Sssuper owłosienie

Inżynier Blondyna jak każda kobieta chciałaby być ładniejsza niż jest. Bo tak jak jest, to nie koniecznie jej się podoba. Tu za dużo, tam za mało. To samo tyczy się włosów. Na głowie, jakby ktoś pytał. Tak więc naturalne blond włosie, długości do połowy pleców, pewnego dnia stało się niewystarczające. Dlatego też po konsultacji z wujkiem google znalazła numer do pani oferującej przedłużanie i zagęszczanie włosów. Gdy umówiła się na spotkanie i spotkała się z panią oferującą takową usługę, padła z zachwytu. Na widok mnogości kolorów i wyboru pasemek zacieszyła paszczękę z zachwytu. Wybrała włosy w objętości razy 3, tego co ma na głowie.

Po kolejnej wizycie w celu założenia pasemek zaczęło się. Najpierw było super. Bujna czupryna, jak z reklamy szamponu dodającego objętości. Przyczepiona na tzw. „keratynę”, którą dozuje się z czegoś, co jest kosmetyczną odmianą glue gana. Pięknie ułożona przez fryzjerkę, sprawiła, że Inżynier Triple Blondyna gapiła się oślim wzrokiem na siebie w każdą powierzchnię od której chociaż troszkę odbijała się jej facjata. Problem pojawił się na drugi dzień. A dlaczego? A to dlatego, że Inż. B. zawsze miała zdrowe włosy, których nie trzeba było czesać co dwie godziny. Niestety nowe ekstra dosztukowane coś zaczęło plątać się. Mocniej i mocniej z każdym dniem. Nie pomagało wylewanie ton jedwabiu, wcieranie maseczek i pozostawianie ich, aby same wyschły. Z reguły aby kołtun nie pojawił się w ciągu pięciu minut pani Inż. B. pomykała z warkoczem.

I tak pomykała szczęśliwie, aż do pamiętnego dnia, kiedy w końcu włożyła dłoń pomiędzy keratynowe złącza, a skórę głowy dostrzegła, że pojawiło się coś, co w dotyku przypominało stary wełniany koc. Gdy wreszcie odważyła się spojrzeć na TO w lusterku, kopara zjechała jej do samej podłogi i jeszcze niżej… Całe włosy od skóry do złącz splątane były w jeden wielki kołtun. Przypominało to długowłosego psa, którego pan zapomniał czesać przez rok. W wielkiej trwodze Inżynier poleciała na reklamację. W czasie zeznań u pani fryzjerki wyszły na jaw dwa fakty. Fakt nr 1 – włosy były dobrze pielęgnowane, ale za długo noszone, więc się zrobił kołtun. Pani zapomniała powiedzieć, że maks to dwa miesiące. Fakt nr 2 – pomyliły się pani włosy dla klientek i przypadkiem Inż. B. dostała ten najgorszy sort. Dwa razy tańszy niż ten za który zapłaciła i o najniższej dostępnej jakości.

Co zaoferowano w zamian -  nie ważne. Ważne, że po zdjęciu zbędnego balastu tydzień trwało nim ofiara własnego pędu ku lepszemu wyglądowi wyczesała „dywan” z głowy. Następnie wpadła w trwogę nad stanem tego co na głowie zostało, czyli łyse placki (chyba doczepiony balast był za ciężki i powyrywał co nieco) i postrzępione kosmyki. Dlatego udała się do „zwykłej” fryzjerki. Ta doradziła rezygnację z najnowszego designu a’la Edzia Górniak (czyt. odrosty do połowy głowy) i skrócenie włosów o jedyne 15 cm. Plus czekanie około kilkunastu miesięcy, aż kondycja włosów powróci do formy sprzed upiększenia. Wniosek? Jak wspaniale, że nie wpadła, żeby sobie powiększyć cycki albo usta ;)

Przesiąknięta dźwiękiem

Wyobraźcie sobie, że nic nie słyszycie. Jedyne co możecie ogarnąć to te litery. I jak ja Wam teraz wytłumaczę, że najważniejsze są dźwięki? Bas wędrujący po ścianie, sprzęt rozkręcony na maksa? Uwielbiam to, kocham. Byłam małolata jak usłyszałam Hip-Hop… „Przesiąknięta jak mój pokój dymem, zrozumiałam z wiekiem, że się taka urodziłam”.

