No to się grubo zdziwiłam…

Posiadam taką straszną cechę charakteru, która często ratuje mi tyłek. Ratuje, bo nikt oprócz mnie nie wierzy, że się uda. Zdarzało się też, że w bardzo krótkim czasie ogarniałam skomplikowany temat. Nigdy też nie zastanawiałam się specjalnie nad konsekwencjami niepowodzenia, bo nawet nie przyjmowałam do siebie myśli, że istnieje choćby najmniejsze prawdopodobieństwo niepowodzenia. Jednak takie podejście może doprowadzić do tego, że zapędzę się w ślepą uliczkę. Tego też raczej nigdy nie brałam pod uwagę.

I teraz właśnie typowo nie ogarnęłam. Wiedziałam, że będę miała 3 tygodnie bez pracy. Mogłam sobie zaplanować wydatki. Zamiast tego strzeliłam w głowie wysoce przybliżoną prognozę i z beztroską stwierdziłam, że będzie ok i, że dam radę. Bo jak nie dam, jak dam? Co prawda spotkał mnie bardzo duży nieprzewidziany wydatek. Tyle, że to nie usprawiedliwienie. Bo to około 45% moich długów. W każdym bądź razie jakbym chciała wszystko spłacić w dniu wypłaty, weszłabym na debet. Bo po co mi np abonament w Orange i mix w Play? Mix mi się kończy niedługo, a abonament w listopadzie. Tak więc nie przedłużę Mixa, aż do grudnia. Wtedy poszukam jakiejś dobrej oferty i będą promocje świąteczne :)

Dlatego zrobiłam sobie zestawienie w Excelu. Obok każdej zaległości napisałam sobie termin spłaty. Wynika z tego, że blisko 50% jest przeterminowane. Opracowałam już plan spłaty i wynikło z niego, że do końca sierpnia pozbędę się długów. Średnio ciekawa perspektywa… Przynajmniej dobrze, że jest jakaś bezbolesna opcja. No i nawet dobrze, że nie mam za bardzo szans na urlop w te wakacje. Bo i tak mam długi do spłacania, a nie namnażanie nowych wydatków. Może gdzieś pojadę, ale teraz wolę skoncentrować się na wyprostowaniu swoich spraw. Inżynierka, nowa praca, spłata należności.

Część pożyczę od chłopaka, część od Taty. No jakby nie było lepsze to niż kredyt. Dzięki temu przesuną mi się trochę terminy spłat i nie będzie odsetek. Oddam im jak tylko dostanę wypłatę. Jak się nie ogarnia, to trzeba potem umieć się przed innymi przyznać do swojego partactwa i wziąć się za naprawianie tego. Z niektórymi nawet postaram się negocjować terminy. W sumie to lepiej być w porządku i powiedzieć komuś, że nie jest się w stanie teraz zapłacić, a dopiero za tydzień. Przynajmniej sytuacja jest jasna i nie wychodzi się na krętacza. Jak nie postawię sytuacji jasno to właściwie stracę twarz. Zachowam się jak głupek niesłowny. A taka nie chcę być.

No i postanowiłam nie generować nowych wydatków. Wyrzuciłam wszystkie katalogi z ciuchami, kosmetykami i innymi bzdurami. Mogę jakoś przeżyć z mniejszą ilością ciuchów. Nie jest mi w sumie to do niczego potrzebne. Mam już tego sporo. Długo tego nie zużyję. Niestety imprezy w najbliższym czasie też odpadają. Przynajmniej będzie więcej czasu na formatowanie inżynierki i naukę do obrony. Do tego nie mogę zapomnieć o wydatkach, które się zbliżają. Małe zmiany w mieszkaniu, ubezpieczenie fury, no i wymiana rozrządu, oleju, pasków, filtrów, czyszczenie i nabicie klimatyzacji, bo obecnie to truje, a nie chłodzi. Nie wspomnę o posprzątaniu auta w środku. Wygląda jak śmietnisko, a nie samochód. I do tego wszystkiego na dokładkę zaatakowały mnie zęby mądrości. To co zobaczyłam na RTG wbiło mnie w ziemię… Niestety ósemek nie usuwają za darmo.

No cóż. Ponarzekałam sobie, ale teraz przynajmniej wiem, że trzeba to wszystko naprawić co popsułam. Takie jest życie, że trzeba ponieść konsekwencje swojej głupoty/braku rozwagi/niegospodarności, itp. itd.. Nie zamierzam się przed nimi uchylać. Może naszkodnikowałam, ale myślę, że zorientowałam się w porę. Zatrzymałam rozpędzającą się spiralę długu i zaplanowałam działania, żeby ją zlikwidować. To jest przecież najważniejsze – obudzić się w porę i zacząć działać. :)

Refleksyjnie o blogu, czyli Inżynier Blondyna publicznie anonimowa

Bloga zaczęłam pisać w styczniu. Pierwsze posty były takim bełkotem, że po przeczytaniu ich na drugi dzień, sama nie wiedziałam ocb. To nie był najlepszy okres dla mnie. Miałam wrażenie, że balansuję na krawędzi przepaści zwanej obłędem. Oczywiście w głównej mierze doprowadzili mnie do tego niektórzy współpracownicy. Cóż. Kto ma miękkie serce, musi mieć twardą dupę. Wtedy chyba miałam miękkie jedno i drugie, co w połączeniu z niezbyt stabilnymi nerwami doprowadziło mnie do dziwnego stanu. No nie miałam już siły mówić wszystkim na około jak tam jest, bo ktoś kto tam nie przebywał to nie wiedział. Do szału doprowadzały mnie teksty typu „wszędzie jest ciężko”. No k***wa wielkie odkrycie. Jakbym nigdzie wcześniej nie pracowała. Oczywiście, że nigdzie nie jest kolorowo. Ale to tak jakbym zaczęła wpierać górnikowi, że wszędzie można stracić zdrowie. No wiadomo, że wszędzie można, tylko w pewnych miejscach prawdopodobieństwo jego utraty jest większe. Czułam się bardzo, ale to bardzo samotna.

I tak pisałam sobie. Początkowo nikt nie odwiedzał mojego bloga. Myślałam sobie, że nic dziwnego, bo co tu ciekawego do czytania. Jednak przelewanie żalu i frustracji na wirtualne kartki pomagało. Czasem, aby coś napisać musiałam zebrać myśli razem. Już samo to dawało nowe spojrzenie. Z czasem zaczęłam czytać swoje posty tak jakbym nie znała sytuacji. I co? Pozwoliło mi to zastanowić się nad swoją sytuacją „na zimno”. Wtedy powoli zaczęłam dochodzić do wniosku, że czas zmienić pracę. Że przecież mam ukończone dwa kierunku studiów. Że stać mnie na coś więcej niż praca całe życie w jednym miejscu, gdzie znakomita większość ludzi odnajduje frajdę w poniżaniu się nawzajem i kablowaniu na siebie.

Pewnego dnia mój post „Nic tylko skoczyć z okna” trafił na główną. I pech chciał, że podobno bardzo zapracowane koleżanki z działu transportu/windykacji/sekretariatu (4-osobowy skład) znalazły czas na czytanie. Pomijając to, że miałam wielką ochotę powiedzieć szefowej co robią jej super zarobione dziewczyny w pracy, wpadłam w panikę. Sama już nie wiem, czego się bałam. W tamtym okresie bałam się wszystkiego, włącznie z wyjściem z domu! Oczywiście wyparłam się tego, że to mój blog. Teraz zrobiłabym inaczej. Napisałabym, że mój. I że co z tego? Że żal dupę ściska, że moje wypociny przypadkiem ktoś z Onetu postanowił pokazać na głównej? Nawet mi powiedziały „my cię nie potępiamy za to”. Jakby mnie to w ogóle cokolwiek obchodziło co one o mnie myślą!

