Pełen chill

Wreszcie sobie wypoczęłam. Po mega beznadziejnym piątku w pracy nadeszła niespodziewana propozycja, żeby pojechać nad pewno jezioro pod namiot. Nigdy tam nie byłam wcześniej. Zrobiłam niezwykle wyszukany obiad w postaci bobu, spakowałam się, wzięłam prysznic i pojechaliśmy. Jeziorko nie było duże, ale w fajnej okolicy i z ogromną (jak na jezioro) plażą. W zasadzie to były dwie plaże. Jedna taka bardziej dla rodzin z dziećmi, a po drugiej stronie jeziora dla tych co przyjechali bez dzieci pomelanżować.

Było na prawdę spoko. Wieczorem wypiliśmy parę browarków. Obok nas byli kolesie z liceum. Martwili się, że bez dowodów nie kupią sobie browarów. W sumie to mieliśmy namiot obok nich i nie narzekaliśmy na sąsiadów. Poszliśmy spać i tak gdzieś około trzeciej obudziłam się, bo podjechał jakiś samochód. Zasnęłabym dalej, gdyby nie to, że ci którzy przyjechali zaczęli zastraszać naszych jeziorowych sąsiadów. Chcieli kasę i telefony, ale ci powiedzieli, że nie dadzą. Potem próbowali innej taktyki i kazali im pić wódę. Nie było wyjścia i nie odmówili. Cały czas zastanawiałam się, jak to się wszystko skończy. Młodzi nie znietrzeźwili się jakoś szczególnie więc tamci pojechali.

W sumie to straszna lipa. Najgorzej dla naszych sąsiadów. Przyjechali na grilla i melanż nad jeziorem, a tu taka buba. Ktoś podjeżdża w środku nocy i zastrasza. Potem słyszałam jak mówili, że pójdą spać dopiero jak będzie rano i ludzie wyjdą na plażę. Około szóstej przebudziłam się i słyszałam, jak skaczą z pomostu. Też chciałam iść popływać, ale nie mogłam się przełamać żeby wyjść z ciepłego śpiwora do zimnej wody. Chociaż z drugiej strony zajebiście mnie kusiło, bo właśnie nad ranem woda jest najlepsza. Wchodzisz zaspana i za każdym razem, jak chłodna woda dotyka twojej skóry robisz się bardziej orzeźwiona. W końcu pojawia gęsia skórka i zaczynasz pływać powoli. Wtedy czujesz, że żyjesz… Jak już zaczęłam się wygrzebywać ze śpiwora zauważyłam koc i stwierdziłam, że będzie z niego kozacka poducha jak wrócę. Ułożyłam go tak jak trzeba i postanowiłam zobaczyć, czy wygodnie. Wtedy zasnęłam. Od razu, jak przyłożyłam głowę.

Wstaliśmy rano i wtedy ucieszyłam się, że jednak poszłam spać. Podobno jak sąsiedzi skakali z pomostu tamci wrócili. No już pomijam, że kompletnie pijani jeździli furą, to jeszcze podobno akurat właśnie po ich wizycie zginęły dwa rowery… Bez komentarza.

Cały dzień spędziliśmy na plaży, w wodzie i grillując. Wpadł też do nas znajomy ze swoim kumplem. Wszystko wyszło na prawdę fajnie. Jedynie przed snem wypiłam sobie tigera i nie mogłam spać do czwartej. Jednak pomieszany z piwem nie nadaje się na wieczorny napój. Bez kitu, totalnie nie polecam. Tak tylko wspominam, jakby ktoś wpadł na pomysł podobny jak ja. Zasnęłam dopiero jak się zrobiło jasno, a obudziła mnie straszna ulewa. Czekaliśmy, aż przejdzie. W końcu daliśmy za wygraną i około jedenastej pojechaliśmy do domu.

Na prawdę, tak się wyczilowałam :) Było super. Opaliłam się. Tzn. wyszły mi piegi. Całe masy piegów. A tam, gdzie nie ma piegów jestem czerwona. Mam nadzieję, że zejdzie szybko. Gdyby tylko nie ta akcja z sąsiadami znad jeziora. Nie kumam takich ludzi. Tak czy siak wypoczęłam bardzo, ale to bardzo. Czuję się jak nowy człowiek, tak jakbym miesiącami nie była w pracy. Teraz przypomniałam sobie, że tak na prawdę praca jest po to, żeby można było spędzać miło wolny czas!

Dziwnych akcji gro…

Życie ostatnio toczy się swoim torem, a ja swoim. Tak naprawdę jestem myślami gdzieś indziej. Obecna praca jest fajna, ale… piętrzą się przeciwności losu i złośliwości rzeczy martwych. W skrócie ugrzęzłam w szambie. Już wiem, że praca związana z produkcją jest niewdzięczna. Zawsze zbierasz joby. Od handlowców, od szefa, że plan niewykonany… itp. itd. A jednak to lubię. I nie wyobrażam sobie siebie w roli szczęśliwej księgowej albo handlowca. Mam resztki nadziei, że coś uda mi się zrobić, jakoś to poprawić.

Napisałam, że życie sobie ja sobie. A to dlatego, że chciałabym napisać knigę. Mam pomysł na niejedną. Jakoś gorzej z wykonaniem. Jeszcze nie zaczęłam. I kiedy zacznę? Nie wiem! Mówiłam sobie, że jak zakończę naukowe ekscesy. Zakończyłam i co? Klasycznie – jajco! Myślałam o książce w stylu Metro 2033, czy jakaś inna apokalipsa. A tu życie cały czas podsyła dziwaczne akcje i sytuacje. Jakiś czas temu ktoś z naszego wieżowca wystawił stary i zdezelowany regał przed klatkę. Chłopaki doszli do wniosku, że do naszej piwnicy idealnie się nada. Ciągle zalewają nas różne śmierdzące ciecze, więc było szkoda kupić coś nowego i patrzeć jak pleśnieje. A trzymać rzeczy w takim łajnie też szkoda. Nawet jak raz wyczyścisz, to potem masz syf i smród znów. A mebel się psuje. Sklejka chłonie i puchnie… Tak więc niepotrzebny nikomu regał był idealny. I wszystko było fajnie, aż dziś napadła mnie jakaś baba.

