Brzydka prawda

Tak to ja i moje królestwo. Kurze nie starte. Mieszkanie nie odkurzone. W zlewie brudne gary. Obiadu brak. Pranie wyłazi z kosza i zerka. Co tam jeszcze? W łazience posprzątane „po rynku”. Prasowanie czeka już od ponad trzech tygodni. Ściana w kuchni nie pomalowana. Od rozpoczęcia Euro 2012. Okna brudne. Samochód na najgłębszej rezerwie (żeby nie skończyło się pchaniem, bo nie dam rady). Łóżko nie ścielone od dwóch dni ponad. Pytania na obronę prawie opracowane. Jedno sobie w ogóle odpuściłam, bo jest zbyt ogólne. I nie chce mi się. Te ze specjalności pojadę po łebkach. Mieszkanie przypomina śmietnisko. A ja nic z tym nie robię.

Nogi blade. Brzuch nie mieści się w spodniach. Plecy krzywią się coraz bardziej. Włosy poplątane. Paznokcie brzydko pomalowane. I nic z tym nie robię. Ząb mądrości nieusunięty. Plan produkcji niezrobiony. Za bardzo odpowiedzialne stanowisko. Brak możliwości podejmowania pewnych decyzji. Milion obietnic „od jutra to już będę”. Wiele spraw nieogarniętych. Z lenistwa.

Kim ja się kurwa stałam? W kogo się zmieniłam. Kiedyś zorganizowana, punktualna, słowna, ogarnięta, perfekcyjna. A teraz? Rozlazły lump co wygląda jak marna kopia samej siebie. Widzę to, że nawalam. Że niszczę sobie życie. I co z tym robię? NIC. Jestem przerażona sobą. Tym, że nie potrafię niczego zmienić. Że nie potrafię się zgarnąć do pierdolonej kupy i poskładać życia póki można. Zaraz wszystko wyśliźnie mi się z rąk. Bo już leci. Jak ja siebie nienawidzę. Całe życie pod presją. Żeby być najlepsza, najładniejsza, najmądrzejsza, najbardziej wysportowana, najszczuplejsza, najlepsza koleżanka. W ogóle wszystko takie NAJ, że aż się rzygać chce. A teraz kim jestem. Pokraką, której nienawidzę z całego serca, że już nie jest naj. I czuję się jakoś strasznie. Z jednej strony wszystko mam gdzieś i nie chcę już być naj. Chcę być zwykła. A z drugiej strony nie wytrzymam, że już taka nie jestem. Nie potrafię być inna. Tylko posmakowałam lenistwa. I poczułam ile kosztowało tamto wszystko. I co? No nie chce mi się wracać do reżimu.

Jak ja bym chciała nagle obudzić się o 7 rano w sobotę i mieć taki charakter jak kiedyś. Coś posprzątać, ubrać się w dres, pojechać na jogę. Wrócić wykąpać się, pozałatwiać sprawy (ogarnąć np. włosy, które wyglądają jak strzecha), pouczyć się i o 16 mieć całą sobotę dla siebie. Niczym nie umiem się zmotywować. Boże (jeśli w ogóle gdzieś tam jesteś) spraw bym była taka jak kiedyś. Bo ja sama już nie potrafię. Boję się katastrofy, którą sobie sama zgotowałam. A ona się zbliża. I nawet nie czuję w sobie chęci (bo siłę mam – całe mnóstwo), żeby podnieść tarczę. Ruszyć te 57 kilo żywej wagi zwanej mną i zmierzyć się z tym posranym życiem. A raczej konsekwencjami tego, że sama je takim uczyniłam.

Nie wiem co będzie. Ale nienawidzę siebie, że taka jestem. Sory. Że się taka stałam.

To jest niefart…

Wynurzam się z pracy zmęczona i głodna. Jedną połową zasobów myślowych jestem na hali i zastanawiam się ile z 40% niewykonanych jesteśmy w stanie nadrobić w 3 dni i frustruję się, że to wszystko przez to, że tak krótko pracuję i nie umiem wszystkiego tak załatwić jakbym chciała. Drugą połową zasobów myślowych pożeram pierogi ze szpinakiem. Słońce świeci mi po oczach, a ja nie mam okularów przeciwsłonecznych. Dojeżdżam do skrzyżowania. Zapominam o skromnych możliwościach auta i postanawiam wymusić pierwszeństwo. Cisnę gaz i… dupa. Babka wjeżdża mi prosto w lewe drzwi z przodu. Bluzga za kierownicą i puka się w głowę. Pokazuję jej, żeby zjechać ze skrzyżowania. Zjeżdżamy. Wychodzę do niej. A ta wyskakuje i drze się:
- I co kurwa teraz?! No co?
- No nic. Moja wina, ja wymusiłam. Spiszemy oświadczenie i dostanie pani z ubezpieczenia.
- No co to kurwa ma być? Mamo, ty weź tu bo ja nie mogę.
W myślach zaczynam się gotować. To ja kulturalnie i grzecznie, a ta bluzga. Gdyby była sama, to chętnie podzwoniłabym po znajomych, żeby udawać, że to ona jest sprawcą i ona we mnie wjechała. Ale stwierdzam, że to ona ma za grosz kultury i pieni się jak spłukana woda w muszli klozetowej. Zwracam się więc do jej mamy:
- Czy pani jest właścicielem pojazdu?
- Nie, ten pan tutaj.
- Aha. To ja z panem załatwiam. – I jednocześnie zwracam się do kierującej pojazdem. – Ja z panią już nie rozmawiam tylko z właścicielem.

Pan okazuje się bardzo ugodowy i sympatyczny. Szybko dochodzimy do porozumienia. Ja tylko stoję i sobie beczę jak głupie ciele nad własną niecierpliwością, bezmyślnością, lekkomyślnością i pośpiechem. Wiecznym „szybko, szybko”. Dodam, że tym autem jeżdżę niecałe dwa tygodnie. Dwuletni, niebity (aż do mojego wyczynu wątpliwej jakości), z małym przebiegiem…

W pracy też poszło bez rewelki. Jedyne szczęście, to po ostatecznym podłączeniu pracy inżynierskiej okazało się, że działa bez zarzutu. Wprowadzone modyfikacje dają radę. No i mam pilota philipsa, nowego eleganckiego, a nie jakieś stare zużyte dziadostwo. Grunt, że inżynierka działa. A samochód? Wspaniały sąsiad naprawi drzwi na tyle, aby można było je zamknąć. Do tego pewnie dojdzie wymiana drążka (choć mam nadzieję, że tylko geometria wystarczy). No i standardowe wymiany filtrów i oleju. No i muszę kupić nowe drzwi. Oszczędności w tym miesiącu nie będzie.

