Halloween – będę pławić się w pogaństwie. A co!

Dziś halloween. Woda na młyn dla wszystkich księży. Pewnie i ks. Natanek powie „Jeśli Twoje dziecko wymalowało facjatę na biało, przebrało się za zombie albo wampira, wiedz że jest z nim źle! Że mieszka w nim szatan!” Wiele poważniejszych osób powie, że to kuszenie złego. Albo hołdowanie amerykańskiej tradycji. Komercja itp. itd.

A ja się zapytam, czy to źle jak przebrane dzieciaki chodzą od drzwi do drzwi prosząc o słodycze? Czy tak dużo nam ubędzie, jak damy im jakieś słodkości? Czy może lepiej, żeby chodziły po piwnicach i paliły papierosy albo szukały innego guza? Komu przeszkadza, że poświętujemy coś na wesoło? Przecież jutro i tak pójdzie się na cmentarz postawić świeczkę, położyć kwiaty. Przecież to, że dziś spotkamy się ze znajomymi nie czyni z nas dzikich pogan. A tak w ogóle to kim w dzisiejszych czasach jest poganin? I czym jest gorszy od katolika?
Naprawdę nie rozumiem, w jaki sposób skuszę złego ducha przebierając się za zombie. Albo alkoholizując się ze znajomymi i oglądając horrory? Czy takowy duch w ogóle nie ma nic lepszego do roboty niż nawiedzać bandę pijanych nastolatków, dwudziestolatków +, itp. itd? Jeśli taki zły duch istnieje. A czym gorsze jest wymalowanie gęby i wypaćkanie sztuczną krwią od zabawy andrzejkowej? Wychowałam się na oglądaniu filmów grozy w piątek wieczorem, jak Mama nie widziała. I bardzo podobało mi się, że wszyscy wychodzą na ulicę przebrani, weseli i SIĘ BAWIĄ. A nie płaczą przed telewizorem, bo Kaczyński to, a Tusk tamto, a Palikot sramto. Mamy jedno życie, które lepiej spędzić na zabawie niż narzekaniu.
Walentynki się przyjęły. I nikogo specjalnie nie bulwersują. Może hallowen to sposób na „oswojenie” się ze śmiercią? Kiedyś tę funkcję pełniły baśnie. Teraz są wypierane przez głupawą papkę typu Hello Kity i inne gówno z cartoon network. Skoro nie ma już baśni i żyjemy w świecie piękna, które nie oswaja nas z brzydotom, gniciem i zwyczajnym rozkładem, to może zaakceptujmy taką formę? Nieco bardziej komercyjną, ale za to może lepiej przystającą do naszych czasów?
Ja dziś maluję się na śmierć. Taką meksykańską. O właśnie w Meksyku mają Dias de Muertos. Oni się tak oswajają ze śmiercią. Na wesoło. I ja też będę dziś wesoła. I jako przykładna poganka pójdę jutro na cmentarz.
  
HAPPY HALLOWEEN!! I UWAŻAJCIE NA ZŁE DUCHY ;)

Trzeba się wyluzować

Po kilku epizodach z pracą u kogoś mam serdecznie dość. Wstawania na komendę. Sorry, ale ja się rozkręcam po 18-stej, a praca kończy się o 15-stej. I muszę pospać do 8-9. Wstawanie przed 6-stą doprowadza mnie do białej gorączki. Niedobrze mi się robi, jak się mnie rozlicza z tego, że nie wyrabiamy się z produkcją w terminach. To dajcie nam kasę na materiał. Czy może mamy zakładać za swoje? Ja nie jestem stworzona do pracy u kogoś. Reaguję wysypką na wciskanie kitu, absurdy i wyzysk. Dlatego pewnie od dłuższego czasu nie mogę się pozbyć pryszczy. One wcale nie są od pikantnego jedzenia. One są od wszechobecnej głupoty w zakładach pracy.
Dziś obudziłam się o 7-mej (jestem na zwolnieniu lekarskim), zamrugałam zaropiałymi oczami i stwierdziłam, że chyba wiem, co chcę robić. Chcę pisać. Więcej niż na swoim blogu. Który jest zresztą fajny, bo mogę opluwać, deptać i poniewierać co i kogo chcę. Poczynając od samej siebie ;) No więc chcę być pisarką książek i publicystką. Siedzieć sobie jak żmija w gnieździe i smarować różne androny. Z herbatą albo piwem obok i kotem na kolanach. A żeby do tego dojść potrzebowałam:
1. Trzech lat w klasie humanistycznej. Obserwacja licznych orgazmów kolegów i koleżanek z klasy przy czytaniu Mickiewicza (nie umniejszając mu) oraz wysłuchiwanie pretensji, że dostałam znowu piątkę za interpretację wiersza bez nauczenia się biografii autora na pamięć – bezcenne. Miałam już tak dość wszelkiej maści artystów, domorosłych poetek, publicystów gazetki szkolnej słodzących dyrowi, że postanowiłam pójść na polibudę.
2. Studiów ekonomicznych. Myślałam, że nauczą mnie księgowości kreatywnej. Niestety. Nauczyli mnie wielu ciekawych definicji. Z tego w życiu nie skorzystam.
3. No to może studia techniczne w międzyczasie? No czegoś tam się dowiedziałam. Dzięki temu w sumie mam pracę. I tę poprzednią i obecną. Nawet znam teraz cały wykres żelazo-cementyt. Nie wiem tylko co mi z tego?
4. Praca w księgowości. Bardzo fajna. Łatwo się nauczyłam. Stałam się pupilką głównej księgowej. Jako nadpobudliwa dziewiętnastolatka robiłam jej pracę, a ona cisnęła swoje „fuszki”. Ja się cieszyłam, że mam co robić. Niestety trzeba było przyjąć synową szefa, więc mi podziękowali.
5. Praca w gazecie. Po miesiącu okazało się, że mi nie zapłacą, bo nie było żadnej umowy. Napisałam duży artykuł. Na dwie gazetowe strony (i wiele pomniejszych). Ukazał się. W niezmienionej formie. Z nazwiskiem redakcyjnego kolegi. Powiedziałam naczelnemu, że może mnie pocałować w sam środek.
6. Praca w fastfoodzie. Było całkiem spoko. Szkoda tylko, że niektórzy traktowali podawanie frytek jako swoją życiową misję. Niestety nieumiejętność wchodzenia w dupę kierownictwu skutecznie zablokowała możliwość jakiegokolwiek awansu.
7. Praca w smażalni. Stąd wiem, że jeśli coś nie ucieka z Twojego talerza – można to zjeść. Dodatkowo wyleczyłam się z zespołu wrażliwego żołądka. Było mi tylko przykro, gdy jechałam busem do domu i ludzie mówili „Jezu, kto wiezie ryby w taki upał? Ale smród!”
8. Praca w fitness clubie, który miał być otwarty za pięć miesięcy. Nie chciało mi się wciskać w Wigilię ludziom umów lojalnościowych na rok do klubu, który otworzy się w maju. Zrezygnowałam i pojechałam pomagać Mamie w przedświątecznych pracach.
9. Poprzednia praca. No cóż, Kochana Szefowo mogłaś nie jechać ze mną jak ze szmatą. Nie odeszłabym do tej obecnej.
10. Kilka wygranych konkursów literackich. Bułka z masłem. Nie wysilałam się zbytnio. Takie odpustowe pitu pitu.
 