Potem jeszcze kilka innych trafiło na główną. I co śmieszne przejęłam się komentarzami. Szczególnie w poście „Klient nasz pan”. Ludzie jechali po mnie jak po burej suce. A ja głupie dziewczę zmartwiłam się, że może jestem taka podła i straszna, że nawet przez bloga to widać. Naprawdę przeżyłam małe załamanie. Teraz się z tego śmieję. Jak ja mogłam przejąć się tym, że ktoś przelewa na mnie swoje żale wirtualnie i anonimowo.

Ale to nie koniec wyliczanki. Trafił na tego bloga także osobnik nazwany Gollumem. I napisał do mnie długiego jak flaki z olejem maila, w którym chciał sprostować sytuację. Szkoda tylko, że nie rozumiał za co ja jestem na niego zła. Bo nawet do tego nazwał mnie suporexem i typową blond pustą laską. Swoją drogą co on może wiedzieć o kobietach, jak z żadną nigdy nie był? I co we mnie z egoistki, że nie chciałam zauważyć jego „uczuć”. Niezwykłe te uczucia. Najpierw udaje kolegę, potem strzela focha jak trzynastka, bo nie chcę z nim być, a na koniec przeprasza i wyzywa jednocześnie… Ehhh.

Nawet moja Mama raz weszła na bloga przypadkiem. Jak był na głównej. Na szczęście nie przeczytała więcej niż polecony post. Teraz zdaję sobie sprawę, że jeszcze wiele znajomych wejdzie. I może nawet się zorientują, że ja to ja. I co z tego? Przecież mam prawo do swego zdania. Mam też prawo do pisania. Kiedyś bardzo dużo pisałam. Nawet wygrałam kilka konkursów literackich :) No i wróciłam do tego, co sprawia mi przyjemność.

Dzięki temu blogowi uodporniłam się na opinie ludzi, które teraz spływają po mnie jak po kaczce. Zrozumiałam, że nie będę wszystkich wiecznie przepraszać za to, że żyję i mówię co myślę. To moje życie i chcę je przeżyć po swojemu. Nawiązałam też wiele fajnych wirtualnych znajomości, które bardzo mnie cieszą. To są ludzie, z którymi fajnie się dyskutuje, a co najważniejsze otrzymuje szczerą opinię. Jestem szczęśliwsza, gdy piszę bloga, bo w pewnym sensie pozwala mi się on realizować i patrzeć pod innym kątem na swoje życie :)

A ludzie? Wszystkich nigdy się nie zadowoli. Potrzebowałam 26-ciu lat, żeby to zrozumieć. Jak nawinął ktoś mądry „aby być szanowanym przez chore społeczeństwo, musisz być bardziej chory niż oni, uwierz w to” –>

Kolejkowy pies ogrodnika

Cały weekend zdychałam. Albo spałam albo chodziłam w jakimś amoku. Do lekarza nie poszłam, bo nie miałam druku RMUA. Najgorzej jak człowieka dopadnie w weekend i nie ma tego zaświadczenia. Trzeba czekać z chorobą do poniedziałku. Oczywiście można próbować na jakieś oświadczenia, ale z reguły bez tego nie ma co się pokazywać w przychodni. Tak więc cierpliwie czekałam do dzisiaj.

Rano ledwo wstałam. Czułam się okropnie i gdyby nie to, że pracuję od niedawna zostałabym w domu. No ale wiadomo – na początku pracy się nie bierze L4. To takie niemarketingowe. Dopiero się zatrudniła i już chora? Może jestem blondynką, ale wiedziałam, że trzeba się poczłapać i starać nie umrzeć w zakładzie pracy ;) Tak koślawo nie jeździłam nawet na nauce jazdy. Gdy podjechałam na parking wyłączyłam samochód nie zostawiając go ani na biegu, ani na ręcznym. Zaczęłam odjeżdżać do tyłu, a zamiast hamulca naciskałam na sprzęgło! Kolega zapytał mnie potem „co ty odpie***lałaś na tym parkingu?”. Potem okazało się, że mam 38,3 stopni C.

Jak tylko wybiła 15 wystrzeliłam jak z procy do lekarza. Jak na złość wlokłam się 30 minut przez miasto. Gdy wysiadłam pod przychodnią miałam wszystkiego dość. Jednak tliła się we mnie nadzieja, że o tej godzinie nie będzie wielu pacjentów. W jakim wielkim błędzie byłam! Przede mną było około 8 pań w przedziale wiekowym 70+. Powiedziałam grzecznie dzień dobry i zapytałam, kto ostatni. Siadłam i postanowiłam cierpliwie czekać. W końcu czekałam już cały weekend, więc kilka minut mnie nie zbawi. Niestety kolejka ani drgnęła. Żadna Pani Starsza nie wchodziła do gabinetu. Podeszłam pod drzwi i zaczęłam nasłuchiwać. W środku było cicho. Zwróciłam się więc do kolejki:

- Przepraszam, czy ktoś jest w środku?
- Nie.
- To dlaczego żadna z pań nie wejdzie?
- Bo przyjmuje od szesnastej.
- Wcale nie prawda. Od piętnastej.
- Nie, musiałaś się pomylić.
- Ale na drzwiach jest, że od piętnastej…
- Ooo. Dziewczynko naucz się cierpliwości. Za 10 minut będziemy wchodzić.
- Ale czemu nie teraz skoro nikogo w środku nie ma?
- Bo lekarz przyjmuje od szesnastej zawsze.
- Tak, ale są widocznie nowe godziny przyjęć. Można wchodzić.
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo zawsze było inaczej.
- Aha… W takim razie ja wchodzę. Do szesnastej się wyrobię.

I poszłam za ciosem. Nacisnęłam na klamkę i weszłam do środka. Nie byłam z siebie zadowolona, że zastosowałam taki brzydki manewr, ale zaoszczędziłam około 1,5 h agonii w poczekalni. Okazało się, że jestem chora z własnej winy, bo zaniedbałam coroczne leczenie zatok.

Gdy wyszłam z gabinetu poczułam, że trzeba uciekać. Wrzaski oburzenia i dezaprobaty były tak głośne, że mało mi głowa nie pękła. Na nic tłumaczenia, że i tak by siedziały i tak. Na nic to, że naprawdę źle się czułam. Nie podziałał też argument, że jest 15.57, a więc i tak jeszcze będą czekać. Dlatego zastosowałam szybką ewakuację do apteki. No nie rozumiem! Skoro same nie chciały wejść, to czemu były takie złe, że ja weszłam. „Sama nie wejdę, komuś też nie dam!”. Pieski ogrodnika ;)

Kierownik Blondyna

W czwartek miałam ochotę obrazić się na cały świat. A w piątek sytuacja odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni. Po pierwsze stwierdziliśmy, że jednak zostajemy w naszej norce nazywanej mieszkaniem. Po drugie stwierdziłam (z szerokim uśmiechem), że kończę już smarować opis mojej nieszczęsnej inżynierki. Urządzenie też już śmiga po kilku poprawkach wprowadzonych do obliczeń i kodu. Zostało mi już na prawdę niewiele. Promotor powiedział, że pójdzie mi na rękę i zrobi wszystko, żebym broniła się w czerwcu. Bo na razie jestem takim inżynierem, jak Prezydent Kwaśniewski magistrem ;)

Dodatkowo spotkały mnie jeszcze inne niespodzianki. Przed samym końcem dnia w pracy koleżanka odebrała telefon i podała mi słuchawkę. Usłyszałam, że mam się stawić u Szefa Wszystkich Szefów w firmie. Troszkę się zestresowałam, bo na razie pracuję na umowę na okres próbny trzech miesięcy. Wystraszyłam się, że może coś za słabo ogarniam i przed weekendem poczęstują mnie jakimś pasztetem typu „nierobie weź się spręż jeszcze bardziej” albo „te same ruchy dwa razy szybciej”. Generalnie Szefa Wszystkich Szefów się nie boję. W poprzedniej firmie nauczyłam się, żeby się nie bać, bo to do niczego nie prowadzi. Jednak nie wiedziałam o co może chodzić i poszłam trochę niepewna.

