To jest STRACH Frajerko.

Kto jest frajerem? Kto no powiedz, kto?
Blondyna.
Bo Kolega się odezwał i oddał kasę. Telefonu nie odbierał, bo coś tam… Ale odezwał się i wszystko oddał.
No i powiedz Blondyno, jak się teraz czujesz wiedząc, że paranoja znowu wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem? I nad znajomością tego, jaki Kolega jest? Mówi się, że każdy mierzy swoją miarką? Może właśnie to Ty jesteś kombinatorką i interesowną suką? I dlatego spodziewasz się tego po innych? A może tyle razy się sparzyłaś, że już podświadomie nie spodziewasz się niczego dobrego?
No jak to z Tobą jest?
Czego tak się boisz? Dlaczego budzisz się cała spocona i roztrzęsiona? Co świdruje Twoją świadomość?
~~~~~~~~
- Kim jesteś?
- Ja… Ja naprawdę nie wiem kim jestem proszę pana. Wiem, kim byłam dziś rano, ale zmieniłam się już tyle razy…
- Mmmm…! A co chcesz przez to powiedzieć? Wytłumacz się.
- Nie mogę SIĘ wytłumaczyć, bo nie jestem sobą.
- A kim jesteś?
- Aaa tego właśnie nie wiem. Nie pamiętam już niczego w sposób normalny!
- A czego nie pamiętasz?
- Niczego!
~~~~~~~~
Boisz się i ja to wiem. Nikt tego nie widzi, bo nie dajesz po sobie tego poznać. Ale całego świata nie oszukasz…



Chcesz stracić znajomego? Pożycz mu kasę!!

Tydzień bez nerwów – tydzień stracony. O kłopotkach i kłopotach w pracy nie będę się rozpisywać, bo to taka normalka. Siedem dni temu kolega zadzwonił do mnie z prośbą, czy nie pożyczę mu kasy, bo nie ma na czynsz, a do wypłaty 5 dni i standardowe bla bla bla. Kiedyś pożyczaliśmy sobie hajs i oddawaliśmy –  nie było z tym żadnego problemu. W tym miesiącu wreszcie udało mi się pozbyć większości długów i cieszyłam się, że w końcu wyjdę na plus. Pomyślałam, że pomogę koledze. Taki mój głupi ludzki odruch. 

Na drugi dzień wpadł do mnie pod klatkę po kasę. Nawet nie chciał wejść do domu, bo niby spieszył się do laski. Postał, pogadał, wziął kabonę i powiedział, że „odezwę się w środę, bo to dzień wypłaty”. Spoko. Miałam jakieś dziwne przeczucia, ale popukałam się w głowę, że moja paranoja jak zawsze musi podpowiadać najgorsze. Przyszła środa. Nie odezwał się. Nie chciałam być natarczywa, więc czekałam. W międzyczasie gadałam z drugim kumplem, że wpadł do mnie po kasę. Co usłyszałam? „Wiesz co? Życzę Ci z całego serca, żeby Ci oddał ten hajs. Ja już parę razy pożyczyłem, i ile się najeździłem, nadzwoniłem… Większości nie odzyskałem. Teraz mówię, że nie mam kasy i nikomu nie pożyczam, bo tak najłatwiej stracić znajomego. A poza tym na co on rozje**ł tyle kasy? Wiesz ile on zarabia w tej swojej pracy jako przedstawiciel? W jeden miesiąc wakacji tyle, co my przez trzy razem wzięci.” Dopiero wtedy zaczęłam się nad tym zastanawiać, że faktycznie tak jest.
Przyszedł czwartek. Napisałam sms i nie dostałam odpowiedzi. Dzwoniłam na jego numer – też nie odbiera. Z deka się zagotowałam. Jak nie ma teraz to wystarczy wziąć tel do ręki i zadzwonić do wierzycielki w mojej postaci i powiedzieć co jest pięć. Byłabym w stanie zrozumieć, że np. nie ma teraz i odda za tydzień albo dwa. A tak to wali w przysłowiowego ch**. I szczerze to już się nie spodziewam, że tę kasę odzyskam. Tak więc teraz dobrze będzie jak wyjdę na zero w tym miesiącu. Nie ma to jak spoko zachowanie. Jak wziąć hajs to znał mój numer i adres. A jak oddać to nawet nie odbiera telefonu. I co poradzisz? NIC. Najlepiej się cieszyć, że nie była to jeszcze większa kwota i mieć gdzieś takiego znajomego. Choć z drugiej strony, wolałabym wydać to na pomoc zwierzętom w schroniskach, a nie na takie frajerstwo. A mama mówiła „dobry zwyczaj – nie pożyczaj”. I jeszcze wspominała coś o tym, że jestem naiwna i mam za dobre serce…