Bo on jest nienormalny proszę panią!

Ja – kobieta naiwna, która wierzy, że dla wszystkich są jedne i te same zasady. Że nie wszystkie są fair i zgodne z logiką, ale pewnych należy przestrzegać po prostu z przyzwoitości i minimalnej dawki kultury osobistej zażytej w dzieciństwie. Zarządzenia administracji spółdzielni często pachną takim absurdem, że nie da się ich czytać nawet. Ale są i sensowne. Do takich należy „Nie wolno palić na klatce schodowej, ani w jej przedsionku”. Przez ten przedsionek rozumiem wiatrołap.

I dzień w dzień trafia mnie szlag. Idę do pracy, otwieram drzwi do ‚przedsionka’ i mam wrażenie, że to jest przedsionek, ale piekieł. Dym gęsty, jak fasolka po bretońsku. Oczywiście dym papierosowy. I już śmierdzę, jakbym sama zjarała cały wagon. Sprawca zadymienia nawet się nie kryje. Kiepuje właśnie w wiatrołapie lub przed klatką. I zawsze mu zwracam uwagę, żeby nie palił na klatce. On nic nie mówi, po prostu ucieka. Dlaczego powtarzam mu to co dzień? Bo od czasów gimnazjum wiem, że jest on obarczony jakimś schorzeniem natury psychicznej. Nie wiem na czym to polega. Wiem natomiast na czym polega jego życie – na zbieraniu petów, bądź nagabywaniu przechodniów o papierosa. I konsumpcji zdobyczy właśnie na klatce schodowej. Ostatnio wracając z super samu n-ty raz zwróciłam mu uwagę:
- Proszę pana, tu nie wolno palić. Niech pan wyjdzie na dwór.
Na to wtrąciła się jakaś starsza kobieta:
- Czemu mu pani zwraca uwagę?
- Bo pali na klatce, a nie można. W dodatku śmierdzi strasznie tymi papierochami.
- Jemu nie można zwracać uwagi miła pani.
- Dlaczego?
- Bo on jest nienormalny proszę panią!
- No to tym bardziej trzeba, bo pewnie po prostu o tym zapomina. I trzeba przypomnieć, żeby wiedział, że źle robi.
- Czy pani siebie słyszy? Właśnie nie można, bo jest nienormalny. Pani go nęka.
- I będę nękać skoro tak to pani nazywa. Bo w końcu ktoś wezwie straż miejską i facet dostanie mandat.
- Jak ja zobaczę, że pani do niego mówi to naślę na panią policję. Bo on jest nienormalny i nie można mu zwracać uwagi!

Machnęłam ręką i poszłam. Czy ja źle rozumuję? Skoro faktycznie jest „nienormalny”, to już żadne zasady życia w społeczeństwie nie są dla niego?? A skąd ta kobieta wiedziała, że ja jestem normalna? I co to w ogóle znaczy? Od razu przypomniał mi się taki chłopak z osiedla, na którym mieszkałam. Nie pamiętam jak miał na imię. Za to pamiętam, że jego mama ciągle wisiała w oknie i czujnym okiem patrzyła co porabia.

Chłopak ten podobno był lekko upośledzony (znowu enigmatyczne stwierdzenie, które wiele nie wyjaśnia). My w piaskownicy nie widzieliśmy w nim żadnej różnicy od nas. Podobno normalnych. Poza jedną rzeczą. Zabierał nam zabawki do domu i nie oddawał. Jak szliśmy do jego mamy to mówiła „No nie oddam wam tych zabawek, bo on przecież nie zrozumie. A wy tak”. Innym razem sypał dzieciom piaskiem po buziach. Wiadomo, że reszta zaczęła sypać i jemu. Na to wisząca z okna mama podniosła alarm, że dzieci terroryzują jej synka i że nie można mu oddawać. Że trzeba zrozumieć. Raz zbił mnie i koleżankę kablem. Też skończyło się na tym, że sine pręgi na rękach i nogach musimy zrozumieć. Jeszcze oberwałam w domu, bo nie chciałam powiedzieć o co chodzi. Ten sam chłopak rzucał w psy i koty kamieniami. Też jego mam mówiła, że on ma do tego prawo, bo nie rozumie, że tak nie można.

Pewnego dnia ON znikł. Nikt nie wiedział, co się z nim stało, ale każdy się cieszył, że wreszcie nie ma „tego, którego trzeba zrozumieć”. I gdyby teraz ktoś powiedział mi, że byliśmy nietolerancyjnymi dziećmi puknęłabym się w głowę. Przecież tolerancja nie polega na tym, żeby pewne osoby czuły się bezkarne, bo … . Idąc tym tokiem rozumowania, ja też mogę nie przestrzegać żadnych zasad, bo jestem blondynką? Ciekawe na kogo wyrósł chłopak żyjący w przekonaniu, że może wszystko? Dlaczego jego matka nie tłumaczyła mu niczego utwierdzając w tym, że wszystko ujdzie mu na sucho? Chyba nie na tym polega wychowanie. I czy faktycznie jest sens traktować inaczej dziecko, które jest chore na cokolwiek?

O co tu chodzi?

Jakie to znajome dla każdej pary.
Sytuacja 1.
Siedzą sobie w pokoju. Ona robi coś, aż nagle stwierdza, że musi skorzystać z jego komputera.
- Misiu? Mogę coś zobaczyć na necie z twojego kompa?
- Spoko, możesz.
Ona włącza przeglądarkę pierwszą z brzegu. Mając do wyboru Firefox, Chrome, Internet Explorer, Opera klika co popadnie, bo w tym przypadku to nieznaczące, której użyje. Okno się otwiera, zaczyna się wczytywać strona startowa i… pojawia się czarne tło z różowym napisem YouPorn.
- Kochanie?? Co to jest?
- Co?
- No to – wskazuje mu na monitor.
- … yyy… to chyba ten, no nie wiem skąd to.
- Nie wiesz skąd u ciebie w przeglądarce taka strona startowa? – i zaczyna się śmiać. Śmieje się, bo obydwoje wiedzą skąd to się tam wzięło. Zastanawia się, dlaczego tak się speszył. Przecież wszyscy wiedzą, co faceci oglądają na kompie jak nikt nie patrzy. Dlaczego więc on miałby być wyjątkiem? A on stoi jak wryty. Chyba spodziewał się awantury, a tu go dziewczyna wyśmiała. Wraca do swoich zajęć, ale do końca dnia chodzi zbity z tropu.