Na sam początek usłyszałam sztandarowe hasła o reorganizacji na brygadach, restrukturyzacji firmy i redukcji zatrudnienia. Pomyślałam sobie „człowieku streszczaj się, jak chcesz mnie wylać to mów szybko, bo szkoda, żeby obiad mi wystygł przez wyrzucanie mnie z pracy w tak zawiły sposób”. Ale to co usłyszałam potem sprawiło, że wyszczerzyłam zęby jak na reklamie pasty do zębów. Usłyszałam, że mam awans w kieszeni i będę kierownikiem produkcji!

Rok temu trzymałam się kurczowo swojej pierwszej pracy i bałam się cały czas, że mogę wylecieć za byle co. W końcu na moje miejsce byłoby z dwudziestu chętnych świeżo upieczonych absolwentów. A teraz po dwunastu miesiącach jestem w takim punkcie rozwoju zawodowego, o jakim nie marzyłam, że spotka mnie przed trzydziestką. Nawet nie wierzyłam w to, że studia przydały mi się do czegokolwiek i chciałam sobie robić technikum mechaniczne zaocznie, żeby zdobyć zawód tokarza. A tu proszę. Może jednak studiowanie kierunku technicznego miało jakiś sens? Tak, czy inaczej jestem bardzo, ale to bardzo szczęśliwa.

Z tej radości rozłożyło mnie jakieś okropne choróbsko, bo jestem kompletnie bez sił. Rano ledwo zwlokłam się z łóżka, żeby zabrać Mamę na umówione lody i kawę z okazji Dnia Matki. Potem snułam się trochę po galerii handlowej ciesząc się, że konto mam puste, bo przy tej ilości fajnych bluzek i sukienek mój zakupoholizm na pewno by się rozbrykał. Naszły mnie wtedy takie przemyślenia, że jednak może to prawda, że da się w pracy iść do przodu bez intryg, świństw i donosicielstwa. Starałam się być w porządku i wiele razy tego żałowałam. A teraz spotkała mnie za to nagroda. Tak sobie to tłumaczę, bo nie chcę budować swego szczęścia kosztem innych ludzi.

Takie takie byle jakie!

Często zerkam na nasze kocidło. Siedzi sobie na krześle. Ale żeby było jej wygodnie zawsze na tym, na którym leży jakaś część garderoby. Żeby w zadek było miło. Jak jej się nie chce mieć z nikim do czynienia włazi na szafę lub do swojego domku – kryjówki. Gdy jest najedzona i wyspana omiata wszystko spojrzeniem pt. mam wyjebane. Skutecznie domaga się swego. Jest albo na tyle miła albo na tyle dokuczliwa, by wyżebrać swoje jadło, napaść się i wylegiwać się dalej.

Ach, jak ja bym tak chciała! Mieć taki koci porządek wartości. I żadnych innych pragnień. Żeby mi nie zależało na butach, torebkach, fryzurze i innych podobno nieważnych sprawach. O ile życie byłoby prostsze, gdyby można było żyć tak jak Pani Kicia… I tak sobie marzę, że rano nie wstaję, bo mi się nie chce. Dzwoni telefon z pracy. A ja go PAC! ręką i już nie dzwoni. I śpię dalej. A potem wstaję i mówię „no chamy ruszać się! jestem głodna! raz raz wjeżdżać mi tu ze smakołykami!”. Zupełnie jak nasza kotka.

Ooo! Albo w pracy palnąć w łeb wkurzającego współpracownika i przy okazji podrapać mu pazurami facjatę. Fajnie tak sobie pomarzyć, jednak kotem nie jestem. I na wiele rzeczy nie mogę prychnąć i sobie pójść w drugą stronę. Dziś ścisnęło mi się w dołku. Odebrałam telefon, że musimy się zastanowić, czy chcemy dalej mieszkać w tym naszym mieszkanku. Bo jest chętny. W niecałe dwa miesiące musielibyśmy się wyprowadzić. I oto proszę łubudu wszystko na łeb!

Skoro jest opcja sprzedać ten bubel to czemu nie? Ale z drugiej strony, co wtedy? Ano wtedy należy nabyć inne lokum. I tu zaczynają się schody. GDZIE?? Tak na prawdę obydwoje chcielibyśmy mieszkać w innym mieście. Więc to teoretycznie dobra sytuacja, aby w końcu te marzenie spełnić. A z drugiej strony, dostałam tu pracę, która jest dla mnie ogromną szansą i nie warto szukać teraz byle czego gdzie indziej. Jak tu zostaniemy, to sprzedaż tego mieszkania może okazać się w dłuższej perspektywie bardzo, ale to bardzo problematyczna. Ok. Można sprzedać teraz i mieszkać tu. No tak, ale wtedy trzeba zamienić na inne, a nie warto przecież kupować mieszkania skoro nie chce się tu mieszkać… I tak źle i tak nie dobrze. I nie wiem co zrobić. A najgorsze, że do namysłu mamy tylko kila godzin. Nie mogę się naradzić ze swoim facetem, bo jest w pracy. Podsumowując – rzadzizna. Za dzieciaka to było dobrze!

Let’s go back to the good old days! Kawałek, który przypomina dzieciństwo i dobre czasy –> http://www.youtube.com/watch?v=kFw2RoJ2A4U
i drugi:


Komu udało się wysłuchać obydwu do końca dostanie ode mnie medal ;)

Co za pat

No i oczywiście, jak jest dobrze, to zaraz musi być niedobrze. Przyszedł poniedziałek, a wraz z nim chandra. I to taka, że po wyjściu z pracy nie pojechałam do fryzjerki na reklamację. A po przyjściu do domu położyłam się na łóżku i leżałam przez ponad godzinę. Nawet jakiś czas spałam. W domu nie było obiadu, a podczas mojego snu mój wspaniały mężczyzna zamówił i zjadł sobie pizzę. Nawet na ochłapa mnie nie obudził. Ja już nie wiem, czy wszyscy faceci to tacy egoiści?

Postanowiłam, że nie będę już gotować obiadów dla dwojga. W ogóle nic już nie będę robić, bo… nie. Nie i koniec. Jak np zrobię pranie to wisi do usranego zaśmierdnięcia. Czy to tak trudno zdjąć z suszarki? Albo zrobić obiad, jak się jest w domu? Mi nie trudno. Ale jemu już trudno. Bo robi inżynierkę. Ja też k***wa robię inżynierkę! I pracuję na cały etat. Niestety naiwnie pochwaliłam się w domu, że nie jestem w tej pracy tak zmęczona, jak w poprzedniej. No i co teraz? Jak przychodzę styrana, to słyszę, że „przecież ty tam nic nie robisz, to czym jesteś taka zmęczona?”. No i gadaj sobie do ściany.

W nowej pracy tęsknię jeszcze za starą. Pewnie dlatego, że tam miałam już wszystko obcykane i niewiele mogło mnie zaskoczyć. A tu jestem „ofiarą” przebranżowienia… Nie mogę pracować tak, jakbym chciała. Choć nie spinam się jak tam, bo nauczyłam się, że nie wszystko mogę załatwić własnymi siłami, to jednak nie należę do osób, które lubią zbijać bąki. Ktoś mi nawet powiedział, żebym się cieszyła, bo będę miała jeszcze co robić. Ale siedzieć i mało robić, to też jakoś nie potrafię.