No ja nie wiem, co wy dziewczyny jesteście teraz takie wstydliwe

Dziś nad ranem zaczęłam wymiotować. Co prawda o godzinie „zero”, czyli kiedy powinnam wyleźć z wyrka do pracy, czułam się już tylko zmęczona. Biorąc pod uwagę, że cały weekend i dwa dni wcześniej zdychałam, postanowiłam nie ryzykować zarazy wszystkich współpracowników. Stwierdziłam, że lepiej będzie się zbadać u lekarza. W tym miejscu nadmienię jak niezmiernie cieszy mnie to, że tam gdzie teraz pracuję mogę zanieść L4. Nie nadużywam tego i nie latam z byle czym do lekarza. A teraz cieszę się, że jak dam takie zaświadczenie to nikt mi nie pojedzie po pensji. Poprzednio, żeby zachować całą wypłatę (nazwijmy to podstawą + czymś w rodzaju „premii” uznaniowej) w miejsce zwolnienia brałam urlop wypoczynkowy. Zapalenie oskrzeli raz -5 dni z urlopu. Coś tam jeszcze i tak połowa z 20 dni urlopu w roku przepadła…

Ale wróćmy do wizyty u lekarza. Całe życie od małego szczylka chodziłam do jednego doktora. Żeby nie było, leczy świetnie. Ale jest chyba starym zboczeńcem :/ Zawsze przy osłuchiwaniu klatki piersiowej prosił o rozpięcie stanika, bo rzekomo utrudnia on badanie (dla takich pokroju tego medyka informacyjnie piszę -  ROZPIĄĆ A NIE ZDJĄĆ!!). I jakie było moje zdziwienie, gdy rozchorowałam się w innym mieście (na urlopie, tak tylko ja mam takie zezowate szczęście!) i trafiłam do jakiejś pani doktor. Gdy osłuchiwała mnie, zapytałam o ten nieszczęsny biustonosz, bo wykonywała to badanie bez rozpinania. Dowiedziałam się, że to w żaden sposób nie wpływa na wynik badania i z żadnych przyczyn nie trzeba go rozpinać. Wściekłam się. Autentycznie.

Tak więc dziś, przy badaniu nie omieszkałam wspomnieć temu staremu zgrzybiałemu perwersowi, że rozmawiałam z pewną panią doktor o tym badaniu i, że to o co on prosi w ogóle nie jest potrzebne. A on na to „no ja nie wiem, co wy dziewczyny jesteście teraz takie wstydliwe”. Wyjątkowo nic nie powiedziałam, bo uznałam, że nie ma co gadać ze ścianą. Ściana i tak zawsze swoje wie. Później przypomniało mi się, jak koleżanka opowiadała o wizycie ze swoim synkiem u niego. Wtedy myślałam, że kłamie. Mianowicie powiedziała mi, że jak skończyła opisywać objawy choroby dziecka, to powiedział do niej, żeby się rozebrała. Na co ona, że synek jest chory, a nie ona. W odpowiedzi usłyszała „No ja nie wiem, co wy dziewczyny jesteście teraz takie wstydliwe”. Wtedy myślałam, że mnie zełgała kak sobaka. Nooo, a mówiła prawdę.

I pomyśleć sobie, że człowiek przychodzi czasem ostatkiem sił do lekarza. W jakiejś malignie, gorączce, drgawkach i nie wiadomo czym jeszcze. Marzy tylko o tym, żeby dostać jakieś leki, najeść się ich i wyspać, a potem obudzić się we względnym samopoczuciu… A tu taki zbereźnik wykorzystuje sytuację i zapuszcza żurawia nie tam, gdzie powinien. Bez komentarza.

kiedy zaczyna się pasja?

Co nadaje życiu sens? To zależy od osoby. Jednym sens nadajechodzenie do pracy i włażenie w dupsko swojemu przełożonemu. Są laski dlaktórych sensem życia jest znalezienie męża. Są i lachony, które cały wolny czasspędzają na zakupach, solarium i imprezach z muzyką radia Eska. Jest nawetNicki Min(t)aj, która wygląda jak glonojad z wielkim kuprem. I są kobiety zpasją. Z którymi rozmowa przenosi człowieka w zupełnie inny świat. Bo w ichświat. Pełen pasji, radości i spełnienia.

Martyna Wojciechowska, Beata Pawlikowska, Janina Ochojska. Iwiele wiele innych. Z żadną z nich nie rozmawiałam. Miałam tylko okazję oglądaćwywiady. Wielki świat, można by pomyśleć. A w swoim najbliższym otoczeniu możnazderzyć się z Pasjonatkami. Takie szczęście spotkało mnie pięknej deszczowejsoboty tego weekendu. Z bolącym gardłem, nosem zawalonym katarem i lekkągorączką wybrałam się z rodzicielką połazić po galerii konsumpcjonizmu. Miałamjechać z koleżanką na grzyby, ale nie pykło. No więc jak się nie ma co sięlubi, to się lubi  co się ma.