- Przepraszam!!
- Tak?
- A ten regał to od was wzięli?
- Jaki regał?
- No ten wystawiony.
- Nawet jeśli to?
- Niby czemu?
- A niby czemu nie?
- Bo trzeba zapytać właściciela?
- A kto jest właścicielem wystawionego na śmieci mebla?
- No nie na śmieci, bo jak na śmieci, to on by był w zsypie.
- Jak pani sobie wyobraża wsadzić taki duży regał do zsypu?
- Nie wiem, ale tam by stał.
- Ehh… ale nie stał i jaki jest problem, że został zabrany?
- Nie można tak zabierać wyrzuconych rzeczy!
- Bo?
- Bo ja tak mówię!
- No to jest argument. Nie ma co.
- Hołota!!
- Chyba ty…

No dziś wyjątkowo nie chciało mi się kłócić i podjudzać rozmówcy. Byłam wymordowana po pracy i nie chciało mi się. Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo przeszkadza zabranie regału, który ktoś wywalił? Sama nie wezmę i komuś nie dam? Sama często wystawiam niepotrzebne rzeczy tak, aby ktoś mógł to wziąć, jeśli jemu to okaże się niepotrzebne. W innych krajach ludzie też tak robią i nikt się nie awanturuje z tego powodu. A u nas jak zwykle problem z niczego. I tą pesymistyczną myślą kończę dzisiejszy dzień. Miejmy nadzieję, że jutrzejszy dzień będzie lepszy :)

Nadmorska szama

W dobie relacji i powszechnego lamentu oraz zbulwersowania żywieniową chałą ujawnioną przez pewną polską gazetę Inżynier Blondyna postanowiła sięgnąć do swych zasobów pamięci. I z niekłamanym zdziwieniem stwierdziła, że nie rozumie ogólnokrajowego zdziwienia tym, że w kołobrzeskiej smażalni takie rarytasy serwowano klientom, że aż nadało się to na publikację do gazety. A dlaczego? A to dlatego, że nad morzem to normalne.

Podejrzewam, że generalnie w całej Polsce, ale że pracowałam tylko nad morzem, ograniczę się tylko do tego. Kiedyś, jak byłam młodą i szczęśliwą studentką, dorabiałam sobie w wakacje w różnych barach nadmorskich i smażalniach. Zupełnie powszechne było zatrudnianie na czarno bez umowy. Byłam zbyt podejrzliwa i nigdy tak nie chciałam pracować, więc wiele ofert odpadało od razu sprzed nosa. Jedna z moich koleżanek dwa tygodnie kelnerowała na „okresie próbnym” w jakiejś dyskotece, żeby na koniec usłyszeć, że się nie nadaje i nie dostanie ani kasy, ani umowy. Potem widziałyśmy, że obsada wymieniana jest co dwa tygodnie…

Jednak wróćmy do jedzenia, bo to jest fascynujący temat. Jak ktoś myśli, że skoro płaci słono za jedzenie to będzie ono dobrej jakości – jest w grubym błędzie. Przed przygodą z nadmorską gastronomią pracowałam w sieciowych fastfoodach, więc miałam wypaczone pojęcie o czystości. Przykładowo co godzinę myłam ręce albo jak coś spadło na ziemię to tego nie podnosiłam. Jednak w smażalni były inne zasady. Maszyna, która miała być wyparzarką była tak stara i zdezelowana, że nie pełniła żadnej innej funkcji niż podgrzanie talerza. Naczynia wychodziły tak samo brudne jak do niej wchodziły. Raz zapytałam kierowniczkę, czy mam umyć jeszcze raz i dostałam odpowiedź, żebym zakryła kapustą, to klient nie zobaczy… Olej wymienialiśmy tylko wtedy, gdy przelewanie przez szmatę nic nie dawało. Ryby w większości były mrożone, ale kazała nam mówić, że są świeże. A gdy coś się nie sprzedało musiałyśmy ściągać panierkę i obsmażać w nowej dwa razy. Raz jak mieliśmy akcję „mintaj” sprzedawaliśmy rybę z mrożenia sprzed dwóch lat – śmierdziała tak bardzo, że wstydziłam się wydawać ją klientom. A jak filetowaliśmy flądrę, czy coś innego, a przyszła akurat potrzeba pokrojenia warzyw na surówkę zgarniało się flaki szmatą do wiadra i przecierało stół. Według właścicielki/kierowniczki był już czysty.

Jednego dnia klient przyszedł i powiedział, że w toalecie jest obleśnie, na co odpowiedziała mu „jak się panu nie podoba niech pan idzie gdzie indziej”. To nie był wyjątek. Na terenie całego baru było tak brudno, że można było się przykleić. Pewnie rodzi się tutaj pytanie „a gdzie sanepid”. Wizyta sanepidu wyglądała tak, że już dwa dni wcześniej właścicielka zaczynała zbierać „na kopertę”. Gdy w końcu przychodziła wyglądało to mniej więcej tak „ooo! Pani Halinko to do jakiego baru idziemy na kawkę?”. I wychodziły. Tak więc grunt to zapłacić daninę i można serwować super strawę turystom. Z jakimi znajomymi nie rozmawiałam w ich barach było tak samo. Wycieranie talerzy tą samą szmatą, co stoły albo przepłukiwanie pokali i nalewanie piwa dla innych klientów. Ze świecą szukać takich, którzy przestrzegają zasad elementarnej higieny. Dlatego ja sama jadam tylko tam, gdzie pracuje jakiś znajomy albo gdzie widać, jak jest przygotowywana potrawa…