Z pisania dużej kasy nie ma. Albo nie ma wcale? Tak czy inaczej odpowiedziałam sobie na jedno zajebiście ważne pytanie „co chcę w życiu robić?”. I nawet zaczęłam to robić. Jestem takim kocurem, że zaczęłam to robić nim sobie odpowiedziałam na to pytanie. Tylko jak zawsze coś robię nie tak, bo ja tu kurczę smaruję na tym blogu, Onet wrzuca na główną, a ja kasy nie dostaję. Żadnej intratnej propozycji także nie otrzymałam. Jestem z tego powodu niepocieszona :P

  

Lakiernik

Nadszedł ten dzień, że wreszcie uzbierałam na nowe drzwi do auta. A raczej kupiłam po bardzo okazyjnej cenie. No i z drzwiami trzeba było iść do lakiernika. Lakiernik zabrał auto i zawołała taką sumę, że mi kapcie opadły. Jeszcze robił problemy z fakturą, którą ostatecznie dał przy odbiorze.

Dzień odbioru auta. Rozróżniam pięć kolorów, w porywach do ośmiu. Pojechał ze mną znajomy. Zna się na tym.
- Brak przejścia na słupku.
- Jest.
- Co pan opowiada, widać że nie ma.
Dzwoni do kolegi „Jarek, a ty robiłeś przejścia na słupku?”… „Aha.”
- O faktycznie, kolega zapomniał.
- Jeszcze jedno. Nie ma zrobionej polerki. Jest skórka cytrynowa.
- Gdzie niby?
- No tu.
- A bo było za wcześnie na zrobienie. Dopiero co pomalowany.
- To czemu pan dzwoni i mówi, że można auto odebrać?
Cisza.
- A to co za paproch pod klamką?
- No to właśnie, taki… Gdzieś się zapałętał.
- Przecież to jest spieprzona robota.
- Panu się tak wydaje, jakby pani sama przyjechała to by była zadowolona. Zwykły człowiek z ulicy tego nie zauważy.
- To co pan liczył na łatwy zarobek i odstawił mi taką chałę na samochodzie? I dzwoni pan, że gotowe. I tyle kasy woła!
- No i co teraz? Albo pan zjeżdża trzy stówy z ceny albo pan poprawia.
- Poprawiam!

Co za pieprzony patałach! Dajesz auto, płacisz gruby hajs i odstawia ci taką trzodę, że aż przykro. I zrobił to, bo co? Bo klientka oddała auto? A może nie znał gęby to się nie wysilał. Albo zwyczajnie mu się nie chciało. Poprawki są zrobione. Tyle że i tak daleko od ideału. Drzwi spasowane raczej średnio. Teraz żałuję, że nie oddałam do serwisu do sąsiada. Zapłaciłabym stówę więcej, a było by zajebiście. A tak to jest słabo. Wybieram się do sąsiada, żeby wypowiedział się co o tym widzi. Jak powie, że lipton to pofatyguję się do rzecznika praw konsumentów. Zgarnęli prawie tyle kasy co autoryzowany serwis, więc dupkom nie odpuszczę.

Wyznania zakupoholiczki

Zaczęłam kiedyś oglądać film o zakupoholiczce. Wtedy wydawał mi się śmieszny. A dziś już mnie nie śmieszy. Bo sama nią jestem. Nawet nie wiem, kiedy do tego doszło. Ocknęłam się z wiecznym debetem na koncie i rozkminką „czemu mi zawsze przed dziesiątym brakuje kasy?”. Kiedyś, gdy dostałam wypłatę (dużo mniejszą niż obecna), wydawałam z niej niewiele i zawsze miałam hajs. Na wycieczkę, na imprezę, na niespodziewaną awarię samochodu, na ubezpieczenie, na fryzjera, na tatuaż, na kosmetyczkę… A teraz? Brakuje mi na jedzenie przed wypłatą.