W jednym sklepie spotkałam znajomą z byłej pracy. Była jednąz niewielu osób, z których opinią się liczyłam. Fajnie było z nią porozmawiać.Jak zawsze uśmiechnięta i zadowolona. Spokojna chętna do dyskusji. Wspomniałamstare czasy i doszłam do wniosku, że to był epizod w życiu, który przyniósł miwiele dobrego. Była dla mnie przykładem idealnej kobiety handlowca (nie sensustricto) obsługi klienta. Podchodziła (i na pewno tak jest dalej) indywidualniedo każdego i w takim stylu, jakby jej zadowolenie. Sprawdzała się w tymdoskonale, nie było niezadowolonych dilerów. W dodatku, jak ja ma kota. Lubiwino, zna się na nim. Inteligentna. Teraz jest współudziałowcem w tej firmie :)

  

W przerwie od przewracania szmatek na wieszakach, byłam nakawie. Pierwszy raz mój ryjek posmakował cafe mocha. Spoko. Mocno czekoladowe.Ale bez słodzenia cukrem brązowym nie dałam rady. I tak po kawie trafiłam dosklepu funku i duszy (???), gdzie sprzedawczyni rozłożyła mnie na łopatki. Pomogłami dobrać dwa swetry. A w sumie pokazała osiem egzemplarzy i nie przejmowałasię moimi nieudolnymi opisami kolorów. Jak mówiłam „ten taki chyba brązowy wciapki” to podawała z uśmiechem i tłumaczyła, do czego najlepiej go nosić.Poleciła mi też jeden dłuższy do leginsów, który w dodatku komponuje się z mojąarafatką. Oprócz tego pogadałam sobie z nią o ciuchach i jesiennychprzeziębieniach. Na koniec powiedziała, że jest zadowolona z tego, gdziepracuje i jakiej firmie, że uwielbia doradzać klientkom.

Pasje? Może. Wygląda, jakby to były one. Pozwalają żyć namtak jak chcemy i spełniać się. Nie musimy być do tego Natalią Kowalską albocórką Prezydenta. Wystarczy nam być sobą. Szczęśliwą. Moją pasją jestprodukcja, pisanie i joga. Nic wyszukanego. Wątpię, aby komukolwiek toimponowało. A mi i tak się podoba. Tata zawsze zajmował się produkcją i chcębyć w tym tak dobra jak on. Pisanie pozwala uporządkować myśli. Joga uspokaja ipozwala budować hierarchię wartości opartą na dobrach niematerialnych.

Śmietanka duchowieństwa

Jakoś od paru dni walczę w sobie, żeby tego nie napisać. Ale to mój blog i moje wypociny, a więc nie mogę się powstrzymać… i muszę napisać, jak bardzo mi szkoda „biednego” Salezjanina, który wyprawił jakże wspaniałe otrzęsiny gimnazjalistom. Tak się chłopina starał, żeby były wyjątkowe. To mu się udało. Przy okazji udało mu się zniesmaczyć pół Polski jak nie więcej. Byłam na niejednej kolonii i obozie sportowym. Nie jedne otrzęsiny mam za sobą. Ale śmietanki z kolan nigdy nikomu nie musieliśmy zlizywać. Były różne konkurencje sportowe, picie mikstur zrobionych z przypraw, soli i wszystkiego, co w ręce wpadło „starszakom”. Była nawet chłosta pokrzywami po kolanach. Różne dziwactwa, jednak nie było klęczenia przed opiekunami.

Jak widzę takie newsy, to mnie w dołku ściska. Bo stety albo niestety uważam duchowieństwo za taki podmiot w gospodarce, który nie przyczynia się do wzrostu PKB. Utrzymuje się głównie z dóbr dzierżawionych/kupionych od Skarbu Państwa (np. wielkie połacie leśne) i daniny od wiernych. Pracę zarobkową podejmują raczej rzadko, a prawie nigdy. Nie produkują, nie świadczą usług. Mają stanowić oparcie dla Katolików. Czyli mają dawać coś więcej niż dobra materialne. Mają zaspokajać tzw. potrzeby wyższego rzędu. Czyje? Wiernych, a nie swoje. A jak widzę takiego pryka, który rozkraczony siedzi przed stadkiem klęczących, wypiętych gimnazjalistek z kolanami obsmarowanymi śmietaną, to szlag mnie trafia. WTF?! Kościół uparcie milczy i twierdzi, że to pierdoły niegodne komentowania. Tymczasem prof. Lew Starowicz zajmuje jednoznaczne stanowisko w tej kwestii. Janusz Palikot także.

Wiecie czego nie czaję? Tego, że gdyby zrobił to zwykły świecki nauczyciel, np. geografii wisiałby już za jaja na suchej gałęzi nad rwącą rzeka. Przyklejono by mu łatkę pedofila. A tak co się stało? Nic. Kto jest bezpośrednim przełożonym tego durnia? Jakiś inny klecha. Przepraszam wszystkich, których teraz obrażam, ale jeśli Kościół i jego przedstawicielstwo nie reaguje, to są bandą, która zasługuje na takie same potępienie jak winowajca. Nie jestem znawczynią Pisma Świętego, ale jest tam gdzieś napisane wyraźne, że bezczynność wobec niegodziwości i przymykanie oczu na to jest gorsze niż popełnianie tego…
Amen.