Muzyka zawsze pozwala żyć. Co by nie było. Nie ma życia bez muzyki. Kocham hh, ale reggae też wkradło się do mojego serca. Muzyka musi być!! Kto siedzi w ciszy ten nie wie co 5. Nigdy nie pozwoliłam sąsiadom się zaszczuć. Muza była rozkręcona na maks. Wtedy, kiedy chciałam. Sypały się mandaty. Nie potrafiłam zrobić muzy ciszej…

Życie bez muzyki byłoby niewolniczą tułaczką w gąszczu obowiązków. Sprawiało, że co by się nie działo, byłam szczęśliwa. I nawet teraz jak słyszę Raptowne realia głowa buja się na maks. To samo Globtrotter albo uciułany giecik. KOCHAM to! Uwielbiam bujać się na parkiecie.

Dziś maszerując z browarem w łapie (powrót ze skate parku na osiedlanę i ławkę) spotkałam koleżkę z roboty. „Ooo! Siema kierowniczka”. Hehe. A co kur** myśleliście?! Że kierowniczka nie człowiek? Że nie ciśnie melanżu? A sory zonk!! KIEROWNICZKA ŻYJE BEZ CIŚNIEŃ!! Nigdzie się nie spieszyć, tylko osiągać spokój – to moje zadanie życiowe.

A o Indiach myślę coraz poważniej. Chcę tam być z moją ukochaną muzyką –>

   

Byliście kiedyś na koncercie hh nad morzem? W lato? Wtedy, kiedy dopiero w nocy udaje się wytrzymać, bo  w dzień za gorąco? Na pewno nie wielu z Was się udało. Bo np. cisnęliście nad wodę z Łodzi albo Bydgoszczy. I akurat pizgało. Sory, ale dla nas jak wieje jest ok. I jest spoko przy 20 stopniach. Wystarczy sobie dół wykopać, ogarnąć parawan. Najlepiej jest jak słońce praży tak, że trzeba wejść do wody, żeby się nie zagotować… Tak, czy siak koncerty po upalnym dniu są przekozackie!! To właśnie daje mi znak, żeby sobą być, po swojemu żyć…Ciężko nam tutaj, ale pocisnę, dam radę. I zostanę sobą!!


Mam wyłożone na perfekcyjną panią domu

Ostatnio z tv i netu zerka na mnie Perfekcyjna Pani Domu. I pieprzy te swoje głodne kawałki. A jak wyczyścić baterię na zlewie. Jak poukładać gacie w szafie. Jak posprzątać koło pralki i jak ułożyć pięknie talerze w szafie. Tak jakby przed telewizorami siedziała banda do niczego niezdolnych ślamazarnych bab, które nie umieją wokół własnego zadka ogarnąć. A jakby tego było mało, to jeszcze pokazuje jak to zrobić będąc ubranym w swoje najlepsze ciuchy. Wiecie co? Gówno mnie to obchodzi, jak ona to robi. Jak ułożyć rękę na ściereczce i w jakich proporcjach mieszać wodę ze środkiem do czyszczenia szyb. A także mam wyłożone na zmywanie szyby rajstopami. Wybiorę jednak papierowy ręcznik i zwykły płyn. Od dwóch małych smug widoku na obsrany trawnik mi nie ubędzie, a także nie zejdę na zawał związany z nieperfekcyjnym umyciem okna.

Od razu rozwieję wątpliwości – nie jestem zazdrosna. Bo nie mam o co. Typ urody – nie chciałabym tak wyglądać. Jak dla mnie za zimna i jakaś taka wyniosła. Ładna to jest Scarlett Johansson. O wykształcenie także nie jestem zazdrosna. Mam swoje w ciekawszym wg mnie kierunku niż polskie prawo. A już najbardziej się cieszę, że nie mam porytego na punkcie sprzątania mózgu. I że nie żyję w świecie iluzji, który pozwala mi myśleć, że koc ułożony na łóżku bez najmniejszej fałdki albo wyszorowane na lusterko garnki zapewnią mi szczęście w związku. Dobra, zdzierżyłabym to gdyby to był taki pogląd PPD prezentowany na antenie programu. Niestety jest on  nakręcony w takiej konwencji, jakby życie uczestniczek stawało się lepsze od pucowania mieszkania… Żenada. I niby, że co? Że mam w to uwierzyć? Że jak poskładam skarpety w kostkę po wcześniejszym cerowaniu ich, to w domu będzie sielska atmosfera?! Buahaha!

Zawsze myślałam, że atmosfera powstaje w większości w wyniku zachowania i starań obydwu stron. Co po takim sprzątaniu, jak po codziennej walce w pracy przyszłabym do domu na dwugodzinny dyżur szorowania i układania wprawiając się w iście wściekły nastrój. Niestety, ale nie mogę uwierzyć, że szczytem szczęścia kobiety jest wysprzątane mieszkanie. Jakoś nie wydaje mi się, że to uczyni z kogokolwiek bardziej wartościową osobę. Sorry, ale zamiast co dzień zmywać podłogę i zlew wolę spędzić wieczór na rowerze, pójść na jogę albo potańczyć!

