla.
5. Jaką książkę byś poleciła innym? S. King „Mroczna Wieża” (cała saga), D. Glukchovsky „Metro 2033″, Ch. Paolini „Eragon”, T. Canavan „Trylogia czarnego maga” i wiele wiele innych.
6. Wierzysz w to, że przyszłość jest nam zapisana? Nie. Przyszłość jest koniunkcją konsekwencji naszych działań i zmiennej losowej. O ile to możliwe ;)
7. Jaki jest twój ulubiony kolor? Uzasadnij swój wybór Nie mam ulubionego koloru.
8. Milczenie jest złotem? Zależy od sytuacji.
9. Kim jest według Ciebie psycholog? Człowiekiem, który zna i potrafi wykorzystać błędy w kodzie systemu zwanego ludzką psychiką.
10. Która z życiowych mądrości przez Ciebie wyznawanych jest według Ciebie najważniejsza i dlaczego? „Żyj tak, abyś mógł bez wstydu spojrzeć w lustro” Tego nie trzeba wyjaśniać.
11. Jakie miejsce zajmuje w Twoim życiu blog który prowadzisz? Daje poczucie wolności. Mogę pisać co chcę, kiedy chcę i o czym chcę. Fajne.

OK. Starałam się odpowiadać na pytania krótko i zwięźle. A teraz moje nominacje:


http://krzyki-w-ciemnosci.blogspot.com/
oraz     
http://kierowniczkazamieszania.blog.onet.pl/
i      
http://loaloa.blog.onet.pl/
a także   
http://melavien.blogspot.com/
nie mogłabym zapomnieć o  
http://vois-la-vie-en-rose.blogspot.com/
ani o    
http://rudydziennik.blogspot.com/
a także o   
http://zawszewbiegu.blog.onet.pl/

A teraz moje pytania :D

1. Co daje Ci energię do życia?

2. Jakie są 4 rzeczy, które zabrałabyś ze sobą z domu, wiedząc, że już tam nigdy nie wrócisz?

3. Dlaczego założyłaś bloga?

4. Jaką pogodę lubisz najbardziej?

5. Co sądzisz o portalach społecznościowych?

6. Czego nigdy byś nie ubrała wychodząc z domu?

7. Czym jest dla Ciebie makijaż?

8. Gdybyś mogła kupić wielką, dochodową korporację, czy zrobiłabyś to?

9. Dlaczego?

10. Jakie filmy poleciłabyś innym?

11. Co sądzisz o takich łańcuszkach?

Dzięki za uwagę! Pozdro!!

Wypaczone na cmentarzu

Mam takiego znajomego. Dobry as. Gdzie nie pójdzie to zarwie jakąś laskę. Do baru – barmanka i kilka innych dziewczynek. Do koleżanki – pięć innych koleżanek. Wieczór kawalerski kumpla – kolejne dziewuszki. Jak mu się to w książce telefonicznej mieści? Jakoś :P

Nawet na cmentarzu zapoznał laskę. Spodobała mu się jakaś, podszedł, zagadał i… się umówił. Spotkali się u niego i było podobno fajnie. Patrzcie, no. A potem okazało się, że laska ma faceta. Ale jak on to wykrył. Przyznam, że to było mistrzostwo. Zadzwonił do niej z innego numeru. Odebrała i… myślała, że gada z jakimś panem x. Sprawdził na twarzoksiążce i okazało się, że pan x to jej facet. Dobra laska – nie odróżnia swojego faceta od kolegi…

Talent do podrywu chłopak ma. Nie powiem, że nie. I do wypatrzenia na cmentarzu czegoś w swoim guście. Jedyne co ja wypatrzyłam to koleżanka z gimnazjum. Od niej trzymaliśmy się zawsze z daleka, bo była wredna i się nie myła. Ciuchów też nie prała. Raz nawet nasłała starsze koleżanki na mnie, żeby mi dupsko sprały. Ale pomyślałam sobie, że jestem już dorosła (hahaha!) i dojrzała (buahaha!), więc nie będę chować w skarpecie urazy za to co było połowę życia temu. I chciałam powiedzieć „cześć!”. I powiedziałam do siebie, bo udała że mnie nie widzi. A potem prychnęła… Chyba jest uczulona na znicze :P

Aaaa, widziałam jeszcze mężczyznę, który sobie zabrał z toi toi’a dwie rolki papieru toaletowego. Jakaś babcia krzyczy do niego „Panie, co pan, zostaw pan ten papier innym, jakby im się chciało!” a on do niej „Pani się nie wpierdalaj, jak żem już tu przyszedł, to se wezmę, bo w domu nie mam!”. Żadnych fajnych lasek, ani facetów nie widziałam…

Dzisiejszy poniedziałek nie był tak tragiczny jak myślałam. I nie wyleciałam z pracy wbrew mojej pesymistycznej wizji. Wizja była poparta niczym. Ale wykiełkowała i męczyła. Niepotrzebnie, co cieszy mnie bardzo. Idę spać. Z radości :)

Jak zęby w dupie

Nie będę się rozwodzić nad konsekwencjami kliknięcia w „ulepsz bloga”. Niby wygląda lepiej, a gorzej. Jak to mówią dzieci „taki sam, ale inny”. Nie wiem, czy zmienić szablon. Bo ten jest dość konfigurowalny. A nie podoba mi się. Bo ja chcę mieć całe czarne tło. Albo szare. A nie wiem, czy jak zmienię sobie szablon na inny to będę miała. Innych opcji też chcę. I nie widzę ich tu! Oto rozkmninka na dziś.