Przyczyna wszystkich nieszczęść

Przemknęło mi przez głowę, że to ja jestem sprawczynią i źródłem wszystkich swoich problemów. I że nie oszczędzam kłopotów otaczającym mnie ludziom. Taka refleksja ogarnęła mnie po obejrzeniu filmu Ki z Romą Gąsiorowską w roli głównej. Co prawda nie uciekłam do przyjaciółki od brutalnego chłopaka, nie mam dziecka, którego kompletnie nie chcę i nie jestem w stanie wychować, ale… Ale ta bezczelna, rozwrzeszczana i ciągle kombinująca dziewczyna przypomina kogoś, kogo co dzień widzę w lustrze.

Też kombinuję, może nie jadę po oporach aż tak bardzo, ale w analogicznej sytuacji? Analogiczna sytuacja nie pozostawiłaby mi wyboru. Film godny polecenia. Pokazuje, co dzieje się, gdy sytuacja człowieka przerasta, a życie jest tak pod górkę, że nie da się już dłużej korzystać z pomocy innych, bo mają tego już po dziurki w nosie. I niby u mnie nie jest tak tragicznie, ale… Doprowadzam ludzi do szału. Jeden z moich podwładnych poszedł dziś do szefa na skargę, że ja go wpędzam w psychiczny dołek, że tak go sadyszczę, że on niedługo w psychiatryku wyląduje. Szkoda tylko, że lamentuje zamiast wziąć przykład z innych i zakasać rękawy do roboty. Ja sobie nie odpuszczam i innym też nie odpuszczę. Tym bardziej, że ma u mnie już taryfę ulgową ze względu na to, że jest nowym pracownikiem.

A to jeszcze nie koniec. Rodzice po powrocie załamali ręce nad bałaganem, który zrobiłam w domu. Dali mi kilkuminutowy wykład na temat skutków mojego bałaganiarstwa. Mimo, że posprzątałam część tego, co nabrudziłam. Dowiedziałam się, że jestem osobą niezwykle trudną w obcowaniu i przebywaniu, że trzeba mi mówić co mam zrobić. A nikomu nie przyszło do głowy, że jak cały dzień mówię ludziom co i na kiedy mają zrobić, to w domu już wolałabym usłyszeć konkretne polecenia z konkretnym terminem? Co gorsza, gdy wróciłam do naszej dziupli w wieżowcu, mieszkanie błyszczało jak psu jajca na wiosnę i usłyszałam od chłopaków, że jak mnie nie ma, to nie wytwarza się tyle bałaganu. A współlokator zaczął zamykać się w pokoju, a wcześniej tego nie robił…

No i cóż. Niszczę wszystkim w koło spokój ducha.
„Ki. Nie polubisz jej”. Inżynier Blondyna. Jej także nie polubisz.   —>
http://inzynierblondyna.blogspot.com/

Pozory mylą

O jak to niefajnie się pomylić. O jak to przykro przyznać przed sobą, że osoba, którą podejrzewało się o spiskowanie, kopanie dołków i wszystko co najgorsze okazała się tą w porządku. O jak to paskudnie, gdy ktoś kto wydaje się mega profesjonalny i skuteczny okazuje się bezwzględnym pługiem, który brnie do przodu po trupach innych. No i co tu sobie mam powiedzieć, jak miałam moment, gdy źle wszystko oceniłam i dałam się omamić złudnym wizjom działania dla dobra firmy.

A tu nagle wyszło szydło z worka. Jak ja żałuję, że się nie słuchałam doświadczonej koleżanki z pracy. Ba, żeby to jednej. Wszyscy mnie ostrzegali, że zawarty sojusz może się dla mnie źle skończyć. Liczyło się dla mnie, żeby nauczyć się skuteczności i efektywności większej niż normalna. I wyszło jak wyszło. Do dupy. Wyszło, że jestem podobno nieudacznik. Ja i reszta naszego zespołu. Co z tego, że dokonywałyśmy rzeczy niemożliwych. Ale tego nikt nie widział. Teraz robi się z nas bandę nieogarniętych dup wołowo-wieprzowych. Spoko. Jakoś się tym nie przejęłam. To co z krytyki było słuszne – przyjęłam. I już to sobie wezmę do serca. I udowodnię, że nam się nie wjeżdża na ambicję. Mi i mojemu zespołowi.