Manager potwór

Wczoraj byliśmy na wycieczce rowerowej. Po drodze postanowiliśmy zajechać do sklepu sieciowego z żółto czarnym logiem. W asortymencie nie było nic szczególnego. Za to personel że ho ho! Akurat staliśmy przy grach, a obok Pani Manager przepytywała Pracownicę. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, w końcu taka rola kierownika, żeby sprawdzać pracę podwładnych. Ale ten sposób był niezwykły i wprawił nas w niemałe osłupienie. Pani Manager wrzeszczała na podwładną i nie dawała jej dojść do słowa. Co ta otworzyła usta, żeby odpowiedzieć na pytania, Manager jej przerywała z krzykiem.
- Ile dzisiaj nawiązałaś kontaktów?!
- Nie wiem, dokładnie nie liczyłam, bo niektórzy ludzie chcieli coś z innej alejki i…
- Ale mnie to nie obchodzi! Ja chcę konkretów! No ile?!
- Nie wiem.
- A ile mikrofalówek dziś sprzedałaś?!
- …
- No ty nic o nich nie wiesz! No zobacz na tą! I na tamtą! Ile osób o takie pytało?!
- Akurat o te nie pytali, ale pytali o tamte…
- A ja chcę te! Czemu dziś nic nie sprzedałaś?! Powinnaś patrzeć jak ja nawiązałam kontakt. I słuchać, jak ja mówiłam, jak to trzeba robić.

Stałam jak wryta i z każdą chwilą byłam coraz bardziej zdegustowana. Popatrzyłam na swojego chłopaka i zobaczyłam, że on też stał z wytrzeszczonymi oczami. Pracownica cała czerwona usiłowała się bronić. A Manager jechała z nią jak ze szmatą. Nie pozwalała dojść do głosu. Krzyczała i upokarzała. Nie zważała na to, że wokół są ludzie i patrzą. Nie mogła poczekać z tym do końca dnia albo wziąć ją na zaplecze i tam wyjaśnić? Przez cały czas pastwiła się nad podwładną z niewiadomych przyczyn. Mądrzyła się jak to należy sprzedawać, ale sama nie podeszła do nikogo zademonstrować. Mogła przecież powiedzieć „słuchaj, nic dziś nie sprzedałaś, ale ja zagadam do jakiegoś klienta, żebyś mogła zobaczyć jak nawiązać kontakt. Potem o tym pogadamy i postaramy się to poprawić.” Jednak ona z wyraźną radością wydzierała się na podwładną. Po minach innych ludzi też widziałam, że są zdegustowani. W końcu w alejce zostały tylko one dwie i my.  Nie wytrzymaliśmy i postanowiliśmy sprawdzić, czy Pani Manager jest faktycznie taka wszystkowiedząca. Wzięliśmy pierwszą lepszą grę z półki i podeszliśmy do niej.
- Przepraszam panią, po ile jest ta gra? – zapytałam, mimo że cena była naklejona na pudełku z tyłu.
- Hmm… – obejrzała pudełko ze wszystkich stron – Nie wiem. Sprawdź po ile jest ta gra! – rzuciła grę w kierunku podwładnej. Ta sprawdziła i podała cenę.
- Aha. A czy pójdzie na Linuxie? – kolejne pytanie do Pani Manager. Ta informacja także była na pudełku.
- Nie wiem… Musicie iść do tamtego pana. – pokazała palcem – ja się na tym nie znam.
- A nie ma na pudełku? – drążyliśmy temat.
- Nie wiem, nie umiem znaleźć tej informacji.
- OK.

Popatrzyliśmy na Sprzedawczynię ze współczuciem, a ona tylko pokiwała głową. Skołowana Pani Manager przez chwilę nie mogła powrócić do tyrady, ale podejrzewam, że jak się oddaliliśmy powróciła do ataku. Niby nie moja sprawa, ale jakoś czuję niesmak i nie chcę więcej wracać do sklepu, w którym obsługa publicznie poniża się nawzajem. Zastanawiałam się, jakim sposobem ta dziewczyna miała zrobić duży utarg we wtorek rano? Gdy większość sprzętu AGD sprzedaje się w weekendy… I nawet jeśli coś przeskrobała albo nie spisała się, to czy nie było innej opcji niż taka egzekucja na oczach klientów? Opieprzanie opieprzaniem, ale czy Pani Manager zastanowiła się nad swoim postępowaniem? Na mój (i nie tylko mój) gust jej zachowanie było poniżej wszelkiej krytyki…

Jak to można wyjaśnić?

Gdy dwoje ludzi poznaje się i ma się ku sobie, wyczuwa ten specyficzny rodzaj chemii i jednocześnie wie, że chcą ze sobą spędzać jak najwięcej czasu ich percepcja zmienia się. Zmienia się na tyle, że pewne sprawy umykają ich uwadze. Nie widzą już smutnych, wściekłych ludzi w swoim otoczeniu. A nawet jak widzą to i tak biorą to za objaw brzydkiego ozdobnika pięknej rzeczywistości. Bo jaką ona ma być, gdy w brzuchu przyjemnie mrowi, a myśli pędzą przez głowę z oszałamiającą prędkością zawsze zawracając ku tej jedynej osobie? Niezwykle często tak się zdarza, że człowiek pod wpływem przygniatającej euforii uczucia zaczyna się zachowywać inaczej. Bo skoro spotyka tak wspaniałą osobę na swoich życiowych torach chce tej wspaniałości udowodnić słowem i czynem, że jest jej godzien. I tak zwykły maruder okazuje się uśmiechniętym i wiecznie szczęśliwym człowiekiem. Wulgarny osobnik nagle odzyskuje dostęp do tych zasobów mózgu, które odpowiadają za kulturę osobistą, ogładę, przepuszczanie w drzwiach i używanie „proszę”, „dziękuję”…