Sytuacja 2.
Ona siedzi przy swoim laptopie, on przy swoim. Ona ogląda buty i torebki. On wchodzi na jakiś serwis mrucząc pod nosem:
- Hmm… tylko dla mężczyzn tu piszą. Ciekawe…
Ona zerka kątem oka, bo jest kobietą, a więc z natury istotą ciekawską. Widzi panienkę w białym, skąpym i na dodatek mokrym bikini. Równie dobrze mogłoby go nie być, bo i tak widać piersi i całą resztę. On klika na miniaturkę, zdjęcie pokazuje się w większej rozdzielczości. Po prostu duże na cały monitor.
- Ciekawe o co tu chodzi? – on głośno myśli. Ton głosu ma tak zamyślony, jakby rozwiązywał sprawy wagi światowej. Ona zerka ponownie, wzdycha i zniecierpliwionym głosem mówi:
- Jak to nie wiesz o co tu chodzi? Tu chodzi o cipkę i cycki spod mokrego bikini, żeby sobie popatrzeć.
- Yyy?? No co ty? – udaje zdziwienie z miną małego dziecka przyłapanego na rozrabianiu.
- Więc nie udawaj, że rozkminiasz o co tu chodzi, tylko sobie oglądaj te laski i nie rób z siebie pajaca.
On ogląda dalej. Ale chyba już stracił chęć poznania „o co tu chodzi”, bo po niecałych pięciu minutach zamyka stronę.

W tych dwóch przypadkach skończyło się na śmiechu. Ale często jest zupełnie odwrotnie… Po co faceci udają, że nie oglądają tego, co wszyscy wiedzą, że oglądają? Nawet na popularnych stronach z obrazkami pełno jest prześmiewczych ilustracji na ten temat. Chyba znam odpowiedź na to pytanie. Robią takie podchody, bo wiele kobiet wpada w szał widząc, że ich facet ogląda w necie inne, a nie daj Boże jeszcze jakieś filmy z gatunku dla dorosłych. A dlaczego te kobiety tak się tym denerwują? Dlaczego wmawiają sobie, że ich facet jest wyjątkiem całej populacji i jako jeden jedyny nie ogląda? A potem nadchodzi bolesna konfrontacja z historią przeglądarki. I jeszcze bardziej bolesna awantura. I stek wyzwisk od zboczenców i nie wiadomo czego jeszcze. A co ja myślę na ten temat? Że dla każdego to kwestia indywidualna zależna od osobistych poglądów i wzajemnego dopasowania… Jednak lepiej chyba śmiać się z tego, niż kłócić (o ile nie przekracza to akceptowalnych przez obydwie strony granic).

Tata gorszy od mamy?

Dziś Dzień Ojca. W tym celu udałam się do pobliskiej galerii handlowej na zakupy. Chciałam znaleźć jakiś prezent. Miałam kilka pomysłów, ale niczego z tego co chciałam początkowo nie udało mi się znaleźć. Byłam w wielu sklepach i jakichś specjalnych gadżetów związanych z Dniem Ojca nie zauważyłam. Chciałam kupić kubek i koszulkę z napisem „najlepszy Tata na świecie” albo coś w ten deseń. Nigdzie niczego takiego nie było. Za to na niektórych regałach widziałam jeszcze zalegające resztki po Dniu Matki.

Zapytałam sprzedawcę, gdzie mogę znaleźć tego typu gadżety. Powiedział mi, że nie ma takich, bo ten dzień cieszy się średnią popularnością i to nie to samo co Dzień Matki. Że mamę to się bardziej docenia, bo jednak więcej jest przy dziecku i generalnie więcej dla niego robi. Postanowiłam nie wchodzić w polemikę nt. roli rodzica i grzecznie podziękowałam za udzieloną informację. Tacie kupiłam w końcu inny prezent. I nie chodzi mi o to, że mogłam sama kupić koszulkę, a potem zlecić gdzieś wykonanie nadruku z napisem, jaki chciałam. Oczywiście, że mogłam! Ja tylko żyłam w przekonaniu, że skoro nawet ciasteczka Oreo przypominają o Dniu Ojca, to tak samo jak w przypadku Dnia Matki nie będę miała problemu z kupieniem prezentu. Najśmieszniejsze jest to, że nigdy nie kupowałam takich gadżetów i jak raz jeden jedyny chciałam, to akurat nie było.

Mnie tylko zastanawia, czemu jest tak jak powiedział sprzedawca? Czemu w społeczeństwie pokutuje opinia, że ojciec robi dla dziecka mniej niż matka. Jeśli spędza mniej czasu, bo pracuje ciężko, żeby zapewnić fundusze na godne utrzymanie rodziny to znaczy, że nie poświęca się? Nadal przecież jest tak, że to w większości mężczyźni zarabiają więcej niż kobiety i więcej wnoszą do domowego budżetu… Ale nie o tym. Mój Tata dużo pracował i często nie było go w domu i nie uważam go przez to za rodzica gorszego od Mamy. Jak był to zawsze mogłam na niego liczyć. Często służył mi radą i pomocą. Nigdy nie powiedział „jestem zmęczony”, „nie mam teraz czasu”. Przecież jest bardzo wielu ojców, którzy spędzają z dziećmi czas, zarażają ich jakąś pasją, a przede wszystkim – kochają. Więc dlaczego Dzień Ojca traktowany jest po macoszemu?

spanie – ważna rzecz

Dziś nadszedł dzień tzw. apogeum mojego zmęczenia. Co dzień śpię po 5-6 h snem przerywanym, bo nasza kotka przeszła transformację w mendę i regularnie budzi w nocy po kilka razy. I mimo, że nie mam dziecka, już wiem jak się czuje matka, która w nocy co chwilę wstaje, a potem zasuwa w podskokach do pracy na rano. Oczy mam podpuchnięte jak miś panda, więc by w pełni współgrać z tym image’em maluję jeszcze grubszą czarną kreskę na około. W pracy też snuję się jak pijaczka na kacu. Zanim dojdę z jednego miejsca w drugie już nie pamiętam, po co właściwie tam poszłam. Gdyby nie moja wszystko-pamiętająca koleżanka zza biurka zginęłabym z kretesem. I tak sobie zapisuję w notesiku-kalendarzyku wszystko. Ludzie pewnie myślą, że jestem nie do końca teges umysłowo, bo co nie powiedzą to skrobię z werwą w notesie, a potem i tak nie pamiętam, gdzie to zapisałam.