Ludzie święci, wytłumaczcie mi, jak się realizować poprzez sprzątanie! I czemu akurat nie ma Perfekcyjnego PANA Domu? Czemu to usiłuje się wpajać kobietom, że to ich rola? Przecież wiele kobiet tak samo pracuje, jak mężczyźni. Dlaczego nie ma nawoływania do utrzymywania ładu i porządku we dwoje? To mnie jakoś boli… I dlatego nie lubię tej baby. Nie dlatego, że jest ładna, wykształcona i ma swój program. Dlatego, że jak to mówią „pier***i, nie soli” i ma obsesję na punkcie czystości. PPD przypomina mi Detektywa Monka. Chociaż on to przynajmniej był zabawny. A ona stoi na straży stereotypu kobiety z mopem w ręku. Takiego czegoś nie lubię i nie polubię. A sama sprzątać jak szalona nie mam zamiaru. Zamiast wierzyć, że kurz starty zza szafy polepszy związek wolę myśleć, że sprawi to dobry seks ;)

…tylko krzesła brak.

No. I jest. W końcu. Zaginiony PMS. Fuck.
Wszystko mnie denerwuje na maksa. Dobrze, że chodzę na jogę, bo teraz jakoś łatwiej to przechodzę. Ale i tak krwawe ofiary będą. Jak zawsze. I zawsze naszła mnie refleksja, że nie mam swojego miejsca w domu. A tu zdziwko. Mam. Tralalala. Remontowaliśmy kuchnię. Teraz jest ładna i kolorowa. Mam gdzie postawić lapka, a na oknie są zioła i zajebista roletka. Teraz sobie siedzę, piję redsa przez słomkę. Cytrynowego. Przez słomkę nie polecam. Pieni się strasznie. Mogłabym zrezygnować, ale niestety już jest w pokalu, a z pokala jakoś nie lubię. Przy okazji mam zupę na oku. Warzywna na ostro. I mniej niż zawsze. Na jeden raz plus w słoik na następny. Nawet fasolkę kupiłam od lokalnego dostawcy. I marchewkę, cebulę, czosnek… Niestety skończył się liść laurowy. Taka ze mnie super dziewczyna. Robię, mimo że nie ma mnie jutro w domu po pracy. Ale mój chłopak jest. No to robię jemu, żeby nie głodował :P Podjęłam decyzję, że wracam do wegewkrętki. Tak było lepiej.

Co do kuchni – jest teraz zajebista. Jest tylko jeden problem. Siedzę na mega chujowym taborecie. Sorry, ale nie da się go inaczej opisać. Nie trafia tam – mało ergonomiczny, ani źle zaprojektowany. Nie da się tego wyrazić słowami innymi niż tamto. Tak się zastanawiam, jakie siedzonko sobie zorganizować do tej kuchni. Nie teraz, ale w następnym miesiącu. Bo muszę jeszcze zrobić geometrię, kupić nowe drzwi… Nawet nasz lokator powiedział, że spoko miejscówka. Obczajona przypadkiem. W trakcie ucieczki przed disco z pola.

Ostatnio jestem strasznie zajęta. Mnóstwo rzeczy ogarniam. W pracy i po pracy. Ale dziś zrobiłam sobie wyjątek i leżałam dwie godziny przed tv jak ostatni leniwiec. Zaraz kończę zupę i idę spać. Myślę, że na bank przestanę jeść mięso. Przykładowo – wyrób cielęciny. Krowa, żeby miała mleko musi mieć cielaka. Więc zapładnia się krowy, a cielaki hoduje w małych boksach. Rosną ściśnięte w małej objętości, dlatego ich mięśnie w pełni się nie wykształcają, a mięso zachowuje miękkość. Krowa stoi w klatce podczepiona do sztucznej dojarki (czy jakkolwiek się to urządzenie nazywa). Je spod siebie i sra pod siebie. Kury np. w kurczakach z Kentucky, to samo. Przeraża mnie nie sam fakt spożywania mięsa. Przeraża mnie sposób, w jaki produkujemy jedzenie. Bo jedzenie się już produkuje. Tak jak maszyny, podzespoły elektroniczne. Przypomina mi to matrixa, w którym ludzie byli hodowani przez maszyny, aby zapewnić energię dla funkcjonowania systemu. Ale może to tylko moja wybujała wyobraźnia.