Pierwsze randki też są wspaniałe. Powiedziałabym, że zajebiste. Dwie osoby idą sobie niespiesznie gdzieś. Nie do końca wiedzą, gdzie idą. Cieszą się swoją obecnością. Opowiadają sobie dowcipy, anegdotki z życia swojego i swoich znajomych. I te historie są takie ciekawe, takie śmieszne. Cel podroży randkowej w tej chwili staje się najmniej istotny. Ważne jest wspólne spędzanie czasu, bliskość dwóch osób. Gdy piją kawę, nie czują jej smaku, bo patrzą się sobie w oczy. Gdy oglądają film, nie wiedzą o czym jest, bo rozmawiają ze sobą. Gdy idą ze sobą przez park w zimę nie czują chłodu, bo ogrzewa ich wspólna bliskość. Czują się ze sobą wspaniale i chcą razem spędzać jak najwięcej czasu.
A dlaczego dzieje się tak, że po pewnym czasie wspólnego życia jednej ze stron wszystko zaczyna przeszkadzać? Gdy otwiera rano oczy, nie mówi „dzień dobry kochanie”, tylko „ile to można spać i się lenić?”. Ubiór drugiej osoby nagle staje się albo dziecinny albo ciotkowy albo wulgarny i bez sensu. W zależności od dnia. Zamiast czułego spojrzenia w oczach widać mieszankę pogardy i czegoś jeszcze nieokreślonego. Czegoś, czego lepiej nie wiedzieć. Coś w rodzaju lekko przymkniętych drzwi spod których wydobywa się tajemniczy odór i przytłumione światło. I tak bardzo człowieka ciekawi, co jest za tymi drzwiami, a gdy wreszcie zbierze się na odwagę i je uchyli, przerazi się tym co ujrzy… Wspólnie spędzany czas staje się dla jednej ze stron balastem, który dyplomatycznie nazywa nudą. Ucieka od kontaktu w postaci pocałunków i przytulania twierdząc, że „po co?”. Zamyka się w jakiejś niewidocznej bańce dezaprobaty dla otoczenia. I wszystko już jest nie takie jak powinno być. Praca beznadziejna, mieszkanie chujowe, miasto nudne, ludzie żałośni. I pewnego dnia oznajmia, że to przez tę drugą osobę właśnie.
I wtedy ta druga osoba zaczyna się zastanawiać, dlaczego tak jest? Czy wcześniej nie dostrzegała czegoś oczywistego? Martwi się, czemu wszystko co robi niknie pod lawiną narzekań i pogardliwych spojrzeń. Czuje, że już nie jest takim zjawiskiem dla drugiej połowy. Nie widzi, aby sprawiała jakiekolwiek wrażenie. Za to widzi wielkie jak pięciozłotówki oczy na widok innych na portalach społecznościowych. Więdnie od środka, gdy partner zaczyna opowiadać, jak fajną i wartościową osobą jest eks. Traci chęć życia, gdy druga połówka tęsknie spogląda w kierunku innych ludzi i otwarcie oznajmia, że są „najładniejsi” w promieni kilku kilometrów…
Wcześniej druga połówka starała się walczyć z tym wszechogarniającym uczuciem beznadziei i gasnącego uczucia. W zasadzie nie wiadomo, czy to uczucie gaśnie. To ta jedna ze stron patrząc na zawsze niezadowoloną drugą osobę myśli, że uczucie z jej strony się kończy. No bo niby o czym ma świadczyć to ciągłe marudzenie? W końcu dochodzi do wewnętrznego załamania i rezygnacji. Wszystkie kiełkujące w głowie pomysły usychają w zarodku, bo zaraza pod tytułem „bez sensu”, „ale z dupy”, „beznadziejne”, „a z czego mam się cieszyć” wypala wszystko. Już niczego nie wymyśla, bo nie chce słyszeć narzekania. Wie, że co nie wymyśli to i tak będzie mieć niską ocenę. Już nie czuje się atrakcyjnie i ponętnie dla tej drugiej osoby. Ma ochotę zapaść się w jakiejś otchłani, żeby tego już nie było. Samoocena leci na łeb na szyję. 
Dlaczego tak się dzieje? Czy jedna z tych osób udawała kogo innego? Czy może ta druga nie zauważała prawdy? I czy takie związki udaje się uratować? A może ta narzekająca osoba już nie kocha tej drugiej? To czy wtedy nie powinna odejść? Powiedzieć o co chodzi, zamiast co dzień wynajdywać problemy? A może to związek optymisty z pesymistą, który nie ma szans na przetrwanie? A może ta osoba, której się nic nie podoba nagle stwierdziła, że chce więcej zarabiać, mieć większe mieszkanie, lepszy samochód i fajniejszego partnera, bo jest taki wspaniały, że to co ma do tej pory to za mało?

Pan doktor na urlopie

Niby człowiek wykształcony, niby człowiek oczytany… Ba! Czasem nawet powiedzą, że człowiek mądry. Tak, ale chyba dopiero po szkodzie. Tuż przed obroną zaczęły męczyć mnie tajemnicze duszności. Wszystko zwaliłam na pogodę. Było gorąco, parno i duszno. Więc stwierdziłam, że skoro inni mówią, że jest nieprzyjemnie to z tego biorą się duszności. Potem doszedł kaszel. Najpierw delikatne pokasływanie. Potem gorączka. Ale nie było czasu na bieganie po lekarzach, bo był czas nauki do obrony. A potem kaszlałam już jak rasowy gruźlik. Głośno, często, kaszlem suchym, mokrym na przemian. Do tego bolał mnie prawy bok. A potem lewy. O problemie z odkrztuszeniem nie wspomnę.

W końcu wybrałam się do lekarza. Bo samolecznictwo nie dawało żadnych efektów. Pojechałam na pomoc doraźną.
- Co pani jest?
- (Opis przypadku, którego pani doktor niezbyt słuchała).
- A pani bierze jakieś leki?
- Tak. Acetyocysteinę w dawce 600 mg i flegaminę. Dwa razy dziennie.
- Skąd pani ma taką dawkę?
- Biorę 200 mg po trzy tabletki.
- Aha. To pani będzie zdrowa.
- No ale mi to nie pomaga. Miałam kiedyś problem z płucami i proszę o coś mocniejszego.
- Jak pani ma mieć zapalenie płuc to już pani je będzie miała. Proszę iść do swojego lekarza rodzinnego.
- Na urlopie do czwartku.
- A to dwa dni już pani nie zbawi.