Inżynierka to temat, który sprawia, że w brzuchu mnie piecze i boli. Nawet nie wiedziałam, że po zaczęciu pracy zawodowej, tak ciężko zasiąść do nauki. Poważna praca na cały etat, to nie to samo, co różne dorywcze prace, jakie podejmowałam wcześniej. Od początku prześladuje mnie jakiś pech. Najpierw wzięłam temat od wykładowcy, którego nie dałam rady ogarnąć nawet z jego pomocą. W lutym udało mi się wynegocjować zmianę tematu. A może to było w styczniu? Nie pamiętam dokładnie… No i oczywiście, mam rozgrzebane to i nieskończone. Teraz już nie obwiniam za to nikogo. Nie powinnam była przyjmować pomocy od osoby, która rzadko kiedy robiła coś na czas.

Jakby tego było mało, to z kasą krucho. Pracowałam tylko jeden tydzień kwietnia, więc nie dostałam za wielkiej wypłaty. A wypłata jak to wypłata. Tu trzeba zapłacić ratę. Tam zalać benzynę. Kupić coś do jedzenia. I tak się rozchodzi nie wiadomo gdzie. Nie mam już kasy, a wydatki owszem. Resztkę limitu na karcie kredytowej wydałam na paliwo. Wiem, że do wypłaty mi nie wystarczy. Nie chcę mówić mojemu chłopakowi, że nie mam za co robić zakupów. Nie chcę iść do rodziców i prosić o pomoc. Rozważam wzięcie kredytu. Nienawidzę prosić kogokolwiek o pomoc. Nie potrafię zapytać o pomoc, bo czuję jakbym poniosła porażkę, że czegoś nie udało mi się ogarnąć samej… A w tym temacie czuję, że nie poradzę sobie sama. Dlatego znowu powoli zaczyna się akcja pt. „Boję się otworzyć oczy rano”.

Wszędzie śmierdzi, ale w domu najbardziej…

Jak mówią – wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. W naszym przypadku, to chyba nie koniecznie. Przykładowo dziś wracam z wycieczki na rowerze, podjeżdżam zmęczona pod klatkę i w odległości pięciu metrów czuję smród. W sumie to nie wiem, czemu go poczułam, bo już się do niego przyzwyczaiłam. Ale może nawdychałam się za dużo jodu na morzem i uwrażliwiłam się na to doznanie znowu.

Stare zaniedbane, zagrzybione i obsikane przez koty kamienice nie śmierdzą tak jak klatka w naszym wieżowcu. To jest pomieszanie psujących się w zsypie śmieci z wybijającym szambem i dymem papierosowym. Na prawdę uroczo. Jak wiadomo – czym cieplej, tym bardziej się to nasila.

Jako życiowy naiwniak próbowałam z tym smrodem nawet walczyć. Nie żebym wzięła mopa i przeleciała całą klatkę. To by było bez sensu. W końcu płacę na tyle wysoki czynsz, że sprzątanie też powinno być na wysokim poziomie. I tak raz zaczaiłam się na Panią Sprzątającą. Zaskoczenie moje było wielkie. Spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego, co zobaczyłam. Ładne buciki, leginsy i zwiewna bluzeczka. Włoski ułożone idealnie, a do tego nienaganny makijaż i french na paznokciach. Stała z mopem i rozmawiała przez telefon.

- No oczywiście misiaczku. Jak dziś wieczorem do Ciebie przyjadę, to będzie gorąco… – nagle spostrzegła mnie i postanowiła zakończyć konwersację – Muszę kończyć, bo jakaś tu stoi i się gapi. Pa!

Trochę zbita z tropu przyjrzałam się wyposażeniu do walki z brudem. Mop i wiaderko z szarymi popłuczynami. Jeden płyn w sprayu. Postanowiłam zagadać do niej.

- Dzień dobry pani.
Cisza.
- Przepraszam, chciałabym coś zapytać.
- No co?! Spieszę się. Nie mam czasu na jakieś głupie pogawędki. Mów szybko!
- Nie przypominam sobie, kiedy przeszłyśmy na ty.
- No i co?
- Jajco! Chciałam normalnie zacząć, ale widzę, że z niektórymi się nie da.
- O czym tu gadać? Muszę oblecieć na szybko tą klatkę i spadam.
- Ale oprócz tej jest jeszcze tamta…
- A tamta to sobie poczeka! Następnym razem tam pójdę, bo dziś nie chce mi się.

Zaczęłam się zastanawiać, czy to może nie przypadkiem jakaś lokatorka robi sobie ze mnie jaja. W końcu nie była ubrana jak do sprzątania i nie miała za wiele sprzętu. Tak więc odpuściłam i wycofałam się do domu. Jednak wrodzona ciekawość kazała mi zerkać co 15 sekund przez judasza. No i mało nie padłam, gdy zorientowałam się że faktycznie sprząta u nas. Wystrzeliłam z mieszkania jak pocisk.

- No ale tą wodę, by Pani chociaż zmieniła. Przecież jest brudna, jak nie wiem co.
- Jak ci się coś nie podoba to sobie sama wymyj tą podłogę!
- Co?! Wszystko mi się nie podoba. Ty mi się nie podobasz, twoja brudna woda i przygłupia gadka.
- Zaraz się popłaczę z żalu.
- Co to w ogóle ma być. Zmień tą wodę, bo podłoga jest brudniejsza niż była po tym niby myciu.
- No i gówno mnie to obchodzi. Zmieniam wodę co którąś klatkę, ale ta woda jest dobra. Co ty możesz wiedzieć o sprzątaniu.
- Patrząc co robisz, to na pewno więcej od ciebie.
 
Wzruszyła ramionami. Ja stwierdziłam, że mam dość gadania do ściany. Już chciałam wejść do domu z powrotem, aż nagle spostrzegłam zastosowanie tajemniczego sprayu. Pryskała nim po ścianach, skrzynkach na listy, schodach, poręczach, drzwiach lokatorów (!sic). Do tego wetknęła do ust papierosa i go odpaliła. Nie wytrzymałam i rozdarłam się jak stare prześcieradło.

- A to kurde co?! Co to za fajka w gębie? Weź idź z tym smrodem przed klatkę.
- Co szlugi nie można zajarać? Weź blond wariatko uspokój się, bo mam ochotę cię oblać tą wodą.
- Szkoda gadać z tobą. Idź z tym petem i tym psikadłem.

Nagle psiknęła mi na drzwi. Jakoś tak się zagotowałam, że wyrwałam jej z rąk spray i zrzuciłam ze schodów.

- Co ty wyrabiasz kobieto. Co mi jakimś smrodem tu psikasz?! Czy ja mam napisane na drzwiach „psikaj smrodem”?!
- No psikam, żeby ładnie pachniało. Jak ładnie pachnie, to ludzie myślą, że jest czysto.
- Taaa… a jak idziesz wieczorem do tego swojego misia, to też zamiast mycia psikasz perfumami na majtki, żeby myślał, że pod spodem jest czysto?

Spodziewałam się steku wyzwisk, ale usłyszałam tylko prychnięcie. Po tym zgasiła fajkę w wodzie i orzekła, że z chamami nie będzie gadać i poszła.

Wyszło szydło z worka

Myślałam, że mam spoko kolegę. Kolegę na dobre i na złe. Wierzyłam w czystość jego intencji. Wszystkie gesty uznawałam za bezinteresowne. Za oznaki przyjaźni. Okazały się obłudą. Nawet nie jestem w stanie ocenić sytuacji obiektywnie. Bo niby jak to zrobić? Obiektywnie to mogę stwierdzić, że zrobił mnie w bambuko. Że był jak Gollum, który niby prowadził Froda, a cały czas liczył, że zabierze mu pierścień. I takim kimś na zawsze dla mnie już pozostanie. Fałszywcem, który zastosował najstarszy chwyt świata „na przyjaciela”.