A tak z innej beczki. Pojadę do Indii. Nie do hotelu. Tak na trzy miesiące. Pozwiedzać. Zobaczyć prawdziwe Indie. Nie wiem kiedy. Nie wiem, jak. Ale wiem, że pojadę. A wiecie dlaczego? „Bo marzyć to znaczy wierzyć, że się wydarzy”.
http://www.youtube.com/watch?v=ng_l6IBekag

Wredna bijacz!

Ostatnio na jakimś blogu czytałam o syndromie „dziewczyny od kserowania”. Polega to na tym, że każdy stażysta/nowy pracownik tak bardzo nie chce robić czynności leżących najniżej w pracowniczej hierarchii, że aż mimowolnie wtłacza się w szablon takiego działania. O wiele gorsze są baby w recepcjach/rejestracjach przychodni. Bo wiadomo na około ważne osoby – panie i panowie doktorzy. To oni mają moc sprawczą. Wypisują recepty, skierowania, trzęsą NZOZem. A co może taka „rejestracyjna”? Teoretycznie nie wiele. I chyba ciężko im się z tym pogodzić.

A w praktyce co mogą zrobić, by poczuć się ważnymi – utrudnić życie pacjentom. Pomijam ignorowanie osób stojących w kolejce i rozprawianie przez telefon o kapuście (czy lepiej kisić, a może ugotować?). Pominę też odkładanie słuchawki w połowie rejestracji telefonicznej i walenie frazesów typu „to niech się pani z pracy zwolni”. Bo to nic w porównaniu nieuzasadnionego odsyłania i robienia debili z ludzi, którzy przyszli i niestety chcą coś załatwić.

Pojechałam do przychodni dziadkowi odebrać receptę. Ponieważ dziadek nie jest w stanie dojść o własnych siłach do lekarza leki, które musi zażywać stale wypisywane są cyklicznie i odbierane w rejestracji. Pozostałe pani doktor wypisuje na wizycie domowej. Tak więc pomaszerowałam do okienka i ustawiłam się w kolejce. Przede mną dziewczyna w moim wieku w mocno zaawansowanej ciąży. Obok niej nosidełko z małym dzieckiem. Ukrop i duchota jak w tureckiej łaźni. Po twarzy ciekł jej pot, widać było, że ledwo stoi.

- Dzień dobry, chciałabym zapisać dziecko do przychodni.
- Ma pani wypełniony wniosek?
- Tak, proszę.
- Hmm… To nie jest nasz wniosek. Nie przyjmę go.
- Ale ja go dostałam z innej przychodni, podobno jest uniwersalny.
- Nie. My mamy swoje. Musi pani wypełnić nasz.
- Aha, a mogę wypełnić teraz?
- No akurat nie, bo się skończyły, a nie mamy tuszu w drukarce.
- To co mam zrobić?
- Proszę przyjść za dwie godziny.
- Źle się czuję, nie dałoby się na tym wniosku?
- Nie, bo ja nie będę się nad nim zastanawiała. Za dwie godziny zapraszam!
- Dobrze.

Byłam w szoku, że tak popędziła dziewczynę, która ledwo stała. Wyraźnie zadowolona ze swojego drobnego sukcesu powiedziała do mnie:
- A pani niech czeka.
Po chwili kiwnęła na mnie ręką i zawołała:
- Podejść do okienka!
- Dzień dobry przyszłam odebrać receptę dla dziadka, nazywa się S********i.
- Taaak?? A jaką?
- Eeee… no taką dla przewlekle chorych.
- Nazwisko lekarza.
- S*****a.
- Pani doktor była tylko dziś rano.
- No tak, ale ta recepta miała czekać już od rana.
- Pfff! Miaaałaaa czeeekać. A to ciekawe.
- A może pani sprawdzić?
- No dobrze, ale na pewno nie będzie! O! Jest. Ale ja jej pani nie dam.
- Dlaczego?
- Bo godziny odbioru są od 10 do 11 i 15 do 16. A teraz jest 13.
- Specjalnie się z pracy zwolniłam.
- Co mnie to obchodzi, godziny są! A w ogóle to jak dziadek chce receptę to niech sobie sam przyjdzie, co ma do roboty taki emeryt.

Jak to usłyszałam to się zagotowałam. Wychyliłam się przez okienko i wyrwałam receptę.
- Dziadek nie może chodzić wredna kobieto! Do widzenia!