Dlatego po powrocie z pracy postanowiłam zarzucić na jeden dzień walki z przygotowaniem do obrony i się wyspać. Wcześniej przygotowałam niezwykle zdrowy i wykwintny obiad – frytki z dyskontu, który ceni jakość i kotlety z mortadeli. Wszystko ociekające tłuszczem i zalane ketchupem. Jakby ktoś chciał przepis chętnie podam, jednak ostrzegam, że tym daniem do niczyjego serca się nie trafi. Co najwyżej można odstraszyć potencjalnego partnera zgagą, która go zaatakuje. A więc to raczej danie zaczepno-obronne ;) Kłaść się spać bezpośrednio po zjedzeniu też nie polecam. Sama tak zrobiłam i śniły mi się na prawdę dziwne rzeczy.

Mimo prawie 3-godzinnej drzemki nadal jestem nie do życia. Nawet siedzieć mi się nie chce! Więc leżę. Przypadkiem natrafiłam dziś na swój horoskop. I się zgadza ze stanem faktycznym: „Przypomnisz sobie dzisiaj o czymś, co już dawno powinno być załatwione i szybko nadrobisz te zaległości. Wybierzesz dzisiaj zamiast hucznej zabawy wieczór w ramionach ukochanej osoby. Takie chwile tylko we dwoje, są Ci szczególnie potrzebne w czasie kiedy wokół Ciebie jest wiele chaosu, a sprawy zawodowe Cię przerastają”Wszystko mnie przerasta, bo jestem niewyspana. O i tyle. A huczny wieczór to nie pamiętam już, kiedy ostatnio przeżyłam. Chyba pijąc piwo i oglądając mecz. Takie hulaszcze życie ostatnio prowadzę. Aha, co do nadrabiania zaległości – nadrabiam spanie. To naprawdę ważna rzecz!

Jedyne co zasługuje na jakąkolwiek uwagę dnia dzisiejszego (poza zabójczym daniem obiadowym), to rozmowa ze znajomym z pracy o kryteriach tego, czy kobieta jest najładniejsza. Powiedział, że swoją kobietę za wygląd ocenia na 9/10. I na pytanie, czy jest dla niego tą najpiękniejszą (zadane przez nią) odpowiedział, że nie. Wtedy wyskoczyłam ze swoim życiowym przemyśleniem, że to raczej logiczne, że mało która kobieta jest najładniejsza na świecie dla swego faceta. Że drążąc facetowi dziurę w brzuchu pytaniem „powiedz szczerze, czy jestem dla Ciebie najładniejsza” można sobie strzelić w kolano i na koniec usłyszeć brzydką prawdę. Że są ładniejsze. A on mi na to „Nie. Myślę, że jeżeli kocha się jakąś kobietę tak na prawdę z głębi serca, to jest ona wtedy najpiękniejsza”. „To czy ty w takim razie kochasz swoją, skoro nie jest dla ciebie tą naj?”. „Hmm… myślę, że sama sobie odpowiedziałaś na to pytanie”. I to skłoniło mnie do refleksji…

www.youtube.com/watch?v=NlSm_JL1das  :)

Co dajesz od siebie, to do Ciebie wraca

Zaczęłam się zastanawiać, ile zła i podłości na około mnie wynika z mojego zachowania. Ile ja z siebie daję, aby otrzymać coś dobrego? Łatwo było mi do tej pory powiedzieć, że jest tak, czy owak. Że ten zły, a tamten podły, to ja też. A może by tak wreszcie zacząć być w porządku z samą sobą i swoimi zasadami? Świat sam z siebie się nie zmieni. Jak ja będę lepsza, to pewnie też nie wywrze to większego wpływu na globalną całość. Ale może w moim małym świecie się poprawi? Może jednak coś pozytywnego co zrobię, wróci do mnie? Przecież nie jest istotne to, że wielu odpłaci złem. Istotne jest to, co dobre wróci do mnie. Chociaż to też nie do końca. Najważniejsze jest to, że nie będzie mnie gryzło, że zrobiłam coś niezgodnie ze sobą i swoim sumieniem.

Lubię się uśmiechać. I lubię, gdy inni się do mnie uśmiechają. Więc czas olać tych co krzywią ryje. Niech krzywią. I tak pokazują siebie. Ja mogę to olać. Czy mam się przejmować taką postawą innych? Raczej nie warto! Gdzieś po drodze zauważyłam, że zaczynam się zmieniać w kogoś, kim pogardzam z całego serca. Najwięcej dobrego, które do mnie przyszło, pochodziło jeszcze z czasów, kiedy byłam wyluzowana i lepsza dla otoczenia. Czy to, że zamiast bluzy z postaciami w kreskówki zakładam coś bardziej stonowanego ma znaczyć, że mam stać się jakąś wredną suką, która depcze wszystkich po drodze do celu? NIE. Od dwóch dni toczę walkę ze sobą, aby być lepszym człowiekiem.

Zaczynam od swojej pamiętliwości. A w dupę z tym moim rozpamiętywaniem z czym kto mi podpadł. No podpadł. I co, mam się mścić? Czy mam pisać skargę do piekarni, z której kierowca wyzwał mnie ostatnio od kurew, bo akurat postawiłam samochód przy rampie rozładunkowej? Nie, bo to częściowo mój błąd. A czy może mam złościć się w nieskończoność na byłą przyjaciółkę, która ukradła mi pamiętnik w gimnazjum? Przecież to było milion lat temu. Już nawet nie pamiętam o co dokładnie poszło. Są rzeczy, których się nie wybacza. Są tematy, którym mówi się stop. Ale zapalczywym pamiętliwcem nie ma co być, bo człowiek utopi się prędzej, czy później w szambie własnej zgryzoty.

Niecierpliwość. Też trzeba trochę wyluzować. Przykładowo dziś postanowiłam odpuścić pani piszącej tłumaczenie streszczenia mojej inżynierki. Po co ona ma zarywać dziś noc? Pomyśli sobie „co za natrętna menda”. Nie wyśpi się, cały jutrzejszy dzień będzie zmęczona. A ja dziś i tak już nic z tym nie zdziałam. Pomijam, że wyczerpana po całym dniu zrobi to gorzej niż jutro rano wypoczęta.

Czas odpuścić sobie i światu. Życie jest krótkie i trzeba je tak przeżyć, aby nie kleić buraka ze względu na wspomnienia, których się wstydzimy. Takich mam już i tak za dużą kolekcję. Czas zminimalizować liczbę nowych. Wszystko zależy ode mnie. Jak sobie pościelę, tak się wyśpię.