A co gorsza przenosiłam ten stres do domu. Od dziś nie przenoszę. Coś jakby mi w głowie otworzyło szufladkę, która była zamknięta. A jak to się stało? Wystraszyłam się. Kiedy działam najefektywniej? Kiedy boję się negatywnych konsekwencji i dostaję niespodziewane nagrody. Póki co była niespodziewana zjebka. Drugi dzień z rzędu. Ale nie ma o tego rozpamiętywać. Trzeba popchnąć temat do przodu. Czego się nauczyłam po tej sytuacji? Że skoro ktoś ciśnie moim kosztem do góry, ja mogę zrobić to samo. Och jak się cieszę, że zgrywałam kretynkę w pracy przed większością z ludzi i dużą część swoich możliwości zachowałam dla siebie. To się teraz zdziwią. Nie jestem już miękką fają. Kiedyś bym płakała po dzisiejszym dniu. Dziś bluzgnęłam parę razy i spłynęło. A wnioski wyciągnęłam. I nie ma zmiłuj. Jak mi ktoś nadepnie na odcisk to mu upierdolę stopę. Może nie dziś, ale to nastąpi…

W razie problemów z komentowaniem –> http://inzynierblondyna.blogspot.com/

Nie wiesz co dobre, póki tego nie stracisz

Od trzech dni przebywam w domu u rodziców. Doszłam do następujących wniosków:

1. Potrzebuję perfekcyjnej pani domu. Gdybym miała dom z ogrodem, zrobiłabym jej kojec w drewutni, ewentualnie legowisko w tujach na cieplejsze dni. Całymi dniami sprzątałaby po mnie, więc byłaby szczęśliwa.

2. Gdy masz coś od zawsze jest to dla Ciebie gówno warte. I nawet myślisz, że wcale to nie jest potrzebne, że obyłoby się bez tego. Zawsze myślałam, że obyłoby mi się bez: balkonu, ogródka, garażu, wanny, kablówki/sat., kibla w oddzielnym pomieszczeniu od łazienki, więcej niż jednego pokoju dla nas dwojga. No i dokonałam przełomowego odkrycia, że z tym wszystkim byłoby mi łatwiej i przyjemniej. W wieżowcu tego niet. A na wsi u rodziców jest.

Gdy ma się balkon można suszyć pranie na dworze, schnie trzy razy szybciej. Można wywiesić na poręczy pościel na cały dzień :) Jak fajnie się wtedy zasypia… W naszym mieszkaniu nie odważyłabym się wywiesić pościeli. Znalazłabym na niej różne ciekawe rzeczy, które sąsiedzi wylewają przez okna. Ogródek daje możliwość zrobienia grilla, kiedy się tylko chce. Nie trzeba daleko jechać, więc można zaoszczędzony czas poświęcić na miks smaków. Szaszłyki z kurczaka w trzech wariantach smakowych – meksykańskie, masala i z harrisą. Mniaaam. Polecam. Harrisa to przyprawa o wyraźnie ostrym smaku, mieszanka składająca się z papryczek chilli, czosnku, kolendry, kuminu, papryki i soli. A masala to także mieszanka przypraw. Ja użyłam garam masali. W wannie można poleżeć sobie w pianie z lampką wina, a pod prysznicem co najwyżej opróżnić butelkę na szybkości. Słabo.

A więc do rzeczy, można sobie wypocząć. Jednak jest druga ciemna strona mocy. Tą stroną jestem ja. W trzy dni doprowadziłam dom do permanentnego chaosu. O tak jestem w tym mistrzem. Huragan Blondyna wyrządził następujące straty:

- zalana woskiem szafa, podłoga i zlew,

- wyhodowane stado much,

- pełna brudnych naczyń zmywarka,

- dwa worki śmieci,

- ciuchy porozrzucane po całym domu,

- zapaćkany keczupem stół, drugi pozalewany colą,

- wszystkie podłogi brudne i pełno włosów w płowym odcieniu.

Do tego dochodzi wiele innych. Czyli muszę rodzicom posprzątać chałupę, bo się załamią. No cóż. Taki mój urok bałaganiary ;)

Z cyklu bezcenne dialogi

Podobno swój swego zawsze znajdzie. Czyli mądry z mądrym się spotka. Przedsiębiorczy z przedsiębiorczym założą parabank i wydoją emerytów i rencistów z ostatniego grosza. Menel z menelem rozpiją winiacza w bramie, tudzież pod sklepem. Zaś Inżynier Blondyna z ludźmi pogada sobie.

Dialog I.
Siedzę na macie do jogi i czekam na rozpoczęcie sesji. Nogi mam rozprostowane, przebieram palcami u stóp i się cieszę do siebie, że schodzą ugryzienia po komarach. Bąbel na bąblu.
- Pani nie powinna w takim stanie tu ćwiczyć.
- Kto?
- Pani.
- Dlaczego?
- Bo ma pani parcha na nogach.
- To są ugryzienia komarów, a nie parch.
- Pani rozsiewa tu syf i brudzi matę.
- Mata moja prywatna, własna. A pani rozsiewa tu coś gorszego niż syf.
- Ja niczego nie rozsiewam.
- Rozsiewa pani podłą atmosferę.