Nie będę się rozwodzić, co myślę o takich zapyziałych, podłych flądrach z recepcji. Nic tylko mieć nadzieję, że kiedyś trafi gdzieś na równą sobie i zobaczy jak to fajnie. W końcu jej wypłata idzie z naszych składek. Wrrr!!

Można wygrać z korporacją

W końcu udało mi się wygrać z pewnym sieciowym fitness clubem. Piszę to, aby każdy kto ma podobny przypadek, nie rezygnował ze swojej racji i praw konsumenta. W moim przypadku walka była zacięta i gdyby nie to, że jestem uparta – pewnie dawno poddałabym się. Ale od początku! W zeszłym roku w czerwcu postanowiłam zapisać się do pewnego klubu reklamującego się jako spełniającego oczekiwania nawet najbardziej wymagającego klienta. Co miało być w ofercie (wymieniam tylko to, na czym mi zależało):
1. Bardzo różnorodne zajęcia fitness, m.in. zumba, yoga, pilates, sexy dance, ragga dance & dance hall, zdrowy kręgosłup.
2. Umowa na czas nieokreślony, którą mogę w każdej chwili zerwać.
3. 60 minut na solarium w cenie co miesiąc za zawarcie umowy w tamtym okresie.

Gdy przyszło co do czego okazało się, że:
1. Na większość zajęć po prostu nie ma instruktorów. Z zajęć tanecznych było tylko latino i zumba. Yogę prowadziła babka z zeszytem (sic!). Niektóre zajęcia prowadziła dziewczyna, która świeżo zrobiła kurs instruktorki fitness – nie została zatrudniona w klubie, w którym ćwiczyłam wcześniej, bo brakowało jej umiejętności.
2. W trakcie podpisywania umowy przeczytałam formularz i wszystko było OK. Gdy chciałam się podpisać spostrzegłam, że są na niej dane innej osoby. Wtedy konsultantka sprzedaży powiedziała, że to jej błąd i przyniesie mi czysty formularz. Podpisałam go… W domu zorientowałam się, że to umowa na rok. Chciałam wymienić, ale to była już musztarda po obiedzie.
3. 60 minut owszem było, ale po zapłaceniu dodatkowych 40 zł. Dopiero po n-tej dyskusji z manager zrobili mi „promocję” za 20 zł.

Chodziłam jakiś czas, ale poziom zajęć (poza zumbą) pozostawiał wiele do życzenia. Po wielu zajęciach nie czułam żadnego zmęczenia, nawet gdy ćwiczyłam po 2 zajęcia z rzędu w jeden dzień. Pani od yogi nie tłumaczyła jak robić poszczególne asany, a grupa była bardzo mocno początkująca. Pewnego dnia tak mi pomogła w jednym skręcie, że coś strzeliło mi w plecach. Poszłam do lekarza i stwierdził, że przez 2 miesiące nie mogę ćwiczyć. Dał mi zaświadczenie. Na jego podstawie chciałam czasowo zawiesić członkostwo, jednak nie było takiej opcji. Wtedy miarka się przebrała i postanowiłam zerwać umowę. Wiedziałam, że nie będzie łatwo. Nikt nie chciał ze mną rozmawiać, a managera akurat nigdy nie było.

W końcu dowiedziałam się, że za zerwanie umowy muszę zapłacić ok. 400 zł kary. Postanowiłam ją przeanalizować w domu. Znalazłam podpunkt, że można zerwać umowę w dwóch przypadkach, a moje zaświadczenie jest jednym z nich. Niestety tym razem, też nie chciano mi podpisać wypowiedzenia. Postanowiłam wysłać je listem poleconym do siedziby klubu (a w zasadzie spółki). Jednocześnie zablokowałam w banku dyspozycję pobierania z konta opłaty za uczestnictwo. Nikt mi nie odpisał. List do mnie nie wrócił. Dostawałam tylko automatyczne smsy z ponagleniem zapłaty. Przez 8 miesięcy nie działo się nic.

Pod koniec kwietnia odezwała się do mnie firma windykacyjna. Poinformowali mnie telefonicznie, że jestem dłużniczką sieci fitness na kwotę 500 pln i mam 2 dni na spłatę, inaczej „wejdzie na mnie komornik”.  Kobieta suczym tonem powiedziała, że nie poda mi ani numeru faktury, ani nie poinformuje dokładniej, bo jak nie płacę, to powinnam wiedzieć za co. Odmówiła mi ponownego podania swojego imienia i nazwiska, po czym przeszła do dyktowania numeru konta, na które należy wpłacić dług. Na wszelki wypadek zapisałam. Na koniec rozmowy powiedziała mi „jak nie zapłacisz masz przejebane”.