Za to szafy mam tak wypchane ciuchami, że się nie mieszczą. Kiedyś zrobiłam eksperyment. Nie prałam ubrań ponad miesiąc. I jeszcze miałam w czym chodzić. Otwierałam szafę i coś wygrzebałam bez większego problemu. To samo tyczy się sprzętów domowych i jedzenia. Lodówka wypchana po brzegi, tak bardzo, że często niektóre rzeczy psuły się, bo nawet nie miałam pojęcia o ich istnieniu. Z kosmetykami ta sama sytuacja. Cała łazienka zastawiona balsamami, maseczkami, kremami, odżywkami, perfumami.

Nie umiem wytłumaczyć skąd to się wzięło. Kiedyś byłam dziewczyną, która miała dwie pary spodni, jedną spódniczkę, kilka koszulek, ze trzy bluzy, jedną parę butów i kurtkę. I mi wystarczało. Ostatnio ile ciuchów bym nie miała, to mi za mało. Idę do sklepu, widzę dajmy na to bluzkę. I nie mogę się powstrzymać. Muszę ją mieć. Nie mogę się powstrzymać. Do tego w następnym sklepie widzę spodnie i już mam wizję, jak wspaniale będzie wyglądała z tamtą bluzką. I tak gdzie bym nie poszła, znajdę coś dla siebie. W spożywczaku mam kupić puszkę dla kota, ale kupię jeszcze śledzie, bułki (choć mam bochenek chleba w domu), jogurty, itp. itd. Najgorsze jest to, że dla wszystkiego widzę zastosowanie. Gdy ktoś da mi katalog z kosmetykami też coś zamówię. Najczęściej z cztery albo pięć rzeczy.

Potem siedzę w domu i zastanawiam się po cholerę to kupiłam? Ściska mnie w dołku, jak wyrzucam zepsute jedzenie. To samo jak patrzę na trzy płyny pod prysznic czekające na swoją kolejkę albo na bluzkę, która od miesiąca wisi w szafce z metkami. Poracha. Co tu dużo gadać. Wtedy zawsze zastanawiam się, gdzie podział się mój rozum. Czemu jestem tak irracjonalna ostatnimi czasy. Gdzie jest poukładane i rozsądne stworzonko, którym kiedyś byłam. Nie raz płakałam patrząc na swój wyciąg z konta. Gdybym nigdy nie pracowała i nie wiedziała, co to znaczy zarobić pieniądze, nie miałabym do siebie takiego żalu. Ale potrafię stać przed swetrem w sklepie i myśleć sobie „to jest 13% mojej wypłaty… a ch*j z tym, jest taki fajny!!” :|

Postanowiłam jakoś się ogarnąć. Nie oglądam katalogów z kosmetykami, a jeśli mi się już zdarzy, to bardzo pobieżnie i powtarzam sobie, że wcale tego nie potrzebuję. Do sklepów z ciuchami nie mam zamiaru już chodzić przynajmniej do stycznia. Na zakupy biorę odliczoną gotówkę. Kartę kredytową trzymam w domu i po spłacie debetu mam zamiar rozwiązać umowę w banku. Na zakupy spożywcze chodzę z listą i najlepiej w biegu pomiędzy powrotem z pracy, a wizytą gdzieś indziej, żeby za długo nie łazić po sklepie i nie wymyślać na siłę… Katalogi z ciuchami wyciągam ze skrzynki i wrzucam prosto do śmieci.

Ostatnio wyciągnęłam też z szafy ubrania, w których już nie chodzę. Wzięłam tylko te, które nie wzbudziły jakiejkolwiek wątpliwości i sentymentu. Zajęły reklamówkę sporych rozmiarów. Wystawiłam je na allegro jako zestaw. Od złotówki, bez ceny minimalnej. Wiem, że na tym nie zarobię, ale pozbędę się ich z jakimkolwiek zastrzykiem gotówki. Lepsze to niż wyrzucić do śmieci i patrzeć jak fruwają po osiedlu rozgrzebane i rozrzucone. Kiedy zrobię następną taką akcję? Nie wiem. Wiem, że na pewno nie będę kupowała ubrań przez długi czas. Część ze swojej garderoby wrzuciłam także do kosza PCK. Mam nadzieję, że komuś przydadzą się. Planuję też wystawić aukcję z kosmetykami kolorowymi, bo tego też mam stanowczo za dużo. Niektóre nigdy nieużywane…

Liczę na to, że kiedyś uda mi się doprowadzić to wszystko do takiego stanu, że na koncie będę miała oszczędności, a w szafie tylko kilka ubrań. Jak kiedyś. Przynajmniej nie miałam problemu z ubraniem się rano. Chciałabym też, żeby powróciło to, że mogłam iść do sklepu na spokojnie, bez stresu, że znowu coś mi się spodoba i wydam pieniądze. Ten, komu nie zdarzyło się to co mi, nie zrozumie, o czym mowa. Nie skuma, że w pewnym momencie zakupy „robią się same”. I to jest najtrudniejsze – odzyskać kontrolę nad czymś, co robi się jakby bez naszego udziału. Póki co, co dzień walczę ze sobą. Walka na razie polega na unikaniu sklepów, ale lepiej próbować coś zmienić, niż wydawać, wydawać, wydawać…

Tematy ważne mniej lub bardziej

Inżynier Blondyna w nowej pracy (no, powiedzmy nowej) zauważyła, że stopień jej ignorancji w stosunku do świata może sprawiać, że nie ma jak wkręcić się w rozmowy. A to dlatego, że prowadzi się rozmowy na tematy ważkie i tak górnolotne, że aż nie mamy na nie wpływu. Przykładowo budżet na rok 2013. Mimo, ze Inżynier B. ma w jednym palcu zasady budżetowania, nie ma co liczyć na merytoryczne dyskusje o budżecie. Preferowanym kierunkiem jest „co powiedział Tusk”, „a co na to opozycja?”, „ja bym wymyślił lepszy budżet”. Tak więc, aby wbić się w tok dyskusji, postanowiła zmniejszyć znacząco swój stopień ignorancji poprzez poranne oglądanie wiadomości na Polsacie. Stąd też wie, że mgła spowodowała utrudnienia w ruchu lotniczym. Że kibice zdemolowali pociągi i dworce w drodze do (lub z) Gdańska. Teraz wypowiada się równie zajadle na pewne tematy, jak reszta wron, z którymi urzęduje.