Dialog II.
- Dzień dobry. Przyniosłam raport za zeszły miesiąc.
- Dziękuję. Proszę poczekać.
- Tak? Stało się coś?
- Czy pani nie zapomniała albo może ma zamiar przynieść jakieś zaświadczenie?
- Jakie zaświadczenie? – zachodzę w głowę ocb.
- Takie od lekarza.
- Z tego co wiem zaświadczenia o astmie nie trzeba dostarczać do zakładu pracy. Poza tym myślę, że jej nie mam.
- Ja myślę o zaświadczeniu o ciąży.
- Muszę rozczarować. Nie jestem w ciąży. Ja po prostu taka jestem. Taka fizjonomia plus zamiłowanie do piwa i pizzy.
- Ojej! Bardzo, ale to bardzo panią przepraszam. Bo pani taka mała i drobna i…
- Wiem, wiem, a brzuch wystaje…
- Naprawdę przepraszam.
- Nie ma za co.

Dialog III.
W trakcie polowania na piżamę trójczłonową z sieci dyskontów, która ceni jakość. Znalazłam mały rozmiar pasujący na mnie. Idę z nim do kasy.
- Zaraz zaraz! Niech pani poczeka.
- Na co?
- Na mnie. Bo to moja piżama.
- Nieprawda.
- Ja ją wypatrzyłam.
- No i…?
- Dlatego to moja własność.
- Nieprawda. Aby to była pani własność powinna pani nabyć tego prawa własności. A do tego niezbędna jest transakcja kupna-sprzedaży. I ja właśnie dokonam tejże transakcji. Żegnam.

Pogadałam sobie. Nie ma to tamto. Dialogi jak ta lala. I to wszystko w jeden dzień.

Smutek, żal, rozczarowanie

Smutek rozdziera mi serce. Nawet już sama nie wiem czemu. W pracy ostatnio stresy, ale po wyjściu z budynku jakoś o tym zapominam.

Dziś pojechałam do rodziców pilnować domu, bo wyjechali. I jakoś tak mi zaczęło się kołatać w głowie, że jak mieszkałam tam to było mi łatwiej. I pod pewnymi względami lepiej. Nawet tęsknię. Za moim kochanym kotem. Za swoim żółtym pokojem z telewizorem i zajebistym audio. No i po co mi to było wszystko? Jak teraz jestem tam tylko gościnnie. I za rodzicami też tęsknię. Mimo, że wiecznie darłam z nimi koty i dzień w dzień były awantury. Za tym, że gonili mnie do porządków. Że kazali mi wynosić puszki z pokoju, zbierać skarpetki, wybierać kocie kupy z ogródka, czyścić buty, robić zakupy i inne takie.

Nie potrafiłabym wrócić do domu, bo wiem że już nie wypada mieszkać z rodzicami, gdy jest się w stanie samemu na siebie zarobić. A mimo to czuję się taka samotna. Nie jestem w stanie powiedzieć z jakich powodów. Samotna, smutna, zła i wściekła. Było mi przykro, że będę sama w domu. I chyba ta samotność mi się przyda. Przemyślę sobie parę spraw.

No i co dziś usłyszałam? Coś o swoim cyt. spierdolonym blogu. Sorry bardzo, ale jak się czyta bez zrozumienia to się wiesza na autorze psy. Ech… Dość. Mam dość. Nie napisałam niczego za co takie teksty. Hmm…
Koniec pisania. Idę spać. Mimo, że nie mam ochoty jutro wychodzić z łóżka i patrzeć na ten parchaty świat.

Nie odejdę, bo nie potrafię

Nie potrafię odejść. Nie umiem opuścić GO. Za dużo wspomnień, za duży sentyment. Sentyment do jego wyglądu, do tego jaki jest. Od lat nie zmienił się ani trochę, zawsze pozostawał taki sam. Sprawiał mnóstwo problemów. Często wszystko było nie tak jak powinno. A jak przyszło co do czego, to nie było wiadomo, jak odzyskać to co straciliśmy w wyniku błędów. Jego i moich. Tyle razy powtarzałam pewne czynności i… bez efektu. Choć były chwile, gdy bez zarzutu wszystko udawało się jak z płatka.

Niby żadnych zmian, niby monotonia. A jednak to dawało stabilność. W dzień i w nocy, na trzeźwo i pod wpływem, zawsze był taki sam. Znałam go na pamięć, więc jak wyżej wspomniałam, co by ze mną nie było mogłam wszystko zrobić tak samo. Prawie, że na oślep. Był jaki był, ale spośród wielu innych zawsze wybierałam jego. Tak mnie wkurzał, ale po każdym odejściu wracałam. Teraz też zaczęłam szukać innego. A dlaczego? Bo nagle powiedział „muszę się zmienić, potrzebuję nowości, ciągle byłem taki sam, dlatego tyle tematów nam się sypało”. Buntowałam się, wściekałam. A on twardo obstawał przy swoim. Ja tak, on srak. Ja bee, a on mee. I tak w koło macieju. Zdałam sobie sprawę, że nic nie poradzę. Jak to mówią Amerykanie „my way or a highway”.