Przemijanie

Godzina dwunasta w samo południe. Cmentarz. Słońce pali niemiłosiernie. Duszne drgające powietrze uniemożliwia oddychanie. Tuje dają nikły cień. Trąbka pogrzebowa gra swoją melodię. Dźwięk nieznośnie obija się w głowie. Czarne spodnie i ubranie chłoną okrutny gorąc wraz z przytłaczającą atmosferą jak gąbka. Gąbka, która przepuszcza tylko w jedną stronę. Doładowanie emocji jest tak duże, że każdy kolejny oddech staje się krótszy. Podeszwa sandałów niemiłosiernie grzeje się od żwiru cmentarnej alejki. Stopy odparzają się w obuwiu, a pęcherze pulsują bardziej i bardziej z każdą sekundą. Pot cieknie po plecach. Ubranie lepi się do ciała, ciśnie z każdej strony. W ustach susza. Ani kropelki śliny.

Dopiero teraz dociera to do niej. Wgniata z siłą młota pneumatycznego. Świadomość tego faktu jest za dużym ciężarem. Wszyscy wcześniej rozmawiali ze sobą. Ona nie potrafiła powiedzieć nawet słowa. Poza „cześć”. Jak zawsze dziwna i aspołeczna. Ale nie wiedziała co ma mówić na pogrzebie. Pogrzebie kolegi, którego znała głównie z imprez i spotkań z kumplami. Pełen życia, planów, marzeń, aspiracji. Ona ze swoimi przyziemnymi pragnieniami wypadała przy nim blado. Młody człowiek. Ćwierć wieku na karku. I już go nie ma. Tak po prostu. I nie będzie.

Słońce praży coraz bardziej. Łapie krótkie oddechy i czuje nieprzyjemne kłucie w prawym boku. Przed oczami robi się ciemno. Zaczyna nerwowo skubać łodygę kwiatu z wiązanki pożegnalnej. I przełykać ślinę, której nie ma. Przestępuje z nogi na nogę. Krew wraca do mózgu. Widzi wszystkich jak przez mgłę. W środku czuje żal i smutek. Jak zawsze nie uroni ani jednej łzy. Stoi jak słup i nic nie mówi. Jak posąg. Zero emocji. A w środku wyje. Nie byli przyjaciółmi. Ale go lubiła. Był dla niej wzorem w pewnych kwestiach.

I dopiero teraz wie, że trzeba żyć chwilą. Tak jakby jutra miało nie być. Nie kłócić się z ludźmi. Nie stresować byle pierdołami. Los potrafi okrutnie zadrwić. To było takie niespodziewane, nierealne. A teraz przyjebało jej w tył głowy łopatą. Świadomość faktu jest okrutna. Nie ma litości. Wolałaby być głupiutką i niedojrzałą nastolatką, do której fakty docierają po czasie. Ale niestety. Fakty dotarły do rdzenia w jednej milisekundzie. I sieją spustoszenie na pustyni emocji.

Ona nie umie się tym z nikim podzielić. Nie umie powiedzieć „jakie to smutne”. Bo to dla niej oczywiste. Nic nie mówi, bo nie potrafi znaleźć wystarczająco bogatego i precyzyjnego zarazem określenia na to co się stało. Umysł techniczny tego nie ogarnia. Nie ogarnia śmierci rówieśnika. Nagłej i niespodziewanej.

Ciągnął psa za samochodem

Sytuacja prawdziwa. Mężczyzna jechał z prędkością 60 km/h. Do samochodu przyczepiony był łańcuch. A na łańcuchu pies. Za psem ślady krwi na ulicy. Przechodnie byli przerażeni i gonili go, aby się zatrzymał. Skurw*** zatrzymał się dopiero wtedy, gdy interweniowali funkcjonariusze z jednostki wojskowej. Wezwali policję. Pies był wyczerpany, poobijany, miał liczne rany łap i szyi. Jak tłumaczył się kierowca? Że zwierzę mu uciekło i prowadził go do domu. W taki sposób? Za karę, czy jak? Co to miało znaczyć?

58-letni kierowca trafił do aresztu. W tej chwili trwają dalsze czynności w tej sprawie. Policjanci wyjaśniają wszystkie okoliczności zdarzenia. Ustawa o Ochronie Zwierząt za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem przewiduje karę nawet do 3 lat pozbawienia wolności. Sąd wobec takiej osoby może orzec zakaz posiadania zwierzęcia nawet na 10 lat. A ja mam inną propozycję. Zaprowadzić go w taki sam sposób jak on psa do aresztu. A potem na rozprawę. I nie udzielić mu pomocy lekarskiej. Bo niby dlaczego takim zwyrodnialcom mamy fundować opiekę medyczną z naszych podatków?

Zawsze, gdy słyszę o takim zajściu ciśnienie mi skacze. Jak tak można? Jak można być takim okrutnym sadystą? Mój mózg jakoś nie jest w stanie przyjąć tego, a tym bardziej zrozumieć. Albo inny przypadek. Dwóch nastolatków w Wigilię podpaliło kotkę sąsiadki. Nie zostali ukarani, bo sąd stwierdził, że jej zeznania to tylko słowo przeciw słowu. Dlaczego u nas wciąż jest tak duże przyzwolenie społeczne na takie czyny? Argumentowanie, że jest to niska szkodliwość społeczna. Jak to niska? Przecież to znęcanie się. Odbieranie życia. Uważam, że wobec tych wszystkich pseudo-ludzi powinno się stosować karę w postaci czynu, którego dopuścili się wobec słabszych od siebie i często bezbronnych zwierząt. Nie toleruję tego i nie trawię.

Nikt i nic nie daje nam prawa, by tak traktować „futrzaki”. Od dziecka miałam zwierzaki i wiem, jak oddane i pełne miłości potrafią być. Jak odwzajemniają uczucia, jak czekają na powrót, cieszą się, wyczuwają smutek, ból i choroby. Starają się pocieszyć. Obrażają się, gdy wyjedziemy na dłużej i przychodzi do nich kto inny. Przytulają się do człowieka. Okazują zaufanie. Kiedyś byłam bardzo chora. Kot leżał obok mnie na łóżku przez prawie cały czas. Ludzie, którzy nie umieją tego dostrzec i docenić są wypranymi z emocji i uczuć skorupami.

„Miarą naszego człowieczeństwa jest to, jak traktujemy zwierzęta”. Jaka szkoda, że wielu tego nie rozumie.

Po co mi święta?

Na religię przestałam chodzić od pierwszej klasy gimnazjum. Bo miałam dość. Dość uczenia się cytatów z Biblii na pamięć. Dość chodzenia na Mszę i zbierania podpisów na obrazkach świętych. A najbardziej mdliły mnie wynurzenia Katechetki, o tym na kogo nasi rodzice powinni głosować. W nowej szkole nowa Katechetka namawiała mnie, abym chodziła na religię. Wcześniej oczywiście wypytała mnie o wyznanie, praktykowanie rodzicieli, itp. itd. Ale twardo nie chodziłam. Z czasem przestałam się spowiadać, a potem chodzić na Mszę w ogóle.