Nie komentuję. No po jaką cholerę odciągają mi składki? Żeby mnie baba wypędziła, jak ja już ledwo oddycham? Rano jestem tak zmęczona kaszlem, że nie mam siły myśleć, o tym kiedy będzie wieczór. Ale nie poddałam się i spróbowałam na drugi dzień w swojej przychodni, tyle że po południu. Niestety pani recepcjonistka powiedziała mi, że jest komplet pacjentów od pani doktor do której chcę iść w zastępstwie, więc mogę jedynie dzwonić przed końcem dnia, czy ktoś nie „wypadł” z kolejki. Oczywiście -  NIE WYPADŁ.

A dziś w pracy wcale nie mogłam oddychać. Wszyscy do mnie mówili, że dziwnie oddycham. Płytko, świszcząco… I do tego ten straszny kaszel. Było mi słabo i nie miałam sił mówić. Po minach koleżanek z pokoju widziałam, że nie jest wesoło. W końcu Szef wysłał mnie do szpitala. No i bardzo dobrze. Wreszcie trafiłam na kompetentną panią doktor. Osłuchała mnie, zmierzyła ciśnienie i nawet wysłuchała, co chcę powiedzieć. Powiedziała, że oddech jest straszny i od razu wysłała mnie na RTG płuc i pobranie krwi. Na następny dzień mam zadzwonić i umówić się na wizytę w celu obejrzenia wyników. Po wywołaniu zdjęcia RTG nie dostałam go. Podobno kwalifikowało się do natychmiastowej wysyłki do pulmonologa… Dostałam tylko leki na astmę (bo to podejrzewają) i przeciwkaszlowe.

Po zażyciu leku na astmę czuję się wreszcie dobrze. Mogę oddychać. Nie kręci mi się w głowie i nie chce mi się spać. Pewnie miałam mózg niedotleniony od płytkiego oddechu. Teraz czekam na wyniki i boję się. Szczerze to jestem załamana. Wcześniej chodziłam do lekarza, bo ciągle byłam przeziębiona. To walił mi zestaw clemastin+acetylocysteina+flegamina+ibuprom zatoki. Pomagało na dwa – trzy tygodnie. I nie zbadał mnie dokładnie. A teraz powiedzieli mi w szpitalu, że to co mam to typowe objawy astmy powstałej w wyniku złego leczenia przeziębień. Co za zje***na służba zdrowia ;/ No niby komu mam teraz złożyć skargę? Kto mi to wynagrodzi? Astmę?

Czy czujesz się zrelaksowana?

Po obronie pracy inżynierskiej systematycznie oddaję się nadrabianiu zaległości domowych. Tak więc coś tam sprzątam (oj ciężko to idzie), znowu gotuję obiady i nawet sernik na zimno zrobiłam. Do tego jeszcze systematycznie piorę (co dzień przynajmniej jedno) i kosz z brudami przestał już na nas zerkać, bo w końcu się zamyka. No i prasuję. Jak ja tego nienawidzę! Prawie tak jak mycia naczyń. No ale trzeba, bo prasowania nazbierało się tyle przez czas nauki, że nie mieści się w szafach. I tak od wczoraj walczyłam dzielnie z prasowaniem, aby wreszcie być na bieżąco.

Wczoraj jechałam z tematem trzy godziny. Dzisiaj dwie. I odkryłam dwa zaskakujące fakty.
Fakt nr 1. Jak pranie upycha się w szafie przez prawie miesiąc to się tak zagniecie, że temu kto odprasuje należy się medal. Czyli mi się należy, ale z racji, że go nie posiadam napiję się z chłopakiem wina.

Fakt nr 2. Faceci myślą, że prasowanie relaksuje kobiety :| Przykładowo wczoraj podchodzi do mnie nasz współlokator i mówi:
- Oo! Prasujesz. To fajnie.
- Co w tym fajnego?
- No przecież laski lubią prasować.
- Chyba ty.

A dziś to samo. Prasuję i oglądam papkę w tv. Budzi się mój chłopak, przeciąga się rozkosznie i przemawia:
- Kochanie, czy jesteś zrelaksowana?
- A to niby czemu?
- Bo przecież kobiety się relaksują przy prasowaniu.
- Kto ci takich głupot nagadał?
- Nikt. To się wie.
- Aha.

Tak więc miłe panie – łapać za dechy, żelazka i ciuchy. Prasujmy nawet to co już raz uprasowane. Bo w końcu to nas relaksuje. O ile szczęśliwszy będzie naród polski, jak wszystkie kobiety będą uszczęśliwione prasowaniem!! A tak na poważnie, to co w tym relaksującego? W przewalaniu sterty ciuchów, która prawie nigdy się nie kończy? Relaksujące to są wyjścia na rolki/rower, aerobik, joga, czytanie książek, oglądanie filmów, wycieczki, spotkania ze znajomymi. Ale nie prasowanie. Proszę was panowie ;/

Chociaż… idąc tym tropem, to… Ja słyszałam kiedyś, że szorowanie kibla relaksuje facetów! Dlatego w większości domów to oni miewają przygody ze sprzątaniem tronu ;) To ja już do łazienki nie będę się pchała do sprzątania. Pozostawię to chłopakowi i współlokatorowi. W końcu faceci to lubią hahaha ;) W tym kontekście to chyba faktycznie wolę prasować.

Co robi blondynka na studiach technicznych?

Studia inżynierskie rozpoczęłam jako tzw. 2-gi fakultet. Właśnie otworzyli nowy kierunek, którego nazwy nawet dobrze nie rozumiałam. Sprawdziłam u wujka Google, co to w ogóle jest. Pomyślałam sobie „woow. To musi być wyzwanie, ciekawy temat. Ale to chyba nie dla mnie? Nic o tym nie wiem…” W pewnym jednak momencie doszłam do wniosku, że zawsze chciałam skończyć takie studia, a rodzice odwiedli mnie od tego nabijając głowę frazesami „to nie dla dziewczyny, ty sobie nie dasz rady, nie nauczysz się tego, to są trudne rzeczy”. Teraz był czas, aby spróbować. Kierunek był bezpłatny, na swoich studiach miałam zaliczony 2-gi rok z bardzo dobrym wynikiem. W razie ewentualnej porażki niczego nie traciłam. A jakby się powiodło mogłam dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy.