Poznaliśmy się na uczelni. Realizowaliśmy razem nie jeden projekt. I te na zajęcia i inne. Chciał się do nas wprowadzić, mimo okropnej ciasnoty. Myślałam, że liczy na darmowe mieszkanie. A on liczył chyba na to, że podkradnie się bliżej. Pomagał to w tym, to w tamtym. Zawsze mogłam na niego liczyć. Jak ja się cieszyłam, że mam takiego przyjaciela. Jeździł z nami na wakacje. Sam się zaproponował, że pomoże mi w pewnej sprawie, o której nie raz tu pisałam. I niby było wszystko ok. Tylko od kilku miesięcy nie mogłam od niego wyegzekwować obiecanej pomocy. Byłam w coraz czarniejszej dupie. I co? Jajco. Ciągle to przeciągał. Spędzałam u niego dużo czasu. A nic nie poruszało się do przodu. Cały czas pojawiały się jakieś beznadziejne usprawiedliwienia. Gdyby to był mój pracownik, wywaliłabym go na zbity pysk. Modelowy przykład niesłowności, niezaradności, braku motywacji. Jednak z czystej sympatii tolerowałam te głupie wymówki i żałosne przeprosiny.

Dosłownie wszyscy mówili mi „on coś więcej od Ciebie chce, specjalnie tak to wszystko przeciąga, żeby spędzać czas z tobą”. Śmiałam się z tego. Miałam ubaw po pachy! Byłam pewna, że uważa mnie za koleżankę, tak jak ja jego za kolegę. Dla mnie kolega to istota aseksualna, w której po prostu nie da się zakochać. Dla niego tak nie było. Przyczaił się i uśpił moją czujność. Nigdy nie potraktowałam go inaczej niż jakiegokolwiek kolegę. A mimo to w swojej głowie uroił sobie, że niby coś z tego będzie. Że jestem nieszczęśliwa za swoim facetem. Że do niego kiedyś odejdę? Te częstowanie herbatką, ciasteczkami i innymi pierdołami! Jak ja mogłam być taka naiwna i odbierać to jako przejaw dobrego wychowania?

No i pewnego dnia strzelił mi to swoje wyznanie. Zbiło mnie z nóg. Pomyślałam sobie „Ale super. Jak mogłeś być tak fałszywy i tyle lat udawać kolegę?!”. Tego samego dnia siadł i mnie objął. Długo walczyłam ze sobą, żeby nie sprzedać mu prawego prostego. Co on sobie myślał. Nienawidzę, gdy jakikolwiek mężczyzna dotyka mnie bez powodu. Obejmować mnie, czy cokolwiek innego może tylko mój facet. Niby co on sobie wyobrażał włażąc bezczelnie w moją prywatną strefę. Przecież tak się nie robi. A potem nie chciał ze mną jechać do nas. Bo tam niby nic nie zrobimy. Pomyślałam sobie „ciekawe co ty chcesz robić ty, ty… ty Gollumie!”.

W tej chwili wiedziałam, że już nigdy do niego nie pójdę. Że już nigdy nie będę chciała z nim zostać sama. Że gadać nawet nie chce mi się z nim, bo zrobił mnie w klasycznego wała. No i w końcu dowiedział się co myślę na ten temat… Potem zapytałam się co z zakończeniem tego projektu, bo mam już serdecznie dość tego przeciągania. I jak mi odpowiedział? Że niczego innego nie ma tak bardzo w dupie, jak tego. I że sra na to. Pokazał tym samym, jakim jest „przyjacielem”. Ja za takich przyjaciół dziękuję.

Teraz już wiem, że przeciąganie tego projektu było tylko po to, żeby uzależnić mnie od siebie i trzymać w szachu. Bawił się kosztem tego, że jestem w potrzebie. A pełno osób wokół mówiło mi „olej to z nim, on cię robi w wała, chce tylko z tobą spędzać czas, nigdy ci tego nie skończy”. No i mieli rację. A on kim jest? Że oszukiwał tak mnie i mojego chłopaka? Nie znał zasady, że do dziewczyny kumpla się nie zarywa? Nie miał nawet na tyle klasy, żeby bez spiny dokończyć ten projekt. Dokończył doprowadzając mnie do szału. Byłam zawiedziona jak mało kto.

No cóż Gollumie. To chyba już koniec naszej podróży. Nie lubię fałszu i obłudy. W relacjach międzyludzkich stawiam na szczerość. Ty budujesz swoje zamki z kłamstwa. Nasza znajomość zaczęła się bardzo fajnie. I bardzo Cię lubiłam. Wierzyłam w każde Twoje słowo. Na szczęście pokazałeś swoje prawdziwe oblicze. Okazałeś się wyrachowany.

 Podobno mężczyznę poznaje się po tym nie jak zaczyna, ale jak kończy. Po stylu w jakim zakończyłeś tę znajomość nie mogę powiedzieć o Tobie wiele dobrego.

Co się ze mną dzieje?

W poprzedniej pracy czasem musiałam robić kilka rzeczy na raz. W zasadzie cały czas tak robiłam. Lubiłam mieć zaczęte dwa projekty. W międzyczasie wpuszczać zlecenie do produkcji. Wysyłać jednego maila. Czytać drugiego, dzwonić do klienta i szukać na necie numeru do kogoś jeszcze. I radziłam sobie. Właściwie od dziecka tak miałam. Często oglądałam kreskówkę w tv, coś rysowałam i gadałam z babcią albo koleżankę. Zależy kto był w pobliżu.

Później to samo. Na wykładach robiłam notatki, jednocześnie rozwiązując krzyżówkę i pisząc smsy. Jakoś nigdy nic nie potrafiło mnie to zająć tak intensywnie, abym nie szukała dodatkowego zajęcia. W pracach sezonowych też musiałam realizować po kilka zamówień, a najlepiej robić coś jeszcze w tym czasie. Niby normalne. A ostatnio przybrało na sile. Robiąc inżynierkę mam np. otwarte kilka pdf-ów, różne stronki, włączoną muzykę i nie wiadomo co jeszcze. I tak skaczę z jednego na drugie. Nie umiem się skupić na niczym dłużej niż 5 min.

Męczy mnie to strasznie. Wcale nie jest łatwo tak zacząć milion rzeczy, robić je naraz i do tego jeszcze wszystkie dobrze. Czuję się strasznie dziwnie z tym, że nie mogę robić jednej rzeczy na raz. Jak ja bym tak chciała… Mam wrażenie, że wszystko poszłoby mi kilka razy szybciej. Ale dam radę przestać tak robić. No dobra, bądźmy realni – ograniczę się do tematów na raz ;)

Już za parę dni wznawiam jogę, pilates, zumbę, gimnastykę na kręgosłup i aerobik. Może się wyciszę :)

Lepiej być facetem?

Nie wiem, ile to już razy pytałam się sama siebie, dlaczego jestem dziewczyną, a nie kolesiem. Tak sobie analizuję, że faceci mają lepiej. O wiele lepiej. Nie mają okresu, i nie muszą się zastanawiać, czy to przypadkiem nie dziś? O idę na naradę do prezesa, a jak mi się zacznie w trakcie i potem wyjdę z piękną plamą na spodniach? Albo, jak zaskoczy mnie na basenie? Przecież nie wykręcę się tym, że myślałam, że TO ma być dopiero za dwa dni.