No więc ja wybrałam highway. A że innych do wyboru do koloru zaczęłam z nimi romansować. Pierwszy był taki dostępny i początki znajomości też wydawały się obiecujące. A potem? Wyszło na to, że jest prymitywny i sto razy gorszy od tego mojego. Powiedziałam sobie, że to mnie nie urządza. Skasowałam ślady tej niechlubnej i w dodatku krótkiej znajomości. Pomyślałam sobie, że niegłupia ze mnie babka, to może spróbuję z jakimś lepszym. Takim na światowym poziomie. Znam angielski dość dobrze, więc odpadły problemy komunikacyjne. Byłam nim zafascynowana. Tylko, że krótko. Okazał się skomplikowany, a do tego jeszcze potrzebne mu były moje pieniądze. Bo taka opcja to tyle kosztuje, a taka to tyle. Takiego też mi nie potrzeba i zlałam go.

No nic, do trzech razy sztuka. To trzeci niech będzie taki ze środkowej półki. Prostacki nie był, a taki wyszukany, wysublimowany też nie. „Uff… będzie OK, z nim mogę zostać na stałe”. Pochwaliłam dzień przed zachodem słońca. Też jest popaprany. Mam dość. Nie szukam już innego. Może te zmiany są potrzebne? Dajmy sobie szansę. W końcu jesteśmy już tak długo razem.

Ja i blog.onet.pl!!

A Wy myśleliście, że co? :P

W razie problemów z komentowaniem zapraszam na –>
http://inzynierblondyna.blogspot.com/

Pierwszo wrześniowa nostalgia

PROSZĘ O ZACHOWANIE SPOKOJU! Ten post ma charakter demoralizujący, a co gorsza sentymentalny. Zburzy wasz obraz, że to teraz świat tak pogrążył się w chaosie. Przykro mi kochani rodzice. Ale nastolatki piły, piją i będą pić. Będą także próbować marihuany. A żeby tylko tego. Jakby tego było mało, to za moich czasów nie było dopalaczy i innych takich. A teraz? Do wyboru, do koloru, więc macie podwójne zagwostki!

Jednak wróćmy do meritum, gdyż standardowo odjechałam od wątku głównego. Wracając z pracy patrzyłam z rozrzewnieniem na grupki młodzieży przemieszczające się ulicami. Niby tak bez celu, a jednak z autopsji wiem, że po 15-stej to już się pędzi do domu zjeść coś i umyć zęby zanim mama wróci. Bo niby po piwie, dwóch umycie zębów pomoże. Potem głupawe siedzenie na kanapie i udawanie zainteresowania wszystkim, co akurat jest w tv. I nadzieja, że „starzy” nie obczają co pięć.

Kurde jak ja za tym tęsknie! Żeby spotkać się na początku roku ze znajomymi i iść na browar na spontanie. Na takim spontanie, że akurat zawsze wszyscy mieli kasę na te dwa piwa. A ktoś inny miał szlugi. Wtedy nawet nie mieliśmy wszyscy komórek, a o takim czymś jak internet w domu to mało kto słyszał. A umieliśmy się ustawić. Co ciekawe takiego spędzania początku roku i wszelkiego innego wolnego nauczyłam się w gimnazjum, bo w podstawówce to byłam raczej spokojna. Przyznam szczerze, że przez długi czas miałam wyrzuty sumienia, że tak rodziców ściemniałam. Bo co miałam im powiedzieć, że chcę pieniądze na alkohol? No mówiło się, że na pizzę albo lody. Później przez tydzień nie mogłam spokojnie spać przez te kłamstwa. A teraz człowiek w pracy musi lawirować i ściemniać handlowców, kontrahentów, dostawców na porządku dziennym. Przykre.

Później tą tradycję starałam się kultywować w liceum. I wyszło całkiem nieźle. Już pierwszego dnia poszłam na browar z dwiema koleżankami. Byłyśmy w najlepszym liceum w mieście, a i tak wiele osób zrobiło to samo. Ale to nie za tym piciem tęsknię. Tylko za tym klimatem niepewności – jaka będzie ta moja klasa? Czy zakoleguję się z kimś od razu? No i problemy tamtych dni. Zdążyć do domu przed rodzicami, jeszcze wycinając kółko trzy ulice dalej, żeby koledze przez domofon coś powiedzieć, bo fejsika przecież wtedy nie było. Lekcje też były całkiem spoko. Jak się nie chciało, to się nie poszło albo się spóźniło. I nie było problemów. A w pracy jak późnisz się trzy razy to nasmarują ci w papiery.

Wyszłam dziś rano przed klatkę. Specjalnie 10 minut wcześniej. Chciałam poczuć ten specyficzny zapach, to coś co czuło się w powietrzu w pierwszy dzień szkoły. Obeszłam blok dookoła. I wiecie co poczułam? Że jestem już stara prukwa, która tęskni za szkołą. Że to co dobre już nie wróci. Że fajniejsza część życia już za mną…

Rozmowy kwalifikacyjne

Uwaga! Uwaga! Tak, tak, to ja, która jeszcze nie tak całkiem dawno zaliczała rozmowy kwalifikacyjne niemalże nałogowo. Nie dlatego, że mi się podoba taka akcja, gdzie ktoś mi zadaje pytania typu „czy pani jest zamężna?”, a ja odpowiadam „a jaki to ma wpływ na wybór kandydata?”. Tylko było tak, że sama szukałam pracy. Długo. Z dwóch przyczyn.