No i zaczęło się. Przyszłam zajęcia. I od razu poczułam się jak odszczepieniec. W grupie sami faceci. Dominujące kolory ubioru – zielony, czarny, brązowy i ciemnoniebieski. I jedna ja – różowe spodnie, złota kurtka (!sic – jak ja mogłam w tym chodzić…), włosy białe, gęba żółta od solarium, tipsy tak długie, że jakby 1 grosz spadłby mi na podłogę, to bym go nie podniosła. Widziałam spojrzenia pełne dezaprobaty, ale stwierdziłam, że przyszłam tu dla siebie i mówi się trudno. Jedne z pierwszych zajęć to była matma. Z tego przedmiotu byłam zawsze dość dobra. Babka zawołała mnie do tablicy „No to może nasza różowa pani rozwiąże to zadanie, skoro nie ma chętnych? Mamy nadzieję, że w przerwach pomiędzy piłowaniem tipsów znalazła chwilę czasu na takie banały jak matematyka…” Hahahah! Cała sala ryknęła śmiechem. Skleiłam buraka i podeszłam do tablicy. Wzięłam kredę i zaczęłam liczyć. Najpierw trzęsły mi się ręce. Ale potem pomyślałam sobie „spokojnie, przecież uczyłaś na swoim kierunku praktycznie wszystkich ze swojej grupy matmy, statystyki itp”. Szybko rozwiązałam zadanie. Pani prowadząca była w szoku. Odłożyłam kredę i powiedziałam „Miała pani rację, to zadanie w istocie było banalne”. I siadłam w ławce. Potem na każdej matmie musiałam chodzić do tablicy i nigdy nie udało się tej pani mnie zagiąć. Gdy mieliśmy statystykę w ogóle nie chodziłam na zajęcia, bo były tak łatwe, że umówiłam się z wykładowczynią, że przyjdę tylko na egzamin. Ona stwierdziła, że to w sumie dobrze, bo teraz tylko ja rozwiązuję zadania przy tablicy, a reszta spisuje ode mnie prace domowe.
Niestety na innych przedmiotach nie było tak wesoło. Na programowaniu w ogóle nie wiedziałam, o czym wykładowca do nas mówi. Jakieś zmienne typu BIN albo HEX… wtf?! „Napisz program do gry kółko i krzyżyk”. Jasne. Jak na nawet nie umiałam posługiwać się kompilatorem, który mieliśmy! Poczułam jednak w sobie jakiegoś ducha walki. Znalazłam na necie studenta informatyki (piątego roku), który udzielał korepetycji. Co tydzień w środę siedziałam u niego bite cztery godziny i uczyłam się tego paskudnego C++. Efekt był taki, że w listopadzie umiałam już więcej niż przeciętny student naszej grupy. Nigdy nie zapomnę szoku na twarzach grupy i wykładowcy, gdy zgłosiłam się, że zrobiłam w domu program. Oczywiście jeszcze większy był, gdy umiałam wytłumaczyć co z czego wynika. Zaniepokojony wykładowca kazał mi zrobić zmianę w programie. Zrobiłam. Działało.
I tak na każdym przedmiocie musiałam siedzieć w domu i uczyć się. W weekendy chodziłam do zaocznych na te zajęcia, na które nie mogłam iść, bo pokrywały mi się z tokiem zajęć na drugim kierunku. Co ciekawe po pierwszym semestrze, miałam lepsze oceny w indeksie na kierunku technicznym, niż na tym drugim. Szłam z założeniem, że „może jakoś zaliczę pierwszy semestr”, a jako jedna z niewielu zaliczyłam wszystko na pierwszych terminach. Z niektórych przedmiotów byłam nawet zwolniona z egzaminu. Oczywiście nie obyło się bez żarcików, że dziewczyny to zawsze mają lepiej i dostają zal za nic. Ta jasne. Chyba nikt na pierwszym semestrze nie sterczał tyle przed tablicą co ja! Musiałam się przygotować, bo nie chciałam robić z siebie tumana i przebierać pod tablicą nogami „ja nie umiem…”.
Nigdy w trakcie studiów nie zauważyłam, żeby klientka miała lepiej. Może są wyjątki dziewczyn, które na piękne oczka biorą od kolegów zadania, laborki… Ale ja do nich nie należałam. I nieraz słyszałam. „O kobieta na takim kierunku. Taka opalenizna, ładny makijaż, widać że męża szuka” albo „jest tyle pięknych zawodów dla kobiet – fryzjerka, kosmetyczka, masażystka. A pani chce nam udowodnić, że może zostać inżynierem. Zaiste ciekawe.” Nieraz musiałam się podwójnie namęczyć, bo jak facet przyniósł laborkę to spoko, pobieżne przerzucenie kartek, sprawdzenie wyników. A ja musiałam siąść. Standardowe odpytanie z teorii (drugi raz, bo przecież i tak była wejściówka), potem „a z czego to wynika? a jak pani obliczyła spadek temperatury na podstawie tych pomiarów? proszę wyprowadzić ten wzór. a dlaczego ta charakterystyka ma taki przebieg?”. I tak w kółko Macieju udowadniaj wszystkim, że jesteś autorem swojej własnej laborki, z którą męczyłaś się trzy wieczory.
Innym razem robiliśmy laborki w parach. I tak się umówiłam z kolegą, że raz ja robię sprawko, raz on. Dziwnym trafem w moich nie było błędów, a w jego tak. I wtedy wykładowca zawsze patrzył na mnie znacząco. Raz ten kolega podłożył gotowca. Zrobił to tak sprytnie, że aż wziął laborkę z innego wydziału, gdzie były obliczenia nam niepotrzebne. Wtedy już nie wytrzymałam. Prowadzący jak zawsze zaczął pytać mnie. Powiedziałam „niech kolega wreszcie się sam wytłumaczy. Ja nie jestem jedyna w tej grupie. On robił to sprawko to niech powie jak je zrobił”. No i kolega przyznał się, jaki mamy system pracy i że on faktycznie był autorem wszystkich lipnych sprawozdań. Byłam pewna, że się na mnie obrazi, bo w zasadzie to podkablowałam go. Ale on stwierdził, że nie dziwi mi się, bo ile można przyjmować na siebie pomyje za cudze błędy. I przeprosił :)
I tak zawsze było pod górkę. Ale dzięki temu więcej siedziałam nad książkami i szybko zostałam jedną z najlepszych osób na roku. Mimo wszystko co nowy przedmiot, to udowadnianie, że coś potrafię powtarzało się od nowa. Robiłam kiedyś pomiary silnika krokowego. W pewnej chwili zawiesiła się aplikacja na PC za pomocą której nastawiało się parametry i zbierało dane pomiarowe. Zawołałam prowadzącego. A on mi na  to „bo ten komputer jest niekompatybilny z blondynkami”. Wiele nie myśląc palnęłam „chyba z łysymi, bo akurat jak pan przechodził, to się zawiesił”. Wtedy podszedł i usiadł obok. Zaczął sprawdzać i doszedł do tego, że sam nie wie co jest źle i kiedy to naprawi. „Czy ocena dobra z tego ćwiczenia panią satysfakcjonuje?”. „Nie. Przyjdę jak to będzie naprawione i powtórzę pomiary”.
Generalnie było ciężko. Były dni kiedy od 7.30 do 19 byłam na uczelni. I biegałam jak kot z pęcherzem po całym mieście, bo musiałam przemieszczać się pomiędzy instytutami. Jednak po pewnym czasie tak polubiłam te studia techniczne, że nie chciałam z nich rezygnować. W toku obserwacji dziewczyn z innych kierunków technicznych doszłam do wniosku, że nie będę się stroić jak większość dziewczyn z mojego macierzystego kierunku (był on mocno sfeminizowany i korytarz przypominał bardziej wybieg mody niż uczelnię). Potem nawet uświadomiłam sobie, że tipsy i mocna opalenizna to po prostu kicz. Przestałam ubierać się jak brokatowa bombka choinkowa. Na solarium też już nie chodzę i nie robię sobie pazurów czarownicy. Moje krótkie są ładniejsze. 
Dzięki tym studiom uwierzyłam w siebie. W końcu skończyć dwa kierunki z różnych dziedzin z wynikiem bardzo dobrym to nie taka łatwa sprawa. I także dzięki kierunkowi technicznemu mam pracę. Po tamtym pewnie dalej bym wysyłała CV łudząc się, że posada na stanowisku niewymagającym kwalifikacji jest tylko tymczasowa. Wyglądam normalnie, a nie jak żółto-różowe coś z tlenionym kłębem na głowie (mimo, że z natury włosy i tak jasne, to je rozjaśniałam) i pazurami do podłogi. Uzyskałam tytuł INŻYNIERA, który zawsze chciałam uzyskać, a bałam się, że na to nie zasługuję i nie dam rady. Moja praca zostanie na uczelni jako stanowisko laboratoryjne…
Na studiach inżynierskich poznałam też „tego kogoś” :) Generalnie myślę, że było warto walczyć przez te cztery lata.