W papce porannych informacji, można czasem odsiać jakąś perełkę. I tak się raz stało. Bidula mało się nie udławiła z wrażenia śledziem patrząc na doniesienia o pijanym księdzu. Taka tam niby wiadomość jak każda inna. Wsiadł do auta, pojechał na melanż. A tam nie wylewał za kołnierz, bo zapewne chciał godnie reprezentować swoją parafię. Pewnie nie umiał odmówić klasykowi „Ejj… no z nami nie wypijesz?” „Kto nie pije ten z policji!”. I łoił jak wściekły student. Potem przypomniało mu się, że musi odprawić wieczorną mszę. „Sorry chłopaki, zawijam na plebanię, mam jeszcze mszę dzisiaj.”

  

I wsiadł w swoją furę na wypasie. Niestety nie pomogła ani elektronika w aucie, ani nawet Anioł Stróż. Bo bida krzywo jechał. Na szczęście Straż Miejska w tym czasie akurat nie nachodziła żadnych mieszkańców wieżowców i postanowiła łapać tego, co krzywo jedzie. No więc delikwenta zatrzymano. Okazało się, ze nie był w stanie wysiąść z samochodu. Ale nie z powodu zmęczenia. Tylko z powodu choroby filipińskiej, jaką mogliśmy zaobserwować u Prezydenta Kwaśniewskiego. Niestety u rzeczonego księdza choroba było dużo dalej posunięta.

Picia za kółkiem nie będę komentować. Tego,  że zrobił to ksiądz, który niejako powinien być przykładem, też nie. Skomentuję za to swoje niekłamane zaskoczenie. Facet pokazał, że ma jaja. Przyznał się publicznie i nie nabrał wody w usta. Nie kłamał, że to wynik degustacji winka mszalnego i wyjątkowo spadkowej formy tamtego dnia. Mało tego nie unika kary i poddał się do dyspozycji władz kościelnych. Błysnął przykładem dla wielu. Pokazał, że trzeba stanąć twarzą w twarz z konsekwencjami swoich czynów. Zaiste godne naśladowania. Teraz pozostaje tylko czekać, co zrobi z tym władza świecka i kościelna. Czy nie zostanie to zamiecione pod dywan. Mimo wszystko można ukłonić się przed taką postawą po brzydkim czynie jazdy po po pijanemu. Sama jazda? Powinna być ukarana. Surowo.

Artystka Danuta Stenka

Dziś w telewizji śniadaniowej obejrzałam wywiad z p. Danutą Stenką i jeszcze dwiema osobami. Ich nazwisk nie pamiętam w całej swej ignorancji. Zapamiętałam za to doskonale wypowiedź wyżej wymienionej osoby, której sens przedstawia się mniej więcej tak: skoro artysta coś tworzy, to musimy mu za to dać pieniądz. I tu dopadły mnie wątpliwości? Czy faktycznie musimy? I czy artysta, który tworzy typowo dla pieniędzy nie staje się przypadkiem kimś w rodzaju medialnej dziwki?

Zawsze wydawało mi się, że jak ktoś jest artystą przez duże A, to tworzy po to, żeby podzielić się tym z innymi. No bo jaki artysta tworzy do szuflady? Napisze sobie powiedzmy książkę i schowa w szafie, żeby nikt nie przeczytał? Albo zespół nagra płytę i dla nikogo nie zagra? Wiele zespołów gra pierwsze koncerty za friko i największy fun mają z tego, że ktoś ich słucha i się dobrze bawi. A więc Pani Danusiu? Pani gra aktorska jest dla ludzi, czy dla pieniędzy? Jak Pani wychodzi na scenę/plan to Pani myśli o swojej roli, jaka będzie zajebista, czy o tym ile wpłynie na konto? Po co w ogóle w takim razie tworzyć coś swojego z pasją, jak można zrobić coś dla hajsu?

Z drugiej strony artysta też człowiek. I tak jak każdy bebzun napchać musi. Ubrać coś też. Nago nie będzie pomykać. Jak tworzy cały czas to i chciałby mieć pieniądze. No więc zarabia. Prawa do zarobku absolutnie nie odbieram. Gdy idę na koncert, który mi się podoba nie żałuję ani jednej wydanej na niego złotówki. Ba, było nawet kilka takich, gdzie myślałam, że cena za bilet była stanowczo za niska. Kupiłam kilka płyt w Empiku i mi nie ubyło. A i tak potem zgrywałam na inną płytę w format mp3. Żeby więcej się zmieściło, bo nie chce mi się co ok. 60 min płyty zmieniać. Są nawet ludzie, którzy najpierw ściągają z neta, a potem kupują płytę jeśli jest fajna.