O! A może jeszcze takie coś. Szlag trafia weekendowe plany, bo brzuch boli tak strasznie, że nie można ruszyć ani ręką ani nogą. A jak jest normalny dzień, to i tak trzeba iść do pracy. I cały dzień pracować tak samo jak zawsze, mimo że ledwo stoi się na nogach. Kiedyś czytałam artykuł, że ból brzucha w tym czasie facet może łatwo odczuć. Pójść do kolegi i powiedzieć mu, że spał z jego kobietą. A potem czekać na kopa w krocze i… rozkoszować się tym wspaniałym uczuciem. Ja miewam je regularnie od kilku lat! I mili panowie wyobraźcie sobie, że to nie mija po 10 minutach. To trwa pół dnia. Co wy na to? Dlatego zawsze jak słyszę faceta, który sypie frazesami, że baby udają, to mam ochotę mu pomóc w zrozumieniu tematu ;)

To samo jest z butami. Faceci zawsze mają wygodne obuwie. I nie muszą mieć dopasowanych do torebki albo jakiejś części swojej garderoby. A czy w ogóle którykolwiek z mężczyzn zastanawiał, jak ciężko to wszystko zgrać i połączyć. Albo rano, kiedy do łazienki idzie się na oślep w zasadzie śpiąc dobrać ładnie bluzkę, marynarkę, getry i baletki? A potem jeszcze nie ufajdolić się kawą, keczupem i pastą do zębów? A najgorzej to już jest jak się długo nie robi prania. Wczoraj np. wszystkie skarpetki kabaretki miałam już w koszu z brudami. Wzięłam więc ostatnie jakie były (mega paskudne) i co? Podchodzi do mnie co chwilę ktoś i częstuje mnie „O, siema blondyna! Ukradłaś dziadkowi skarpetki?”. „Nie, widziałam takie na blogu Kasi Tusk, więc zadaję modowego szyku na hali produkcyjnej, wiesz?” I śmiejemy się razem.

A czy kochani koledzy znacie problem owłosienia? To jest bardzo poważna sprawa! Zaczyna się na nogach, a kończy na głowie. Wyobraźcie sobie tę udrękę golenia nóg, pach, itd. No, bo przecież nie można sobie pozwolić na wiosenną spódniczkę i nogi wyglądające jak para kaktusów. Samo pozbycie się zbędnego owłosienia, to nie koniec tematu! Pojawia się problem tego na głowie. Trzeba rano coś zrobić z włosami, czesać, układać, rozplątywać kołtuny, który porobiły się przez noc. Ujarzmić grzywkę…

Z jedzeniem też bywa różnie. Uwielbiam chipsy, kebaby, pizzę, hot dogi ze stacji, piwo, energy drinki. I muszę sobie LIMITOWAĆ te przyjemności. A ostatnio to już szczególnie, bo nie mieszczę się w swoje spodnie. Wyobraźcie sobie, że przez kilka wieczorów z rzędu zasiądziecie do kompa pograć w swoją ulubioną grę, dzierżąc z wyposażenie w artefakty mocy – pizzę i piwo. A potem nagle z przerażeniem odkrywacie, że ostatnie spodnie na półce „skurczyły się w praniu”. Dopinacie guzik na siłę, modląc się w cichości ducha, aby naprężenia na szwach nie osiągnęły wartości krytycznych. Dla kamuflażu wylewającego się sadła zakładacie pasek z dużą klamrą i tunikę (gatunek pośredni między sukienką, a bluzką). A potem pod koniec dnia pracy ktoś wyskakuje z tekstem „Blondyna co się tak krzywisz, jak siadasz? Starość cię dogania?” „Hahaha” Śmiejecie się razem, a w głowie błagacie zegar, aby nieco przyspieszył i zrobił już 15-tą, żeby iść do domu walnąć w kąt te cholerne spodnie i założyć dres, który pozwoli wnętrznościom na dojście do siebie po kilkugodzinnej kompresji.

O męskich podwładnych, którzy nieustannie nie chcą wykonywać poleceń jakiejś blond baby, nie wypowiem się dziś, bo mi się nie chce :P Także, cieszcie się, że jesteście facetami, bo nie dość, że nie macie tylu problemów, to nikt wam w trakcie wywodu na dowolny temat nie palnie nagle „Ale pan ma ładne nogi” i nie wywoła tym salwy śmiechu wszystkich innych samców na sali, powodując, że wywody można sobie wetknąć tam, gdzie słońce nie zagląda! W ogóle macie lepiej, łatwiej, prościej. I co tu dużo gadać? To niesprawiedliwe, a ja wam zazdroszczę! Bardzo.

Mówiłeś mi…

Urządzone przez życie przedstawienie pt. „Mówiłeś mi…” przytoczone z perspektywy głównej bohaterki.

Aktorzy:

Inżynier Blondyna. Nieufna. Z porysowanym życiorysem. Z paranoiczną psychiką. Posiada mordercze skłonności ukryte pod ładnie ułożoną fryzurą i bluzą z Garfieldem. Gdy ktoś ośmieli się ją dotknąć albo wtrącić w jej życie prywatne, bez wyraźnego zaproszenia, roztrzepuje fryzurę, ściąga bluzę, wyciąga narzędzia zabijania. Lubuje się w broni białej, nie stroni od snajperki.

Ktoś. Pojawił się w życiu Inżynier Blondyny. Pomógł schować broń. Pomógł uwierzyć, że można zaufać. Są parą. Inżynier Blondyna umieściła go w kategorii „moja druga połowa”.

Ktoś Inny. Zawsze przychodzi z pomocą Inżynier Blondynie. O ile nie poniesie go melanż. Inżynier Blondyna trzyma go w szufladce pt. „Kolega na dobre i złe”.

Epizod 1. Miłość – faza zakochanie.
Mówiłeś mi, że to bajka.
Mówiłeś mi, że to najlepsza bajka na świecie.
Mówiłeś mi, że…
mogę Ci zaufać,
żebyśmy rozmawiali,
bo mogę powiedzieć Ci wszystko.
Że jesteś moim przyjacielem.
Pięknie się tego słuchało. A jeszcze piękniej uwierzyło.

Ktoś, kiedyś powiedział mi, żebym zburzyła murek, którym otoczyłam siebie. Że staram się być wredną suką, że udaję najwredniejszą dziewczynę, jaką można spotkać. A w głębi duszy jestem normalną, dobrą laską, którą ktoś bardzo skrzywdził. Że nie warto tak się bronić przed uczuciami.

Uwierzyłam. Cegiełka po cegiełce rozbierałam murek… Otworzyłam się na to wszystko. Na miłość. Na uczucia. Na słowa. Na czyny. Na konsekwencje tego wszystkiego. Poczułam wiatr we włosach. Słońce świeciło mi na twarz, a deszcz zawsze padał, gdzie indziej. Świat stał się piękny i kolorowy.

Nie wierzę w małżeństwa. Nie wierzę, że gdy ludzie na prawdę się kochają potrzebny jest papier na to. Ktoś, kiedyś zaczął mi opowiadać, jakie to ważne. Jakie potrzebne. Jak wiele zmienia. Jaką daje gwarancję. Gwarancję na miłość. Gwarancję na zaufanie. Na szczęście… Ktoś kiedyś pytał, czy zmienię zdanie na ten temat. Przez tego Kogoś zaczęłam się nad tym zastanawiać. Nawet kiedyś na to pytanie temu Komuś odpowiedziałam.

Epizod 2. Przyjaźń – stan kilkuletnie zaawansowanie. Wątpliwości – pojawienie się. Naruszenie prywatności – narodziny wściekłości u bohaterki.
Ktoś Inny wypluł z siebie kilka słów za dużo. Poszedł w swojej rozkmince za daleko. Nie było w tym mojej winy. Nigdy nie dałam temu komuś podstaw do takiego myślenia. A tym bardziej działania słownego, a już w zupełności obejmowania! Wejście w strefę prywatności sprawiło, że pojawiła złość na tego Innego Kogoś. I frustracja, poczucie bycia oszukanym przez tego Kogoś Innego. Wściekłość na te niepotrzebne gesty i słowa. Próby osądzenia mojego życia z Moim Kimś… Włażenia w to z butami… I największe rozczarowanie. Nagłe poczucie nutki fałszu w tej przyjaźni. Podtekstu w miłych gestach.