Ile lat nie byłam w Kościele? Nie jestem w stanie powiedzieć. Czasem odczuwam taką chęć, mimo że generalnie uważam, że każdy może pomodlić się gdzie chce, jak chce i kiedy chce. Aby tylko to było szczere. Bo w czym gorsza będzie szczera „rozmowa” ze Stwórcą od klepania Zdrowasiek pod ołtarzem? No i czy słuchanie kazań będzie do czegokolwiek potrzebne? Wywody często bez ładu i składu. Wynurzenia dyletantów w wielu dziedzinach życia, o których nie mają bladego pojęcia. Nawet w święta nie chodzę do Kościoła, bo jak nie chodzę w ciągu roku, to po co jajka święcić? Będę siebie i wszystkich oszukiwać, że taka ze mnie bogobojna dziewoja?

Świąt też nie obchodzę jakoś szczególnie. Cieszą mnie tylko w kontekście długich weekendów i wolnego od pracy. Podejrzewam, że większość Polaków też. Nie słyszałam przed długim weekendem, aby ktokolwiek mówił, że pójdzie na procesję. Wszyscy planowali wyjazdy, remonty, grille… W ogóle większość świąt tych kościelnych nie jest niczym innym dla wielu, jak wolnym dniem w środku tygodnia. Nawet często nie wiem, co w zasadzie świętuję. Nie odczuwam potrzeby wysprzątania całego mieszkania z okazji świąt, bo porządek raczej trzeba utrzymać stale. Nie gotuję pięciodaniowego posiłku w stylu „zastaw się a postaw się”, bo jak mam ochotę dobrze zjeść to robię to bez okazji. Do Kościoła nie idę, bo nie chcę się denerwować posępną atmosferą i duchotą.

Tak na prawdę, to święta powinno się przeżywać duchem, a nie ciałem. Przecież w Polsce mieszkają nie tylko Katolicy. Jak mają świętować Buddyści albo Muzułmanie? Wiadomo, że wolne ciężko dostać w obecnej sytuacji. Miałam kolegę Muzułmanina. Miał przenośny dywanik w kieszeni i świętował w pracy udając się o odpowiedniej godzinie na modlitwę. I umiał to robić bez wolnego. Dlatego po części nie rozumiem czemu prawie każde kościelno – katolickie święto jest dniem wolnym od pracy. Co nie zmienia faktu, że się z tego cieszę, a nie obchodzę. Dla kogo są te święta? Dla księży? Katechetek? Emerytów? Bo to najwięcej ich uczestniczyło w pochodzie w tym roku. Ludzi w wieku produkcyjnym odsetek był znikomy…

Oj niedobrze…

Cóż za beznadziejny dzień. A już miałam obwieścić na blogu radosną nowinę pt. „Nie poddawajcie się, trzeba twardo iść do przodu, a w końcu się ruszy”. Taa… Ruszy się dwa kroki w przód i trzy do tyłu. Wypłaty dziś na koncie nie miałam. W baku paliwa też już nie – kończyła mi się rezerwa… Zajechałam na stację, zalałam i poszłam obwieścić kierownikowi, że ja nie mam pieniędzy i nie zapłacę. Że przyjadę jutro uregulować należność i proszę nie zgłaszać do jutra sprawy na policję. O dziwo z uśmiechem zgodził się :) Nawet nie wie, jak dużo dla mnie zrobił. I jak poprawił mi wiarę w istnienie ludzkich odruchów.

W pracy idzie jak po grudzie. Czym bardziej chcę się wdrożyć, tym gorzej. Czuję się niepotrzebna i nielubiana. No tak, nowy zawsze troszkę odstaje. A z tym nielubieniem to raczej moje urojenia, bo wszyscy są OK. Nikt na mnie nie krzyczy i nie kabluje, więc chyba mnie jakoś znoszą. No ale chciałabym już wszystko umieć i wiedzieć, co w trawie piszczy… Jedyne dobre, że zeszła mi z oczu czerwień, która nie opuszczała mnie przez dwa dni. Wyglądałam jak wampir z Blade’a i wolałam nie wychodzić na dwór, aby nikogo nie przyprawić o zawał.

Najgorzej jest z Dziadkami. Kotem (dziadziowy wiek koci), który utyka, jakby ktoś go przetrącił. I czasem podobno chodzi śpiąc. Wczoraj szedł przez cały pokój z zamkniętymi patrzałkami, aż w końcu uderzył się w stół. A Dziadek? Sama nie wiem, jak o tym pisać. Zawsze jak od niego wychodzę, to chcę zapomnieć wizytę jak najszybciej. Dwa dni temu miał sprzątane. Dziś sandały kleiły mi się do podłogi. Muchy latają tabunami. Ale to nic. Jakoś to można przeżyć. Dziś zawiozłam mu kotlety, a on do mnie, że był wczoraj na wycieczce w Ostrowie, że to autobusem tylko 7 minut. Jasne z nad morza do Ostrowa pod Lwowem. Chyba teleportem :/ Na koniec powiedział, że czuje, że to jego ostatnie chwile. Jeszcze nazwał mnie Anią… Moje imię nawet na tę literę się nie zaczyna.

I ja mam się bronić w czerwcu? Ciekawe jak? Poprawki nanoszę, ale dziś jestem tak rozbita, że nie dam rady nic zrobić, bo efekt o kant d**y rozbić. Nie mogę o niczym myśleć. Muszę się zebrać i jutro skończyć tą pisemną część, wysłać ją do promotora z prośbą o termin lipcowy. Nie uda mi się teraz. Przecież już rok nie chodzę na uczelnię, to sporo zapomniałam. I tak się cieszyłam, że to już obrona niebawem, a teraz sama czuję, że nie dam rady. Dziś czuję się tak, jakbym już niczemu nie miała w swoim życiu podołać. Nawet nie chce mi się meczy oglądać, ani grać w Diablo… A TO JUŻ ZŁY ZNAK W MOIM PRZYPADKU.