Jakby to napisać… Za dobry „produkt” artysty zapłata się należy. Za chałturę już nie koniecznie. Co jest czym? Ocenia każdy według swojego gustu. Nie spodobał mi się ten przymus, który zaserwowała mi na śniadanie Pani Danuta. Co to jest, że musimy? A może artysta w zamian woli uznanie i zachwyt odbiorców? Albo jakąkolwiek reakcję? Osobiście nie lubię, jak się coś mi wmusza na siłę. Szanowna Pani Artystka mogła powiedzieć to inaczej. Po tej wypowiedzi już rozumiem, czemu oprócz całkiem sensownych produkcji ma w swoim dorobku taki syf jak np. „Nigdy w życiu!”.

Zatęskniłam za studiami

W piątek miałam wyjątkową naradę produkcyjną. Na tejże naradzie szef zjechał nas jako zespół od góry do dołu. Powiedział, że dużo rzeczy jest lepszych, ale o tym to nie ma co rozmawiać. Lepiej porozmawiać o tym, co jest źle. W to nie wątpię. Trzeba poprawiać niedociągnięcia. Spodziewałam się konkretów. A poleciały ogólniki, oskarżenia i pretensje. Nie odzywałam się za wiele, bo nie jestem zwolennikiem dolewania oliwy do ognia. Wyjątkowo mi się ulało. Dobrymi radami, które na nic się nie zdają. Nie mam materiału, żeby produkować, ale mam produkować. Jak? No niech coś pani wymyśli. Kupiłabym za swoje, ale wypłata jakoś mi nie wystarcza na sponsorowanie firmy, w której pracuję.

Tak czy siak, po całej naradzie, której morałem była moja wszechogarniająca beznadziejność i pesymizm, nie byłam w stanie wysiąść z samochodu. I tak siedziałam dwadzieścia minut pod blokiem i pstrykałam sobie kluczykiem w palec. Musiałam wyglądać dość beznadziejnie i żałośnie, bo jakiś pan z psem podszedł i zapytał, czy aby na pewno wszystko ze mną dobrze. Podziękowałam za zainteresowanie i poczłapałam się do domu. Niestety odmóżdżenie było tak głęboko posuniętego stadium, że zaległam na kanapie i nie mogłam się połapać w fabule Malanowskiego i partnerów. Poszłam spać.

Gdy się przebudziłam, zorientowałam się, że powinnam od kilku minut być na spotkaniu z koleżankami. Ubrałam się i pobiegłam do koleżanki. Na szczęście mieszka blisko. Okazało się, że ten piątek był parszywy nie tylko dla mnie. Jednej szef wydaje sprzeczne polecenia, bądź niezgodne z przepisami. A potem opieprza za to, że źle pracuje i wypiera się wszystkiego. Drugą z kolei sadyszczy babka przychodząca na wizytację. Wmawia jej, że tabelki rozliczeń są źle wykonane, bo kolory nagłówków jej nie odpowiadają.

I tak sobie piłyśmy na smutno. Jedno wino. Koreczki, które zrobiła koleżanka. Drugie wino. Chipsy. I w końcu wyruszyłyśmy na wyprawę do sklepu po trzecie wino. I tak pękło po winie na głowę. Na smutno z pijackim bełkotem, którego wnioskiem było to, że na studiach było lepiej. Bo człowiek, jak nie chciał to nie poszedł. A jak mu się zebrało to odrobił zajęcia. Jak uwalił egzamin, to go kiedyś w końcu zaliczył. Po zajęciach przyszło się, zjadło obiad, pospało. Potem się uskuteczniło jakąś naukę i życie płynęło spokojnie. Co tydzień impreza. Czasem nawet w tygodniu. A teraz co? W kółko kasy brakuje, a człowiek spięty, jak guma w gaciach na dupie grubasa. A to załatw to, ogarnij tamto. Wniosek? Jeśli jeszcze studiujecie to się tym cieszcie.

Zgłosić, czy nie zgłosić?

Podkreślałam nieraz, że brzydzę się kablowania. I nigdy tego nie robię. Wolę, aby wydało się samo. Czasem jednak mają miejsce takie sytuacje, kiedy nie można pewnych faktów przemilczeć. Bo dotyczą one bezbronnych istot, które nie mogą się same bronić. Czasem to zwierzęta są ofiarą, czasem dzieci. Gdy wszyscy milczą i odwracają wzrok takie „niekablowanie” może skończyć się tragicznie. I właśnie stoję przed takim dylematem. Zgłosić, czy nie zgłosić sprawy do opieki społecznej? Sprawa jest podwójnie śliska, bo chodzi o znajomą.

Sama nie mam dzieci, więc nie jestem żadną wyrocznią w temacie, jak się nimi opiekować. Ale pewne ogólnie znane fakty i prawidła znam. Że o swoje dziecko trzeba dbać. A jak nazwać fakt, gdy kobieta dobrze sytuowana, wykształcona traktuje swoje dziecko jak kulę u nogi. Mamy teraz październik, deszczowy, chłodny i bardzo wietrzny. Na termometrze niby 12 stopni, ale jak zawieje to mało co głowy nie urwie. Wypadałoby się ciepło ubrać. I swoje dziecko tym bardziej.

Widziałam jej dziecko w urzędzie. Malutka stała obok saturatora z całymi czerwonymi i skostniałymi rączkami od zimna. A ona gadała sobie z koleżanką z pracy i nie zwracała na nią uwagi.
- Mama, mama nalej pić, zimno mi.
- Cicho teraz!
- Mama zimno mi, gdzie mój szalik?
- Jak to gdzie? W domu. Mogłaś sobie wziąć. Nie przeszkadzaj mi.

Potem mała się rozpłakała. Generalny obraz nędzy i rozpaczy. Buciki półbuty, krótkie skarpetki do kostek i spodnie przymałe, odsłaniające łydki, zmęczona kurteczka, kompletnie nieocieplona. Nic na głowie, żadnego szalika. Strasznie smutno mi się zrobiło, bo na prawdę mają kasę. Może nie są bogaci, ale stać ich, żeby ubrać dziecko adekwatnie do pory roku.