the real blond eng…

No i co? I co kurde flaczek?! JESTEM INŻYNIEREM!! A może inżynierką? Mam ten tytuł i czuję się z nim świetnie. Tak zawsze chciałam być inżynierem. Nie czuję teraz dużej różnicy ale bardzo mi fajnie zmienić status. Nawet nie wiecie, ile dziś się w moim życiu zmieniło. I jaka była wzruszona, gdy od każdego członka z komisji usłyszałam „Gratuluję, pani inżynier”.

Słuchajcie.  Tytuł magistra to nic takiego. Zostać inżynierem – marzenie mojego życia. Jak ja się cieszę… Na obronie było ok. Miałam swoje urządzenie. Zrobiłam prezentację w ppt. Jak się rozgadałam o układach zasilania silników ZI itp to minęło prawie 30min. Potem dostałam dwa pytania. Na pierwsze dopowiedziałam w całości, a w 1/4 drugiego przerwali mi. Tak czy inaczej z obrony dostałam 5. Całość studiów wyszła mi na 5. O JEEEAAA!!

I’m an engineer :D Ind I fuckin’ love it!!

Wypominki dyplomowe

Latam teraz jak kot z pęcherzem, żeby załatwić wszystko na obronę. Rano do pracy, po pracy przychodzę zmęczona, ale i tak ciągle coś robię w kierunku obrony. I z wielkim sentymentem wspominam swoją obronę dwa lata temu, kiedy to broniłam tytułu magistra z innego kierunku. Zrobiłam sobie ostatnie wakacje w swoim życiu (tzn. nie pracowałam pierwszy raz w lato od bardzo dawna). Rano wstawałam około 9, jadłam śniadanie, pisałam/uczyłam się, po obiedzie szłam na siłownię i znowu się uczyłam. Długą część tego lata spędziłam też u swojego chłopaka w innym mieście. Było bardzo fajnie.