Paranoja śpiewa. Śpiewa na kilka głosów. Całym chórem. Wrzeszczą, że to było udawane koleżeństwo. Że byłam naiwna wierząc w czystość intencji. Cichy głosik piszczy, że może to wyolbrzymiam. To po co były te gesty? Wyrosły jak grzyby po deszczu. A tym deszczem było moje jedno mruknięcie niezadowolenia… I teraz tak się zastanawiam -  to była przyjaźń na niby? Taka droga do innego celu? Robienie mnie w bambuko? Nie wiem, czy będę umiała zaufać. Ten Inny Ktoś roztrzaskał poczucie przyjaźni. Jednym małym kamykiem. Kamyk ten pochodzi ze skały o nazwie „jak cię pierwszy raz zobaczyłem”… Dzięki. Trzeba było to zachować dla siebie. Nie będę mogła już z Tobą rozmawiać tak, jak kiedyś.

Epizod 3. Kulminacja syfu. Próba zwierzenia się ostatniej zaufanej osobie – Komuś, zakończona wyraźnym nieporozumieniem.
I nagle niebo zasnuło się chmurami. Zerwał się wiatr. Zagrzmiało. Krótko i głośno. Zaczął lać rzęsisty deszcz. Prosto w twarz. Po jakimś czasie deszcz zmienił się w grad. Zimny i boleśnie tłukący po głowie. I tak stoję w środku tej zawieruchy. Sama. Zmarznięta…
~~~~~~~~~~~
Migawki z filmu o Agacie Mróz. Urywki scen… TO była miłość. Prawdziwe uczucie… Obchodzi mnie bokiem? Omija? Czy dobrze czuję, że mnie to nie spotka?
~~~~~~~~~~~
Gdybyś ostatnio nie powiedział tego. Gdybyś nie powiedział tego drugi raz… Nie czułabym się tak. Nie myślałabym, że jestem samotna. Nie byłabym przekonana, że to dobrze ze zostawiłam cegły z rozbiórki, worek zaprawy murarskiej i narzędzi. Nie zastanawiałabym się, czy nie oddać narzędzi do konserwacji. Nie rozpatrywałabym też, czy nie nawiązać kontaktu z dostawcą stali, żeby zrobić zbrojenia. Nie szukałabym w katalogach technologii budowy bunkrów i schronów atomowych…

Epilog. Dedykowany wszystkim.
„Tak to jest, tak to się dzieje -ślina na język przynosi Ci wiele.
Czasami pod wpływem, czasami od tak
i niszczysz to, coś tworzył od tylu lat…”

http://www.youtube.com/watch?v=9qZV9W3tASY

Rodzinny marketing

Miniony weekend był wspaniały. Po pierwsze długo trwał. Po drugie był pełen wrażeń. Po trzecie zakończył się tajemniczą rozmową telefoniczną. Co robiłam? Długo by wymieniać. Pisałam inżynierkę – jestem bliżej końca niż dalej. Byłam na wycieczce rowerowej w Czaplinku. Jestem na prawdę zdziwiona, że niedaleko od domu są takie fajne miejsca. Piękne leśne krajobrazy, czysta woda, fajny kemping. Wcześniej dałabym sobie rękę uciąć, że takie rzeczy tylko na Mazurach. Byliśmy pierwszymi obozującymi pod namiotem w tym roku. Tak przynajmniej mówił właściciel… Niestety wycieczka była tylko dwudniowa.

Niewątpliwym hitem weekendu były moje rozmowy z pewną Szacowną Matroną. Dodam, że jest to rodzicielka jednego z moich kolegów i wzbudza niekłamany popłoch i zgrozę. Sprawia, że każdy kto do niego przyjdzie, następnym razem będzie zakradał się po cichu. A jeśli nie uda mu się ta sztuka, dowie się prawdy o sobie w dwóch wariantach. Albo jest narkomanem, albo degeneratem. Jednak ja póki co mam status osoby, która zasługuje na porcje prawd życiowych. I tak też było ostatnio.

- Ooo. Dzień dobry Pani Inżynier.
- Dzień dobry.
- A ja to pani coś powiem ważnego.
- Zamieniam się w słuch.
- Nie warto się zakochiwać. Tak, tak! Niech się pani nie zakochuje. Ja się zakochałam i co? Zmarnowałam sobie życie. Faceci są beznadziejni. Oni nie mają wcale myślenia technicznego. Ani jakiegokolwiek!
- Nie no chyba nie jest aż tak tragicznie.
- A jest! Ja to mam tu doświadczenie. Po co mi ten mąż? I te dzieci? No i co ja z tego mam? Życie zmarnowane. A mogłam sobie za komuny ułożyć. Zająć kierownicze stanowisko. A tak tu co? Faceci tylko niszczą kobiety. To pasożyty! Nie warto się zakochiwać. Niech się pani nie żeni. Ani nie zakochuje. Albo znajdzie jakiegoś bogatego co się zakocha i udaje, że też się zakochała. Ja pani mówię. Na nich nie można liczyć. Albo ten o tu mój syn. Koleguje się pani z takim nic nie wartym nierobem. A on nawet butów nie umie porządnie zawiązać. Może się zna na elektronice trochę… A nie w sumie to się chyba nie zna!
- Tak, pani na pewno go lepiej zna niż ja. Tymczasem ja już muszę iść…
- Ale niech pani dobrze zapamięta! To obibok. Jak każdy facet! Małżeństwa powinny być zakazane…

Hmm… wysłuchałam. I było mi głupio tego słuchać. Kolega jest jaki jest. Czasem podniesienie ciśnienie, jak każdy. Często można na niego liczyć. Ale czemu Szacowna Matrona tak go oczernia. Jakbym dobrze nie znała, to bym stwierdziła, że faktycznie nie ma co się z nim kolegować i uciekłabym w popłochu, że jeszcze mnie zarazi swym nieróbstwem.

W ten sam dzień Szacowna Matrona i Kolega pokłócili się. Tak się pokłócili, że Kolega uciekł, gdzie pieprz rośnie nie dając rodzince znaku życia. Na mój gust z żalu poniósł go melanż ;) Przez dwa dni próbowała się do niego dodzwonić. Jego brat także. On pozostał jednak nieugięty i nie odbierał. Tak więc w końcu macki Szacownej Matrony (o dziwo zmartwionej losem „obiboka”) trafiły na mój numer telefonu.

- Dobry wieczór!
- Dobry wieczór.
- Tu mama tego nieudacznika. Ja go szukam, bo znikł. Jego tata się o niego martwi. Gdzie on jest pani nie wie?
- Nie mam pojęcia. Ostatni raz widziałam go w piątek.
- No tak co za człowiek. Znikł gdzieś i go nie ma. A pani nie wie, gdzie on poszedł? A tak w ogóle co pani robiła w weekend?
- Yyy… No nie wiem, nie mówił mi, a ja nie pytałam co planuje.
- No dobrze, a co pani robiła w weekend?
- Pisałam część opisową pracy dyplomowej.
- Na pewno pani go nie widziała?
- Na pewno. Na sto procent.
- A nie była pani na dyskotece?
- Nie! UCZYŁAM SIĘ!
- A to dobrze. No Pani to się przynajmniej uczy. A on ten gamoń. Nie uczy się. Nie wiadomo co robi. No niech pani go znajdzie.
- Dobrze mogę wysłać sms…
- No niech Pani coś zrobi bo jak on się nie znajdzie to zadzwonię na policję!
- Aha. Poszukam. Proszę się nie martwić.
- No widzi pani. Z tymi facetami to tylko problemy. Same gamonie i debile. Nienawidzę ich! I nie cierpię! Nawet ten mój syn. No tragedia. Ja nie wiem czemu pani się w ogóle z nim zadaje. No to niech pani szuka. Dobranoc!
- Dobranoc!