- Chcesz pić? – zapytałam.
- Tak, ale nie umiem dosięgnąć kubeczka.
- A jaką wodę chcesz?
- Ciepłą, bo mi bardzo zimno.
- No to proszę, masz.

Dałam jej tą wodę, zaczęła pić, jakby ze dwa dni wody nie widziała. Poprosiła o jeszcze. Wtedy pierwszy raz pomyślałam o jakimś donosie. Wręcz żałowałam, że nie nagrywałam tego na kamerę. To nie był jedyny raz. Widziałam też, jak zmuszała ją do pójścia do przedszkola. Strach jest u niej przed tym miejscem tak duży, że nabawiła się astmy. Dziwna sytuacja, czym bardziej płakała i nie chciała tam iść, tym mocniej ją zmuszała.

Innym razem się rozchorowała. Kaszel, katar. A mamusia nie poszła z nią do lekarza. Minęły dwa miesiące. Mała kaszle dalej. Ale kaszle tak strasznie, jakby była chora na jakąś gruźlicę. Nawet przy zapaleniu oskrzeli tak nie rzęziłam. Tak coś mi podpowiada, że taka choroba przy astmie może być dla niej bardzo groźna. Oczywiście ‚mamusia’ nie reaguje na żadne sugestie i zbywa je „a tam!”. Szkoda mi dziecka, bo jest zaniedbane i niczym sobie nie zasłużyło na takie traktowanie. A nie umiem spokojnie myśleć o tamtej scence spod saturatora. Małe zmarznięte dziecko, z czerwonymi rączkami, trzęsące się z zimna w przykrótkich spodniach… I nie wiem, co zrobić. Z jednej strony brzydzę się donosami, a z drugiej patrzeć na to nie mogę spokojnie.

Jesteś młody, uśmiechnięty? Jesteś podejrzany!

Momentami mam ochotę wystrzelić wszystkich sąsiadów na orbitę. Może by nabrali dystansu do swoich spraw, a zwłaszcza spraw sąsiadów. Ciągle komuś coś nie pasuje i ciągle komuś przeszkadzamy. Nie robimy imprez, wcześnie wstajemy, wychodzimy do pracy i szybko chodzimy spać. Generalnie jest u nas cisza i zero awantur. I teraz zastanawia mnie, czym my tak przeszkadzamy naszym sąsiadom, że ciągle wzywają do nas jakieś organy administracyjne, tudzież ścigania i prewencji. Przykłady mogłabym mnożyć i mnożyć…

Raz zrobiliśmy imprezę na ok. 10 osób (!). Nie ma co, istny Projekt X chciałoby się powiedzieć. Było to dziesiątego listopada, czyli w przeddzień wolnego dnia. Około 23-ciej wszyscy zmyliśmy się do klubu. Na drugi dzień idąc do zsypu zostałam uraczona przez jakąś starszawą prukwę komentarzem „wstydziłabyś się tych orgii”. Szczerze to czekałam, aż powie „słychać, że kanapa chodzi”, bo chciałam jej odpowiedzieć jak Adaś Miałczyński sąsiadowi „ch*j ci w du*ie chodzi”. Wzruszyłam tylko ramionami i nie powiedziałam nic. Tego też dnia odbyło się konsylium gerontów pod naszymi drzwiami (chyba mieliśmy to słyszeć), że tam to zawsze impreza, dzień w dzień… To też olałam.

Była też u nas kryminalna, bo „przechodzili przypadkiem i zaszli sprawdzić, bo są liczne skargi na komendę”. Wtedy złamałam swoją zasadę, że z nimi nie gadam i wpuściłam ich do domu. Od typowych krawężników różnili się tym, że byli kulturalni i nie grzebali sami po rzeczach. Powiedziałam im, żeby się rozejrzeli, czy tu faktycznie wygląda, jakby mieszkała banda kurew i narkomanów, jak to im przedstawiono. Stwierdzili, że nie widzą tu znamion klasycznej patologii, jakiej łatkę przykleili nam kochani sąsiedzi. Na koniec powiedzieli, że to znowu przywidzenia i urojenia emerytów, a w tym czasie mogliby robić coś pożyteczniejszego niż włazić młodej dziewczynie do chałupy i straszyć. Zerknęłam przez judasza, jak wychodzili i od razu skoczyła do nich stara wiedźma z naprzeciwka „i co? i co? zamkniecie ich?”. Odpowiedzieli, że nie ma za co, że jesteśmy normalni i u nas jest normalnie, a takich wezwań ma zaprzestać, bo oskarżą ją o utrudnianie pracy policji. Gdy wychodziłam na trening kilka godzin później bez żadnego skrępowania czarownica mówiła do drugiej „no Halinka, my to musimy same się nimi zająć, bo policja jak zwykle bezradna, ale nie martw się coś na nich znajdziemy”.

Innym razem dzwoniła do mnie babka z administracji spółdzielni, że notorycznie zapychamy zsyp. Zapytałam, jakim to sposobem. Bo zawsze jak są zapchane to tam są nasze kartony od pizzy. My kartonów do zsypu nie wrzucamy, tylko kładziemy obok. Drążyła dziurę w brzuchu dlaczego. Dlatego, że nie mamy klucza do pomieszczenia, w którym można je odkładać. A ona mi na to, że sąsiedzi mówią, żeby nam tego klucza nie dawać, a w sumie to mają rację, bo tam dozorczyni otwiera od 7 do 15. Szkoda, że jestem wtedy w pracy. Rozwaliło mnie na łopatki, jak zapytała, czy nie mogę się wcześniej zwolnić!! Absurd sezonu. Zwolnić się z pracy, żeby wyrzucić śmieci, bo sąsiedzi mówią, żeby mi klucza nie dawać.