Siedzę sobie w piżamie. Z piwem. Otworzyłam po 13-stej, bo wcześniej nie wypada. I Myślę o swoich chciejstwach. Chciałabym, żeby współlokator się wyprowadził. Wiedział od czerwca, że do końca października ma lokum, a potem „astalavistabejbi”. Ale nie szukał niczego. A teraz nie może znaleźć niczego, co spełnia jego oczekiwania. Zamyka się w pokoju. Do nas nie przychodzi jak wcześniej. Zdziczał. Ot, co. Jak chomik mojej kumpeli, gdy spierdolił z klatki, że tak brzydko powiem. Na kwadracie panuje atmosfera skisłego jaja.

Chciałabym, żeby parkiet się nie rysował. O PARKIET. Cóż za wielkie słowo. Panele podłogowe z casto za 10,99 za metr kwadrat. Bo od tygodnia są odsłonięte. Bo kumpel zwrócił treści żołądka na dywan. I tak mieliśmy wyrzucić ten dywan. Zawsze znajdowałam jakieś „ale nie możemy bo…” No i wtedy nie było już wyjścia. W podchmielonym stanie chłopaki wynieśli go przed klatkę. I wiecie co? Stoi teraz w zsypie na śmieci i SIĘ SUSZY. Jak inne dywany z klatki schodowej. Potem będzie robił za wycieraczkę. Żenua.

Chciałabym schudnąć do wagi, w której czuję się jak bogini seksu i wszelkiej perwersji. Czyt. 49 kg. Bo teraz mam 57 i uda niemieszczące się w żadnej parze swoich spodni. No tak, wkręcajcie mi, że 57 to mało. Ale nie dla mnie. Mam niską gęstość, więc przy mojej objętości masa 57 kg to już porażka. Zresztą, każdy kto próbował naciągnąć za małe rurki na dupsko, wie o czym tu prawię. Chyba w końcu schudnę. Rodzicielka otworzyła mi oczy na to, że jem więcej niż Tata. Więc od tygodnia jem mniej. Ograniczam się. Chyba i tak mam stosunkowo dobrą przemianę materii, skoro przy tej ilości jedzenia, które pochłaniałam, przytyłam tylko 8kg.

Chciałabym, żeby pryszcze znikły. Nigdy ich nie miałam. Nawet jako nastolatka. A teraz ich nie ogarniam. Są jak hydra. Jeden zniknie, wyrasta pięć kolejnych :| Wiem skąd to. Piwo, ostre żarcie. Papryczka chilli, piri piri, jalapeno to moje ulubione kumpelki w kuchni.

Chciałabym wreszcie się przemóc i zapisać się na tańce orientalne. Znalazłam szkołę tańca. No i co mi stoi na przeszkodzie? Lenistwo. I dużo wydatków. Ale skoro wzięłam w ryzy swój zakupoholizm i nawet wyprzedaję na aledrogo liczne fanty, to może powinnam sobie zafundować tę perwersję? Te tańce są eleganckie i wyszukane w swej formie. Mają duży ładunek emocjonalno-przekazowy. A latino jest dla mnie zbyt techniczne i… nudne.

Chciałabym iść na doktorat i wykładać na uczelni. Mój Szef ma tam wtyki. Może jakbym poszła i powiedziała o co kaman, to by mi jakoś pomógł? Ekonomia sama w sobie jest dla mnie fascynująca… Na pierwszym roku o tym właśnie marzyłam. Po podjęciu drugich studiów nie było szans, by osiągnąć tak dobre wyniki, aby ktoś mi zaproponował robienie za murzyna w jakiejś katedrze… A może teraz? Skoro wszelkie znaki na niebie i ziemi mówią „do it albo urwę ci ryja!”

Chciałabym pisać książki. Dlatego jedną zaczęłam pisać. Ale nie do szuflady. Nie chce mi się szukać wydawcy. Poza tym pisze się chyba dla czytelników? Więc nie licząc na profity z tego tytułu zaczęłam pisać na blogu. W formie dziennika. Ludzie to czytają. I póki co się podoba… A ja lubię swoją bohaterkę. Piszę na onetowej platformie, więc może kiedyś przypadkiem tam traficie? hu nołs?

Chciałabym, aby tytuł tego posta coś znaczył. Ale nic nie znaczy.

Miłego weekendu.

P.S. Impreza Halloween udała się ZAJEBIŚCIE!! I póki co zły duch do mnie nie przyszedł :P