Wtedy stwierdziłam, że sama sobie nie poradzę z tymi firmami. Mailowo skontaktowałam się z Rzecznikiem Praw Konsumenta. Po przedstawieniu sprawy i dokumentów orzekł, że ich żądania są bezpodstawne. Zaczęła się korespondencja. Firma windykacyjna wysyłała listy, ale listem zwykłym. Pamiętajcie, żeby na takie nie odpowiadać, jeśli wiecie, że są to zarzuty bezpodstawne, bo odpowiedź jest poświadczeniem doręczenia. Wtedy zaczyna się jazda. Bombardują człowieka listami o bardzo agresywnym tonie i takimi telefonami. Co ciekawe, często numery kont, które podają telefonicznie, nie zgadzają się z tymi z listów. Tak było w moim przypadku.

Klub utrzymywał, że nigdy ode mnie nie dostał żadnego listu. Wtedy złożyłam na poczcie reklamację na wysłanie przesyłki. Dostałam odpowiedź, że jest bezzasadna, ponieważ list został odebrany dnia … przez … .  Wtedy klub zmienił taktykę. Tak czy siak, gdy do firmy windykacyjnej Rzecznik wysłał maila, wysłali list, że zaszła pomyłka i kończą postępowanie wobec mnie. Sprawdziłam także w sądzie, czy toczy się wobec mnie jakieś postępowanie. Tak jak myślałam nie toczyło się, bo gdyby tak było, dostałabym list z sądu. Gdy wystąpiłam do klubu z roszczeniem o odszkodowanie za bezzasadne przekazywanie danych osobowych zewnętrznej firmie, nastąpił zwrot o 180 stopni. Przeprosili, wyrazili chęć polubownego załatwienia sprawy i stwierdzili, że się „pomylili”. Co ważne, gdy dzwonili do mnie zawsze odmawiałam rozmów i mówiłam, żeby kontaktowali się przez Rzecznika.

Kosztowało mnie to dwa i pół miesiąca nerwów. Bo jednak 500 zł piechotą nie chodzi, a mały człowieczek w walce z korporacją jest na przegranej pozycji. Ale nie poddałam się i stwierdziłam, że nie będę płacić tej kasy tylko po to, aby mieć święty spokój od nękania i pogróżek. No i udało się :D
Gdyby ktoś potrzebował pomocy w takiej sprawie albo był zastraszany niech nie da się złamać. Warto iść do Rzecznika Praw Konsumenta lub skontaktować się mailowo. A jeśli ktoś potrzebuje jakiejś porady w analogicznym przypadku służę radą :)

Nareszcie, w końcu!

Wreszcie przełamałam swoje lenistwo i poszłam na jogę. Dawno tam nie byłam i wiedziałam, że będzie ciężko. Już w drugiej asanie poczułam, że większość mięśni gdzieś znikła i obrosła tłuszczem. Wszystko mnie bolało, ciągnęło, uwierało, a momentami trzęsłam się jak galareta. Mimo wszystko twardo ćwiczyłam. Jednak istnieje coś takiego jak „pamięć mięśniowa” polegająca na tym, że pewne ćwiczenia często powtarzane są zapamiętywane przez ciało i nawet jak się przestanie na jakiś czas trenować, to przy powrocie do dawnej aktywności powinno się łatwo wrócić do sprawności. W moim przypadku powrót nie jest taki łatwy, ale czuję że możliwy.

Joga ma to do siebie, że uczy perfekcji, dążenia do celu i jednocześnie spokoju. Nawet taką roztrzęsioną galaretę jak ja są w stanie doprowadzić do względnego wyciszenia. Z każdą minutą i kolejnymi asanami czułam, że wraca do mnie coś, czego dawno nie było. Równowaga i błogostan. Uczucie tego, że tak naprawdę wiele spraw nie jest wartych, aby nimi się przejmować. Najmocniej czuję to w trakcie medytacji po sesji (do której jeszcze powrócę). Medytacja to sprawa indywidualna, która pozwala zajrzeć wgłąb siebie. Często nie wychodzi za pierwszym razem. Wiele osób zasypia. Bywa też tak, że zaczyna się o czymś rozmyślać. Wystarczy jednak kilka sesji, aby nauczyć się jej. I właśnie dzięki ostatniej medytacji wyciszyłam się wewnętrznie. Starałam się tylko nie czuć bólu płynącego z każdego mięśnia. Przerwa z jogą nie wyszła mi na zdrowie. I żałuję, że tak długo nie chodziłam.