Ale przegięli pałę w ten weekend. Wpadł do nas kuzyn. Hihi, haha, godzina 17. Nagle dzwoni domofon. Stwierdziłam, że nie otworzę. I bardzo dobrze. Znowu ktoś wezwał psy. A dlaczego? No ja się pytam, co komu zrobiliśmy? Nie można w weekend się śmiać we własnym mieszkaniu? I nie może muzyka sobie lecieć? No tak zapomniałam, że chłopaki chodzą w bluzach z kapturem i szerszych spodniach. Słuchają reggae, ja hip hopu. Na trening wychodzę w dresie, co może świadczyć o tym, że jestem przestępcą. A najgorsze jest to, że noszę czasem arafatkę. To jest na pewno to, co sprawia że sąsiedzi się boją. Na domiar złego, przepuszczam wszystkich w drzwiach i jestem raczej uśmiechnięta. To widzą. A nikt nie słyszy jak sąsiad z pierwszego piętra co rano tłucze dzieciaka… Życzę beznadziejnego tygodnia wszystkim konfidentom. 
http://www.youtube.com/watch?v=hKkJ09xHTII

Trafiła kosa na kamień

Lubię zwierzęta. Nie jakoś fanatycznie i nie popadam w skrajności. Ale jak ktoś pastwi się nad nimi, to nie mogę spokojnie stać i na to patrzeć. Szłam dziś do kosmetyczki u nas na osiedlanie. To jest dosłownie trzy minuty spacerowym krokiem. Miał być relaksujący wypadzik, a wyszły rękoczyny. Lało i wiało, więc prawie biegłam. Nagle usłyszałam, że coś piszczy, ujada. Ściągnęłam z uszu słuchawki, żeby się upewnić. Wtedy wrzask usłyszałam wyraźnie i zaczęłam się rozglądać na boki. Za sobą zobaczyłam dziewczynę w wieku ok. 20 lat, która ciągnęła szczeniaka na smyczy w taki sposób, że nie dotykał ziemi łapkami. Jak go postawiła z powrotem i niezdarnie przebierał plącząc tylne łapy z przednimi, kopnęła go.

Krzyknęłam do niej, że co ona wyprawia. A ona na to, żebym się nie „wpierdalała”, bo to jej pies i jej sprawa. Nie wytrzymałam, podbiegłam do niej i zapytałam, czy jakby ją ktoś tak niósł na sznurku za szyję, to by się dobrze czuła. Ta znowu, że to nie mój interes i demonstracyjnie uderzyła psa ręką w głowę. Nie mogłam tego znieść i odruchowo sprzedałam jej „płaskiego”. Zdębiała na chwilę i… oddała mi. Już się zamachnęłam znowu, ale z klatki wybiegł starszy pan.
- Halo! Spokojnie! Ja wszystko telefonem nagrałem. Niech pani tej wydry oślizgłej nie dotyka!
- O co chodzi? – zapytałam.
- Słyszałem, jak ten biedny zwierzak wyje i nagrałem to telefonem, wnuczek mi powiedział jak to się robi.
- No to nie mógł pan szybciej zejść, tylko nagrywać?
- Jak pani się zainteresowała to zszedłem.
- No i co mi zrobicie. Mogę z tym gównianym kundlem zrobić co chcę.
- Nie, bo już nie jest twój! Widziałem, jak się znęcasz nad nim i nie zostawię tego tak. Ta pani dobrze zrobiła, że ci walnęła w ten głupi łeb. Sam bym chętnie uderzył, ale kobiety nie wypada…
Mężczyzna odebrał jej smycz i powiedział, że zgłosi sprawę na policję. Próbowała się wykręcać i kombinować, ale wybił jej to z głowy. Wyperswadował też, żeby oddała mu psa, bo on już mieszka sam z żoną i przyda im się przyjaciel :)
Jak to się skończy, nie mam najmniejszego pojęcia, bo nie wiemy, jak ona się nazywa… Tzn. on twierdzi, że jest wnuczką kolegi koleżanki. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że poniesie konsekwencje w postaci jakiejś mega podłej pracy na cele społeczne (ciekawe, czy takowa istnieje) i wysokiej kary pieniężnej. W każdym razie cieszę się, że chociaż jeden mały włochaty czworonóg uratowany od cierpienia :) Na sto procent nie byłam, ani elegancka ani z klasą. Nie mogłam się powstrzymać widząc takie perfidne zachowanie.

Jesteś już stara no…!

W moim wykonaniu bez cyklicznie powracających dołków nie da się funkcjonować. Tak jak codzienna porcja bluzgów w pracy, tak samo musi być „ja się do niczego nie nadaję”. I tak oto teraz jestem w tym stanie. Nie napiszę nic konstruktywnego. Nic takiego nie powiem. Dziś jest dzień spod znaku „ja nieudacznik”. Nawet zamiast obiadu wyszła mi kwaśno-słona kurczakowo ziemniaczana pacia. Jaki dzień taki obiad. Nie dało się tego jeść. Przypomniały mi się czasy dzieciństwa, kiedy za karę dostawałam coś niedobrego do zjedzenia. Byłam niejadkiem, więc wszystko było niedobre za wyjątkiem chipsów i słodyczy – dóbr reglamentowanych w moim domu.