Przyczyna 1. Szukałam już w miarę stałej pracy, więc nie chciałam brać byle czego, tak jak w przypadku pracy na studiach i w wakacje. Opcja na handlowca wzbudzała we mnie szczere mdłości, a niestety w moim województwie tego jest najwięcej. Nieruchomości, finanse, bankowość, księgowość i (nie daj Boże) posada urzędnika także mnie nie kręciły. Nuda, nuda, nuda i upierdliwi klienci z jednej strony, a z drugiej targety i managerowie. Chciałam, żeby to była praca związana z produkcją/konstrukcją. Przemysłu u nas mało – poszukiwania były utrudnione ze względu na mały popyt.

Przyczyna 2. Odrzucałam te opcje, gdzie ktoś odstawiał dziwne szopki i jazdy na rozmowie. Gdybym chciała wszystkie opisać, musiałabym wysmarować ze trzy posty. No, ale powiedzmy sobie szczerze, że jak ktoś na pierwszym spotkaniu daje mi questa typu „niech pani opowie, jak wyobraża sobie pani łączenie obowiązków domowych z pracą” albo „czy pani marzyła zawsze o pracy na tym stanowisku?”. Co to za pytania? A jak marzyłam w dzieciństwie o tym, żeby być architektem, to teraz co? Nie sprawdzę się jako doradca techniczny? Pfff! Albo jak powiem, że obowiązki domowe to bardzo luźna kwestia, bo jak mi się nie chce to nie sprzątam lub zamawiam pizzę z dowozem to co? Jestem nieogar i w pracy się nie połapię?

Tak czy siak w końcu coś tam znalazłam. Mogło być lepiej, a mogło być gorzej. W trakcie wkurzało mnie to strasznie. A z perspektywy czasu cieszę się, że trafiłam na tych co niektórych. Na tę chwilę nie myślę o szukaniu innej pracy. Jak długo nie wiem. Wiem za to, że uczestniczyłam ostatnio w rozmowie kwalifikacyjnej. Jako ta strona na przeciw, której zawsze siedziałam. Mając na względzie, jaka to męka ubiegać się o pracę, oszczędziłam sobie wszelkich głupich zagrywek. Postanowiłam, że pogadam z człowiekiem normalnie.

Było dwóch kandydatów. Niestety pierwszy miał zero, zupełne zero kwalifikacji w tym kierunku. Pisząc „kwalifikacje” miałam na myśli umiejętności praktyczne, czyli uprawnienia i do tego przepracowany czas w zawodzie. Nawet wykształcenie Kandydata nr 1 wcale nie przystawało do stanowiska. Sam przyznał, że nie do końca go interesuje co będzie robił. Wrócił z UK i szuka czegokolwiek, żeby mieć ubezpieczenie. Kandydat nr 2 znowu wykształcenie miał (mam na myśli zawodowe, a nie studia) i tak samo żadnych uprawnień i praktyki.

W sumie, to jest straszne siedzieć po drugiej stronie i widzieć, jak ktoś się wije, żeby dostać pracę. I jak się męczy próbując udowodnić, że nauczy się. Jasne, że się nauczy. Ja w to nie wątpię, to nie są rzeczy mega trudne. A do tego udowodni ludziom, którzy mają się za niezastąpionych, że nowy też szybko może ogarnąć. Jedyny minus tego, że przez około cztery miesiące, takiej osobie można liczyć wydajność od 50% do 80%. No i z tego tytułu oferuję bardzo niską stawkę. W zasadzie wiem, co mogę zaoferować, bo pytałam swojego przełożonego. Przy tym bezrobociu, jakie teraz mamy i obecnej inflacji, to trochę lipne wynagrodzenie. Choć z drugiej strony, dla osoby bez kwalifikacji szansa. Ja bym brała… Pierwszą pracę miałam właśnie na takiej zasadzie, że za niską pensję. Lepsze coś konkretnego (sensowne doświadczenie) za niższy hajs, niż troszkę więcej, a byle co i na chwilę.

Kiedyś myślałam, że to taki lajt przeprowadzać rozmowę kwalifikacyjną. Siedzisz sobie na dupie i przebierasz w kandydatach. Niestety nie jest tak kolorowo. Naprzeciw siedzi człowiek. W takiej sytuacji jak ja dwa lata temu. A z drugiej strony świadomość tego, że trzeba dobrze wybrać pracownika. A co można tak naprawdę wyczytać po kilkuminutowej rozmowie? W każdym bądź razie, to nie jest miłe doświadczenie. Może się przyzwyczaję. A może nie. Te dwie rozmowy, co przeprowadziłam niedawno, wspominam raczej z średnią przyjemnością.