Ja rozumiem, że Szacowna Matrona nienawidzi mężczyzn. Ale żeby od razu swojego syna? Może nie powinnam się śmiać, ale rozbawiła mnie tym wywodem prawie do łez. Ciekawa rozmowa na zakończenie weekendu. Ja z tej okazji utopiłam smutki w jednym mohito. A jutro do pracy rodacy!
 

Narzędziowy specjalista

Mniej więcej od października (czyli momentu, kiedy wprowadziliśmy się wieżowca) nieustannie remontujemy (po niedoróbkach) i urządzamy mieszkanie. Mamy ślimacze tempo prac, więc idzie nam słabo. Powiedziałabym, że raczej nie idzie. Tak czy inaczej praktycznie co tydzień jesteśmy w markecie budowlanym. Kupujemy farby, narzędzia. Z reguły nie kupujemy narzędzi z najwyższej półki. Można powiedzieć, że w skali od zera do dziesięciu można im dać dwa albo trzy.

Kilka razy trafiły nam się marki TP (celowo podaję skrót nazwy). Zawsze się psuły. A to śrubokręt po kilku minutach się wypaczył albo w takerze połamała się rączka. Przy n-tej reklamacji w dziale obsługi klienta uprzejmy i szczery sprzedawca powiedział nam podniosłym tonem:

- Tych narzędzi to się nie kupuje nawet dzieciom na komunię.
- Dlaczego?
- Bo to padlina jakich mało. Ja tam nie powinienem tego mówić, ale takiego szajsu to nawet Chińczycy by się powstydzili.
- Ale to mówi pan, że wszystkie tej firmy psu na budę?
- Dokładnie. Niech państwo kupią coś złotówkę droższego, a się nie rozsypie przy próbie użycia.
- Dobrze. Dziękujemy bardzo.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Jak klient zadowolony to wróci. A z narzędziami TP ciężko, żeby był zadowolony.

Po tamtej rozmowie zaczęliśmy kupować inne narzędzia. Zaczęłam też dokładniej się im przypatrywać, z czego są wykonane. Przykładowo stop, z którego są wykonane przypomina bardziej nikiel niż stal narzędziową. W tym przypadku doskonale sprawdziła się teoria pozornej oszczędności :)

Kilka dni temu (przed majówką) postanowiliśmy kupić szczypce boczne, żeby przyciąć linki w rowerze. Swoją drogą zdziwiło mnie to, że tak dużo ludzi planuje jakieś prace w długi weekend. Spodziewaliśmy się raczej kolejki w spożywczym. Był z nami jeszcze jeden kolega. Staliśmy w alejce z obcęgami, kluczami, itp. i prowadziliśmy luźną rozmowę o niczym. Nagle w oko wpadły mi narzędzia TP. Powiedziałam do kolegi:

- Ej słuchaj, tych TP to ty nigdy nie bierz, bo to wyroby jednorazowego użytku.

Nagle jak spod ziemi wyrósł jegomość w hawajskich spodenkach, czerwonej twarzy, wysoki na dwa metry, obrośnięty górą mięśni (w sumie to bezkarkowiec) i wrzasnął tak, że wszyscy podskoczyliśmy:
- Żeby się wypowiadać o czymś to trzeba tego używać!
Po czym otaksował mnie tak zabójczym (a zarazem pogardliwym) spojrzeniem, że nie odważyłam się na ciętą ripostę. Odwrócił się na pięcie z gracją człowieka, który przyswoił kilka piw i odszedł dzierżąc dumnie skrzyneczkę (komplet) kluczy firmy TP.

Pomyślałam sobie, że raczej nie zarabia tymi narzędziami na życie, bo z takim złomem to na bank nie zarobiłby na grube łańcuchy którymi był obwieszony. I tak oto po raz kolejny trafiłam na wszystkowiedzącego eksperta w danej dziedzinie. Gdy w drodze do kasy mijaliśmy go obdarzył mnie prychnięciem „baba”. A tu akurat baba wiedziała z pierwszego źródła, że te narzędzia do niczego się nie nadają. A hawajski pan na pewno się o bylejakości produktów firmy TP.

W tym miejscu chciałabym pozdrowić wszystkich równie nerwowych co ten pan. Czasem gdy słyszymy krytykę czegoś ze sklepowego asortymentu warto zapytać krytykującego z czego ona wynika. A nie od razu krzyczeć, prychać. Przecież czasem nawet przysłowiowa baba może coś wiedzieć.

Życzę wszystkim udanych wiosennych remontów!

Euro paranoja

Stoję na stacji benzynowej i czekam na fakturę. W tym czasie kasjer obsługuje inne osoby. Rozglądam się na około i wszędzie widzę gadżety na Euro. Specjalna edycja czekolady, energy drink też w wydaniu limitowanym, pastylki odświeżające oddech. Można by tak długo wymieniać. A że jest majówka i wszyscy jadą gdzieś z dziećmi, to i te dzieci stoją w kolejce. A dzieci, jak to dzieci rozglądają się po stacji jeszcze czujniej i dokładniej niż ja. Ich bystre oczka potrafią wypatrzeć wszędzie coś, co koniecznie muszą mieć. I tak co chwilę:

- Mamoooo!! Kup mi czekoladę!
- Ale mamy w samochodzie, to dostaniesz jak wsiądziemy.
- Ale mamoooo!! Ta jest specjalna, taka na Euro… Ja chcę taką.
- Synku ona jest taka sama tylko ma inne opakowanie…
- Nie eee! Jadłem u Krzyśka i smakuje lepiej niż ta co my mamy! No mamooo, proszę!!

I tak cały czas. Jedne rodzicielki uginały się pod presją, inne nie. Niektórzy dorośli nawet sami padali ofiarą Euro-manii i kupowali specjal edition odświeżaczy do samochodów albo drobiazgów w postaci np. breloczków z figurkami Sławka i Slavko (mam nadzieję, że nie pokręciłam imion naszych maskotek). Jednak pewna pani chyba całkowicie zatraciła się w szale nadchodzących mistrzostw, bo brała prawie wszystko z logiem Mistrzostw. Gdy miała wziąć napój, wzięła ten limitowany. Gdy miałam wziąć gumy do żucia – to samo. Sprzedawca widząc jak kobieta jest łasa na takie rzeczy zagaił do niej:

- A może ma pani ochotę na specjalne Euro hot-dogi?
- Tak? A jakie to? Są tu gdzieś?
- Oczywiście. Specjalnie dla pani mogę zrobić. Specjalne biało-czerwone barwy. No i smak bardzo dobry.
- A to w takim razie poproszę.
- Już robię. Ma pani szczęście bo to naprawdę limitowana edycja. Ich nie będzie długo i nie na każdej stacji.
- No to fajnie mi się trafiło.

To co nastąpiło potem strasznie mnie rozbawiło. Przedsiębiorczy sprzedawca złapał za bułkę, do środka nalał majonez i ketchup, wetknął parówkę i podał zdziwionej kobiecie.

- Bardzo proszę! Specjalny biało-czerwony hot-dog dla Pani!
- Eeee… A jak?
- Miła Pani! Sosy biały – majonez, czerwony – ketchup!
- Aaa! To już rozumiem. A ja głupia myślałam o biało-czerwonej bułce.

Wgryzła się namiętnie w bułkę i parówkę.

- Mmmm… Dobre są! Do widzenia.

Wychodząc ze stacji patrzyłam dokładnie i nigdzie nie zauważyłam plakatu o nowych hot-dogach… Ciekawe ile jeszcze osób nabrało się i kupiło różne pseudo specjalne euro edycje jakichś produktów. Biznes się kręci – dla gospodarki to dobrze. A czy dla portfeli naiwnych? Tego nie wiem. Ja z takich „okazji” nie korzystam.

A Wy? Czy wpadliście już w piłkoszał? :)