Zmarł w samotności

Kiedyś Lepper jeździł do Chin. Wrócił bardzo zachwycony. A czym? A no tym, że tam niet podatków. Też bym chciała dostawać do rączki całą zarobioną kwotę, a nie być miesiąc w miesiąc dymana przez polityków i ZUS. Nieważne, jest jak jest. Wróćmy do podatków, a raczej konsekwencji ich braku. W Chinach wszystko jest płatne. Służba zdrowia, szkoły… Nie ma emerytur. Starsi ludzie, gdy już nie są w stanie pracować, mieszkają ze swoim potomstwem. Taki jest obyczaj i raczej się go wszyscy trzymają. Często odzywa się we mnie głos, że też bym chciała być wychowana w takiej kulturze. Wiadomo, że mieszkać np. z nietrzymającym moczu i innych wydzielin zgryźliwym teściem, to nic miłego, ale jednak jakoś on wytrzymał ze srającym, wrzeszczącym i ząbkującym niemowlakiem…

Ale do czego zmierzam? Do tego, co ostatnio miałam okazję obserwować na osiedlu. Siedziałam tak, ze miałam widok na to co za oknem. W bloku na przeciw do mieszkania na parterze próbowała dostać się pewna Babcia z Wnusią. W tym celu tłukły gałązką w okno. „Co za komedia. Nie mogły zadzwonić wcześniej? Pewnie ktoś wyszedł.” Myślałam sobie. Potem alejką szło sobie trzech Jegomościów. Byli ewidentnie w meczowym nastroju, bo nie do końca było można poznać, który którego prowadzi. Jeden nawet wysikał się na środku chodnika krzycząc „Ja ku**a nie mogę się odlać?! Mogę!! Patrzcie na mistrza!!”. Babcia chyba była dość zdesperowana, bo zaczepiła ich, aby pomogli jej otworzyć okna, bo one koniecznie muszą się dostać do środka. Pomyślałam sobie, że to już szczyt niecierpliwości. Mężczyźni wynaleźli jakiś kamień i pobiegli z pomocą. Na to z drugiego piętra z balkonu krzyknęła jakaś kobieta, żeby nie wybijali szyby, bo kto zapłaci. „To niby cooo maaamy robić?!” zdziwił się wyraźnie otrzeźwiony oddaniem moczu Jegomość. „Na policję zadzwonimy, to otworzą”. „A to jak na policję, to my dziękujemy i przepraszamy. Do widzenia!”. Skonsternowana Babcia poszturchnęła Wnusię, która wyciągnęła telefon. Zadzwoniły. Po niedługim czasie przyjechał patrol. Dzwonili domofonem i dzwonili…

Zaczęłam robić coś innego w domu. Gdy po jakiejś godzinie wyjrzałam za okno, pod klatką stały dwa radiowozy i karetka. Babcia siedziała w karetce razem z Wnusią i płakały. Dowiedziałam się, że w mieszkaniu, do którego chciały się dostać leżały zwłoki. Ponad tydzień. To jak długo nikt nie odwiedzał i nie dzwonił, że aż tydzień czasu po śmierci one tak przeleżały?

I tu mnie naszła taka refleksja podatkowo – emeryturowa. Przez te wszystkie przemiany gospodarcze, socjologiczne starsi ludzie są jakby poza nawiasem społeczeństwa. Żyją często sami na skraju ubóstwa, pogrążeni w rozpaczy. To chyba ta samotność stopniowo wpędza ich do grobu. I potem stoją tacy zgryźliwi w kolejkach i autobusach, przychodniach. Pławią się we własnej zgryzocie stopniowo tracąc rozum. Gdyby mieszkali ze swoimi dziećmi, wnukami, na pewno proces ten nie posuwałby się do przodu tak szybko. Wiadomo – są różne przypadki. Lekkie niesprawności, obłożnie chorzy. Tak samo charaktery bywają trudne… Młodzi ludzie chcą być wolni i mieszkać sami. Ale gdyby był taki obyczaj jak w Chinach, ten człowiek może nadal by żył? Może w porę ktoś z domowników zorientowałby się, że trzeba dzwonić po pomoc? A może odszedłby z poczuciem, że bliscy są przy nim, a nie sam w czterech ścianach, jak pustelnik.

Wiem to sama po sobie. Nie wzięliśmy do siebie Dziadka, mimo że chyba byśmy mogli. Ale Dziadek sfiksował – myśli, że mamy rok 2200 i ciągle jesteśmy we Lwowie… Tzn. wróciliśmy tam. Fizycznie też nie jest w pełni sprawny. Na około siebie robi bród i smród taki, że klękajcie narody. I dlatego go nie bierzemy do siebie. Każdą opiekunkę i pielęgniarkę środowiskową przepędził i zniechęcił tak, że odmówiła przychodzenia. Co dzień ktoś jeździ do niego ogarniać mieszkanie, wozić jedzenie, przebrać go. A gdyby to był tak obowiązek, to już by był u kogoś z nas i pewnie żyłoby mu się lepiej. Często mam wyrzuty sumienia z jego powodu, ale jestem na tyle wygodna, że go nie biorę do siebie. Wujek, ani Rodzice też go nie biorą. I nie jesteśmy w tym odosobnieni. Coraz więcej jest takich przypadków, że starzy ludzie umierają sami. I wtedy zawsze pojawia mi się ta myśl, że to wszystko przez te emerytury…

Prawie szczęśliwy Euro – piątek

Jak się okazało, wśród moich znajomych byłam jedną z niewielu szczęśliwych, która nie szła do pracy. Oczywiście dowiedziałam się tego, gdy o jedenastej rano zamęczałam wszystkich głupawymi smsami i otrzymywałam odpowiedź „jestem w pracy i mam full roboty”. Chociaż raz to nie ja byłam tą, co pracuje, jak inni się wylegują :)

O dwunastej wybrałam się do promotora. Ubrałam się w szarą spódnicę, którą dostałam od Mamy. I szłam dumnie przez teren uczelni zwany także campusem (wtf? jesteśmy w PL, a nie USA…). Nagle przejrzałam się w fasadzie i stanęłam jak wryta. Spódnica zrobiła bonus i podjechała do samego zadka. No więc ją obsunęłam bez większego przejęcia. Stwierdziłam, że większość widzów stwierdzi „blondynka”. Ale ku zgrozie kiecka co trzy kroki szła wyżej i wyżej. Tak więc, gdy już doszłam do pokoju wykładowcy byłam zmęczona walką z garderobą i nie koniecznie chciałam poczuć na sobie wiadro pomyj recenzenta odnośnie mojej pracy. A tu co? Suprise! Moja praca ma niewielkie błędy, jest dobra i będę się bronić w czerwcu :D :D :D

Z tego tytułu poczułam w sobie jakąś taką dziwną energię, że postanowiłam ogarnąć zaległe tematy. Przy okazji wlazło mi coś w szyję i chodziłam wykręcona jak Quazimodo. Głowa przechylona na lewą stronę, prawy bark praktycznie przy prawym uchu. Do tego dostrzegłam w witrynie wylewające się sadło brzuszne, co w połączeniu z różową bluzką przybliżyło mnie jeszcze do Prosiaczka. Musiałam wyglądać mocno paralitycznie, bo panie w mięsnym ustąpiły mi miejsca w kolejce.