Z miną mistrza kuchni robiłam jedzenie z przekonaniem, że to będzie coś zajebistego. I było – zajebiście niedobre. Zjadłam z tego tytułu, że kurczaka i ziemniaków szkoda. A że głowa (rozbolała mnie koło południa) i tak mi mało co nie eksplodowała, to łykałam to świństwo z miną męczennika. Żal mi mojego faceta, że musiał takie coś spożywać. Gdyby to była nasza pierwsza randka uciekałby w popłochu.

Na koniec dnia siedząc z miną kota srającego na puszczy musiałam wzbudzić jakieś współczucie w nim, bo siadł obok i zapytał:
- Co ty taka jakaś zbita dzisiaj.
- Bo się czuję jak zbity pies.
- Ale co się dzieje?
- No różne rzeczy. Pierwsze to, że wczoraj oglądałam swoje zdjęcia sprzed dwóch lat.
- I co?
- No to, że przytyłam strasznie.
- Jak strasznie, nie jesteś jeszcze gruba.
- Niby nie, ale wtedy też nie ćwiczyłam, jadłam co chciałam i byłam chuda.
- Kochanie, ale ty się postarzałaś. Nie ma co się oszukiwać -  w tym wieku, to już tylko będzie gorzej…
- Dobra weź już skończ.
- Ale co?
- JAJCO.

Nie ma to jak porcja zrozumienia i przede wszystkim motywacji. Już mi się całkiem odechciało rozmów. Chyba najlepiej tego typu problemy trawić w samotności. Mówię to Wam ja – Staruszka, która ma ćwierć wieku na karku. Nic tylko czekać, że po trzydziestce zostanę okrzyknięta starym pudłem, a po czterdziestce kupię sobie trumnę? A faceci to co? Nie starzeją się? Młodnieją? I że może z wiekiem wyglądają lepiej?

Seks przedślubny – bez opcji.

Jakiś czas temu gadałam ze znajomkiem o jego, jak on to określił – „Dupie”. Ale nie tej będącej końcem przewodu pokarmowego, a jego partnerce. No więc mieszkają razem już dość długo, mają wspólnych znajomych, wspólne zainteresowania, itepe itede. I ogólnie jest tak słodko, że aż mdło. Jest tylko jedno małe ale. Zero seksu. Nic. Dlaczego? Bo przed ślubem to jest grzech. A po ślubie to już nie, bo wtedy to się robi, żeby mieć dziecko. Ot, cała tajemnica wiary w seks grzeszny i niegrzeszny.

Dowiedziałam się też, co wg Dupy para może robić przed ślubem, żeby zrobić sobie dobrze i nie zgrzeszyć. Mogą się trzymać za ręce, całować, dotykać na górze, na dole, lizać, brać do ust, ale jak on to określił, nie może jej wsadzić. To prawie jak z alkoholem i marihuaną. Po jednym coś i jest to  legalne, a po drugim też coś jest, ale to jest nielegalne. Jedno prowadzi do orgazmu i nie jest grzechem, a drugie też prowadzi do orgazmu, ale jest grzechem. Problem w tym, że on w ten grzech nie wierzy i ma to gdzieś. Chce ją mieć tak fizycznie. I ją kocha. Niestety w tej kwestii żadne negocjacje nie wchodzą w grę. Współczuję.

Ale co by nie było, to i tak lepiej niż inny, któremu z bogobojną dziewoją porypało się totalnie. Nie dość, że nie są już razem, to jeszcze ma długi. Zaczęło się od tego, że ją poznał gdzieś na imprezie. Jedno piwko, drugie, trzecie. I tak samo z randkami. Na n-tym spotkaniu było gorąco. Nawet udało mu się zdjąć jej majtki, a potem już już prawie… gdy usłyszał „Sorki, ale ja nie mogę, bo chcę poczekać do ślubu”. Męczył się strasznie nie przestając jej namawiać. No i raz się udało. Myślał, że będzie teraz już fajnie i luźno w tym temacie. To się grubo przejechał. Tym razem nie było szans na nic oprócz całowania i dotykania przez ubrania. Nie miał silnej woli i zaczął zadawać się z prostytutkami. Różnej maści i rodzaju wszelakiego. Na telefon, w burdelu, przy drodze w lesie, z ogłoszenia. Tak mu się sport spodobał, że się nawet zapożyczył w banku. I co ma na swoją obronę? Nie miał w domu obiadu, to jadł na mieście? Raczej nieusprawiedliwiony i w dodatku niezbyt roztropny.

Nie żebym twierdziła, że brak seksu przed ślubem szkodzi fizycznie lub psychicznie. Są przecież pary, które wytrzymały do ślubu i wszystko było i jest ok. Obyło się bez skoków w bok, jednorazowych odstępstw od reguły. Osobiście uważam, że co kto lubi – temu dobre. Wyznawcy teorii grzesznego seksu raczej nie skumają, z tymi co wolą sprawdzić pewne rzeczy przed podpisaniem dożywotniej umowy małżeńskiej. Tylko trochę mi żal kolegów. A jeszcze bardziej ich dziewczyn. Pewnie też się męczą, bo jak tu wytrzymać codzienne namolne dobieranie się, obmacywanie i wtykanie rąk, gdzie się da mimo jasnego sprzeciwu. Jedna laska kiedyś w przerwie pomiędzy wykładami opowiadała, jak się męczy ze swoim facetem. Zawsze jak są sami, usiłuje ją zaciągnąć do łóżka. Nie da się o niczym pogadać, bo i tak wszystko zmierza w jedną stronę. Nie da się spokojnie posiedzieć, bo musi się odganiać jak od wściekłego stada komarów. Jak widać, niedopasowanie światopoglądowe jest okropnie męczące. Dla obydwu stron.