W tym idealnym obrazku widzę tylko jedną zadrę. Pod koniec piątego roku, kiedy miała być obrona (byłam jednocześnie na 3-cim roku kierunku technicznego, który teraz kończę) zawiodłam się bardzo, ale to bardzo na dwóch „koleżankach”. Imprezowałam z nimi, uczyłam się i kolegowałam (tak mi się wydawało) przez 5 bitych lat. Miałam w tamtym okresie dużo nauki i pisanie pracy odłożyłam na wakacje, bo walczyłam o stypendium na drugim kierunku. Wcześniej wywiązywałam się ze swoich obowiązków bardzo dobrze i promotor mnie chwalił. Tak więc, był zdziwiony, że nie bronię się w pierwszym terminie, a piszę podanie o przedłużenie terminu do października. Ale nie było okazji porozmawiać. I siłą rzeczy dnia 13-go lipca, kiedy to koleżanki miały obronę zapytał ich, czy wiedzą co ze mną. Odpowiedziały mu „A ona to ma gdzieś tą magisterkę, bo się zajmuje drugim kierunkiem.” Mogłoby się to wydawać dziwne, ale słyszałam to z ich ust. Powiedziały mi to, jak przyszły do mnie po swojej obronie pochwalić się wynikiem. Szczęka mi zjechała do samej podłogi i nie wiedziałam, czy aby na pewno dobrze słyszę. Potem jeszcze dorzuciły coś o tym, że będą imprezować dziś z okazji obrony i żebym lepiej się wzięła za pisanie, bo promotor teraz przykręci mi śrubę. Na odchodne rzuciły „do kiedyś tam!”.

Cały dzień nie mogłam do końca w to uwierzyć. Tyle razy to ja im coś tłumaczyłam, uczyłyśmy się razem. A tu takie coś. Tak się nie robi. Było też mi strasznie przykro, że nie zaprosiły mnie na swoją imprezę z okazji obrony. W pewnym momencie stwierdziłam, że może żartują. Zadzwoniłam do promotora, aby porozmawiać z nim o swojej sytuacji. Powiedział „Istotnie tak powiedziały, ale ja w to nie uwierzyłem, bo pani jest bardzo sumienna i obowiązkowa. Tak sobie pomyślałem, że pewnie pani miała na drugim kierunku ciężką sesję i nie chciała pani robić pracy byle jak”. Uspokoiło mnie to, że nie uwierzył w te dyrdymały, które mu nagadały.

Potem, gdy doszło do mojej obrony, przyszły. Nie wiem po co. Siedziały od 8 rano do 15. Przeglądały moją pracę i komentowały „O jaaa… ile Ty masz źródeł! I ile wykresów… I taki model zrobiłaś? Że też ci się chciało!”. Gdy wyszłam z sali i powiedziałam, że odpowiedziałam na wszystkie pytania usłyszałam „No tak! Bo Ty to zawsze taki kujon byłaś!! To co się dziwić”. Najgorzej było po ogłoszeniu wyników. „Co masz? Co masz?”. „Piątkę jako jedna z dwóch osób na trzydzieści kilka”. „Aha. To niesprawiedliwe!”. Czekały jeszcze na zaproszenie na imprezę, ale nikt nic nie mówił, aby szedł się bawić. „Jezu! Ale z was sztywniaki!!”. W końcu jeden kolega nie wytrzymał i powiedział „A wy jak się broniłyście to zaprosiłyście nas?”. Zatkało. Poszły sobie.

Nie wiem czemu tak mocno mi się to teraz przypomina. Jednak stwierdzam, że wtedy byłam duuużo lepiej przygotowana do egzaminu. A tamte problemy były niczym w stosunku do obecnych. Mimo wszystko cieszę się, że prawda o koleżankach wyszła na jaw. Jakoś potem już nie umiałam z nimi rozmawiać tak jak wcześniej. W sumie, to mi się nie chciało nawet…

Sklejam się w całość

Generalnie po załamaniu nr 2 postanowiłam się jakoś skleić do kupy. Trochę udało mi się pozałatwiać, jednak brakuje mi kilku spraw czysto organizacyjnych, jeśli chodzi o obronę. Mam do odbioru jutro zdjęcia i zebranie dwóch ostatnich podpisów do obiegówki. Dziś zapłaciłam przelew – opłatę za studia. Całkiem mi wyleciało z głowy, że trzeba płacić za dyplom… Jednak jestem pozytywnej myśli, że jutro skompletuję wszystko i zostawię na portierni pani z dziekanatu, która swoją drogą jest jakimś wyjątkiem od reguły, że pozwala mi tak naginać terminy i nawet do mnie dzwoni na bieżąco z informacjami.

Kończę robić prezentację pracy i mam zamiar wreszcie pouczyć się z pytań. Potencjalne od promotora znam. Gorzej z tymi od recenzenta. No i jeszcze dochodzi trzecia osoba – przewodniczący. Kto to będzie dowiem się jutro. Ehh… mam sporo rzeczy do ogarnięcia i mam nadzieję, że mi się uda. Bo po obronie też jest kilka kwestii wymagających uporządkowania.

Staram się być dobrej myśli i powoli być taką uporządkowaną osobą jak kiedyś. Chociaż przyznam, że po 4-ro miesięcznym obijaniu się – JEST CIĘŻKO. Ale dam radę. Nie mam wyjścia. W końcu chcę być zadowolona z siebie :)

załamanie nr 2

Jedno załamanie już przeżyłam i jakiś czas było nawet dobrze.
Więc teraz czas na kolejne.
Siedzę i tempo patrzę się przed siebie.
Opracowałam pytania na obronę. Chociaż tyle.
Urządzenie mam i działa.
Nie potrafię zrobić prezentacji.
Jestem w jakiejś rozsypce. Mój chłopak mówi, że nigdy mnie w takim stanie nie widział.
Coś mi się w środku zablokowało.
Jakbym miała w głowie pustkę.
Patrzę na power pointa i nic.
Nic nie mogę z siebie wykrzesać.
I mnie to przeraża.
Teraz na sześć dni przed obroną.
Znowu boli mnie żołądek i boję się dnia jutrzejszego.
Boję się, że pójdę na obronę i mnie udupią.
Czuję się beznadziejnie.
Jest gorąco i duszno, a mnie telepie z zimna.
Nie wiem już nic.
Nie dam rady.
Taki oto koniec mojej drogi do tytułu zawodowego jakim jest inżynier.
Dosłownie na końcówce.

Jak to było w „Szeptach”? Umysł kobiet zdecydowanie nie radzi sobie z wyższym wykształceniem.
:(