W domu wzięliśmy się za zaczęty w kwietniu mini remont. Udało się zamontować półki w przedpokoju i… pomalować kuchnię. Aby nie zniszczyć sobie prosiaczkowego outfitu założyłam spodnie dresowe i bluzkę, które wyglądały na moich obecnych gabarytach raczej niekorzystnie. Można by posądzić mnie, że ukradłam je wracającej z treningu gimnazjalistce. Z tego tytułu na obiad zjadłam osiem pierogów ze szpinakiem zamiast dziesięciu. Tak, czy siak walczyliśmy z szablonem malarskim. Oczywiście czytanie instrukcji pominęliśmy… Skończyło się porwaniem go, soczystymi słowami na K i przyklejaniem go na ścianę na patencie. W końcu Polak potrafi. Efekt wyszedł na prawdę fajny – zielone liście na brązowej ścianie i druga ściana (ta słoneczna) limonkowa. Dzięki temu kuchnia jest wesoła i kolorowa, a nie nudna jak kolejowy przedział Teraz będę mogła dalej poświęcać się swojej pasji gotowania, a w szczególności robieniu ciast z paczki.
  
No i najważniejsze. Wszystkie prace porządkowo malarskie zakończyliśmy przed meczem. Jako etatowy narzekacz tego portalu, powinnam teraz psioczyć na wszystko. Ale NIE! Byłam bardzo zaskoczona. Murawa równa, idealnie przycięta, gęsta… Spodziewałam się, że będzie gorzej. To samo gra polskiej reprezentacji. Dynamiczna, ofensywna. Zadziwiające było to, że po piętnastu minutach nie przełączyli się na tryb chodzony. Może technicznie nie najdoskonalsi, ale i tak na poziomie, o jaki bym naszej reprezentacji raczej nie podejrzewała. Wszystko było pięknie i szło jak po maśle, bynajmniej do bramki Greków. Potem nasi coś przyklapli :( Tak jakby stracili wiarę w to, że może im się udać. Jestem rozczarowana, ale paradoksalnie dlatego, że na początku pokazali prawie światowy poziom. Spodziewałam się zwycięstwa naszych… Gdyby od początku snuli się bezmyślnie po boisku i nie wiedzieli co robią, to bym się nie zdziwiła. Ale oni pokazali, że stać ich na coś więcej niż zwyczajowe bycie w ogonku z tyłu za wszystkimi. Nawet przez jakiś czas wierzyłam, że może uda im się po wyjściu z grupy wygrać jeden, góra dwa mecze. A tu taki klops :( Potem jak zobaczyłam mecz Rosja – Czechy i cztery gole, to mogę śmiało stwierdzić, że nieco popsuli mi piątek. Na prawdę chciałam świętować! Szkoda :(

Choinkowa afera

Mieszkam na blokowisku. Spoko. Dobrze mi z tym. Uwielbiam codzienne rundki objazdowe po parkingu w poszukiwaniu miejsca. Szaleję także za śmietniskiem, jakie sąsiedzi urządzają pod oknami. Wyrzucają pety, puszki po piwie, podpaski, butelki po płynie do mycia naczyń. Ostatnio zaszczycili mnie brudnymi gaciami (granatowe bokserki), które zawisły na choince przed oknem. A że mieszkam na parterze widzę wszystko, co wyrzucają. Lubię także zapchany notorycznie zsyp i zapach z niego wydobywający się. Fajnie także posłuchać jak sąsiad z góry się awanturuje, że za mało ziemniaków albo obiad nie na czas. Generalnie ma to swój specyficzny urok.

Jedynym aspektem psującym idealny obraz blokowiska były choinki rosnące przed naszymi oknami. Wysokie i dorodne zasłaniały nam okna. Ptaszki ćwierkały, śmieci powiewały na gałązkach. Cud, miód i orzeszki. Lubiłam te drzewa. Z chodnika nie było widać naszych okien, a my mieliśmy leśny widok. Fajnie było rano się obudzić, otworzyć okno i słyszeć szum drzew. Wszystkim się chwaliłam jaki to mam wspaniały widok z okna w blokach. I komuś oczywiście to przeszkadzało!

Siedzę w pracy, przychodzi sms „Kochanie nie mamy już choinek przed oknem. Ktoś wyrównał je do poziomu parapetu”. Byłam pewna, że to jakieś żarty. Za to jak weszłam do domu, to pogubiłam baletki z wrażenia! Choinki nie były obcięte. One były wyrezane kozikiem czy nie wiadomo czym. Wyglądało to jak robota wandala. Nie jestem leśnikiem, ale tak się drzewek nie przycina. Wściekłam się, bo lubiłam te drzewka pukające w szyby gałązkami. Wściekłam się, bo ktoś je zeszpecił totalnie. Zadzwoniłam do spółdzielni.

- Słucham?
- Dzień dobry. Czy mam przyjemność rozmawiać z administracją spółdzielni …. ?
- Tak. W czym mogę pomóc?
- Ja mieszkam na ….. przez ….. . Dzwonię w sprawie choinek.
- No tak. Wycięte.
- Ale dlaczego?
- Lokatorzy z …. złożyli skargę na te choinki.
- Proszę pani, ja mieszkam w tym lokalu i żadnej skargi nie składałam.
- No jak nie, jak mam list przed sobą.
- Nie wiem od kogo, ale nie ode mnie.
- Jednak ja tu widzę, że od pani.
- Niesamowite.
- No ale cieszy się pani chyba, że już niebezpieczeństwo wyeliminowane.
- Cały czas twierdzę, że ja niczego nie zgłaszałam. I w jaki niby sposób te choinki miały być niebezpieczne? One mi nie przeszkadzały. Czemu tak zrobiliście?
- Bo to pani…
- NIE JA!!
- Nieeee?
- Nie…
- Chcieliśmy wyciąć, ale nie dostaliśmy pozwolenia z Wydziału Ochrony Środowiska. I skróciliśmy.
- Ale nie obcina się tak drzew. To jest paskudne jak nie wiem co.
- A to jak się pani nie podoba to niech pani złoży skargę na nas do Wydziału Ochrony Środowiska.
- Po co?
- Pewnie dostaniemy karę.
- Co mi po tym? Choinek i tak nie będzie.
- Odbierzemy sobie w czynszu.
- Bez sensu. Będziemy płacić za waszą pomyłkę.
- No a kto, jak nie lokatorzy??

Zatkało kakao!! Nie wiedziałam, co powiedzieć jeden z niewielu razy w życiu. Sprytnie sobie pani wykombinowała jak zniechęcić lokatorkę do drążenia dziury w brzuchu.