A teraz z innej beczki. Zastanawiałam się kiedyś, czy zmienić pracę, czy nie. Tyle postów o tym napisałam… I mam już odpowiedź – bardzo dobrze zrobiłam! W nowej pracy jest ok. W większości fajni ludzie. Często napotykam tak pozytywne i miłe zachowania, że nie jestem w stanie wyjść z podziwu. Pierwsza rzecz jest taka, że wszyscy odpowiadają sobie „cześć” i „dzień dobry”. Nawet więcej – można pogadać czasem. Słyszy się odpowiedź na pytanie, a nie sztandarowe „nie wiem”. A w poprzedniej firmie? Zwolnienia. Strach. Psychoza. Podpierdalanie. Nie żeby wcześniej go nie było. Zawsze było, ale teraz sięgnęło zenitu. Każdy pod każdym tak kopie dołki, że można by o tym książkę napisać. Wiadomo – nikt nie chce stracić pracy. A wielu jak nie ma osiągnięć, to chociaż innym zaszkodzi. Z działu, w którym pracowałam zwolniono jedną osobę. Podobno jeszcze jedna ma polecieć. Z perspektywy czasu myślę, że to nie ja bym poleciała, ale w takiej sytuacji nerwów i tak się nie uniknie. Pewnie chodziłabym spanikowana i zestresowana…

Dodatkowo odpadły mi długie dojazdy do pracy. A propos dojazdów, dziewczyna z którą jeździliśmy (pisałam o tym jak sama się spóźniała, a potem donosiła na nas do szefowej) też wyleciała. Nie żebym się z tego cieszyła, bo niby co mi do tego. Ale jedyne dobre, że nie będzie koleżankom już dziwnych akcji w drodze do pracy robić. Nawet ostatnio podobno zaspała. Jak pojechały po nią, to nie odbierała telefonu. Po dłuższym czasie pojechały do pracy. Wtedy księżniczka obudziła się i zadzwoniła z aferą gdzie są i dlaczego nie pod jej klatką. Oczywiście zawróciły i ją zabrały. Ale podziękowania nie było, tylko kolejna kłótnia i afera. Na szczęście mnie to już wszystko nie dotyczy. Pracuję w spokoju. Względnym :) Kierownik chyba nigdy nie ma spokoju, ale tak czy siak jest fajnie!!

Jestem taka biedna!

Inżynier Blondyna postanowiła (w końcu) ogarnąć kołtun na swojej głowie. Ponieważ wszelkie domowe sposoby zawiodły musiała udać się do specjalistki. Półtoragodzinna wizyta pomogła, ale potrzebne są jeszcze ze dwie. Natomiast kołtun uległ znacznemu zmniejszeniu. W trakcie wizyty popijając kawkę i jedząc cukierki usłyszała kilka historii, jacy ludzie potrafią być perfidni i wykorzystywać swoje nieszczęścia, żeby oszukać innych.

Jakiś czas temu do salonu przyszła dziewczyna. Na głowie miała wielki tapir, który jak się później okazało ukrywał blizny po pogryzieniu przez psa w dzieciństwie. Ponieważ dużo włosów musiała zaczesać dla kamuflażu, mało zostawało jej na niższych partiach głowy. Dlatego postanowiła doczepić sobie włosy, żeby jakoś to wyrównać. Powiedziała, że wstydzi się tych blizn, więc chciałaby się umówić na wizytę jak nikogo nie będzie. Wybrała sobie włosy i powiedziała, że wpłaci na nie zaliczkę nawet teraz, a resztę przyniesie jutro, bo akurat nie ma tyle przy sobie. Swoją opowieścią o pogryzieniu w dzieciństwie wzbudziła ogromne współczucie i P. postanowiła otworzyć zakład specjalnie dla niej w wolny dzień, czego nigdy nie robiła.

Wizyta dziewczyny zbliżała się wielkimi krokami. W końcu przyszła. P. zrobiła jej fryzurę i gdy doszło do rozliczenia za usługę trochę się zdziwiła, bo klientka powiedziała, że nie ma teraz pieniędzy i wpłaci później. Oczywiście mimochodem znowu zahaczyła o historię o psie. P. znowu poczuła współczucie i powiedziała, że OK, tylko żeby napisała oświadczenie. Niestety nie spisała numeru dowodu i pesel. Mijał czas, a pieniędzy ani widu ani słychu. W końcu napisała sms do klientki. W odpowiedzi zobaczyła, że wpłaci pieniądze po dziesiątym. Tak więc czekała. I czekała. Minął jeden „dziesiąty” i zbliżał się już kolejny, a kasy dalej niet!

W końcu zadzwoniła. Po kilku próbach dziewczyna odebrała telefon i powiedziała, że nie wie o co chodzi, bo przecież wpłaciła pieniądze zaraz po wizycie. A teraz to już wyjechała i nie ma zamiaru płacić drugi raz. Oświadczenie okazało się nie do końca przydatne, bo kobiet o takim imieniu i nazwisku jest w Polsce kilka, więc nie daje ono skutecznej identyfikacji dłużniczki…

Tak sobie później rozmawiałyśmy, że przez takie osoby ludzie często powątpiewają w to, czy warto pomagać, czy to nie jest jakaś podpucha, czy ktoś nie nadużyje swego nieszczęścia w sposób perfidny i wyrachowany. A kto na tym najbardziej cierpi? Ci, którzy nie oszukują, nie kręcą i nie mataczą. Ci, którzy naprawdę potrzebują pomocy, wsparcia.

Angaż, skierowanie i miłosne zaloty

Po ostatnich wydarzeniach nabrałam dystansu do pracy. Przestałam się przejmować sprawami, na które nie mam wpływu. Nie ma to sensu. Nawet doszło do tego, że chodzę do pracy z przyjemnością, mimo że cierpię na ciągły brak czasu. Na szczęście są ludzie, którzy podpowiedzą i podzielą się wiedzą na pewne tematy. Jest jakby łatwiej. Po kryzysie z poprzedniego tygodnia jest lepiej. Zauważyłam, ile się nauczyłam. Dziś też dostałam widziałam swoją umowę w nowej wersji. Nie ukrywam, że się ucieszyłam. Co prawda nie ma większych pieniędzy, ale jest zmieniona nazwa stanowiska. Bla bla bla ;)

Po pracy byłam u lekarza. Niestety znowu mojego lekarza nie było. Jest na urlopie. Po długich namowach udało mi się namówić niechętną panią w rejestracji na zapis do innego lekarza. Tłumaczyłam, że potrzebuję skierowania do pulmonologa. A babka chciała ode mnie kartę pobytu w szpitalu. Nie mogłam wytłumaczyć tego, że trafiłam wtedy bezpośrednio na oddział z pominięciem izby przyjęć i nie mam żadnej karty, a jedynie leki, niepewną diagnozę oraz wyniki, które muszę zanieść do interpretacji. W końcu pani zajarzyła, że chcę tylko na wizytę i zapisała mnie do… pediatry. W gabinecie też było ciekawie pod tym względem, że pani doktor myślała, że zapomniałam dziecka przyprowadzić na wizytę. Gdy wytłumaczyłam o co chodzi, wypisała mi skierowanie i osłuchała. Stwierdziła, że dobrze oddycham, a na astmie się nie zna tak dobrze jak pulmonolog, więc do czasu konsultacji powinnam brać te leki, co biorę. Najwyżej zrezygnować z antyalergicznych. Zostały mi cztery tabletki do końca dawki, więc już nie przerywam.

Jak wracałam z przychodni zaszłam do bankomatu, w kolejce długiej jak noc w środku grudnia usłyszałam interesujący inaczej dialog.
On: – Ale chujowa z ciebie dupa. Nic ogarnąć nie potrafisz.
Ona: – Sam jesteś chujowy. Ja dobrze wszystko robię.
On: – Ta ciekawe co… Weź się za miotłę do sprzątania, kibel przeleć, a potem do garów. Tam twoje miejsce.
Ona: – Jesteś beznadziejny!
On: – A ty mi nawet nie dajesz!
Ona: – Co ci nie daję?
On: – Dupy!! Wypłacaj te pieniądze i kupujemy browary.
Ona: – Tylko pić potrafisz!
On: – Zamknij ryja!

Ekstra. Dialog na poziomie. Konwersacja, że czapki z głów. Straszne. Zastanawiam się po co ta dwójka ze sobą jest, skoro mówią do siebie z taką nienawiścią. Aż mnie ciarki po plecach przeszły na myśl, że mogłabym być w takim beznadziejnym związku. Chociaż może niektórzy właśnie tak wyznają sobie uczucia. A np. zamiast gry wstępnej kilka płaskich? Ok, wstrzymam się od dalszych ocen. Może sytuacja jest dużo bardziej skomplikowana… No i nie ładnie być takim podsłuchujem. Choć z drugiej strony, ciężko nie usłyszeć, jak dwie osoby wrzeszczą na siebie, jakby im ktoś zamiast papieru toaletowego dał papier ścierny :P Dobra, spadam spać, głupie żarty się mnie trzymają. Jutro przede mną dość zajęty dzień. Sporo do zrobienia po pracy i w pracy.