Mistrzowie miejskiego grillowania

Nareszcie w północnej Polsce zawitała ładna pogoda. Zamiast chmur i deszczu błękitne, słoneczne niebo. Zamiast wiatru urywającego głowę delikatne podmuchy. Nawet u nas w mieście, w którym zawsze wieje. A do tego wszystkiego jeszcze jeden (najlepszy!) bonus – DŁUGI WEEKEND. W takich warunkach nie da się wysiedzieć w domu. Kanapa wręcz gryzie w pośladki, żeby na niej nie siedzieć. A telewizor mówi – idź na dwór, rusz zadek z chałupy leniu śmierdzący!

No ale gdzież ja mam się wybrać? Nie za bardzo wiem, bo z tytułu bezrobocia zasoby portfela zeszczuplały i skurczyły się tak bardzo, że aby je dostrzec, trzeba patrzeć przez mikroskop. W takim razie, jak na łono natury się nie da, to co ma do zaoferowania piękne po PRL-wskie blokowisko? Nie uwierzycie jaka to ciężka misja! Na ławkę nie, bo mohery czujnie zerkają przez okna, żeby stłamsić w zarodku wszelkie przejawy dobrej zabawy. W parku też nie można, bo mandat. Dlatego też ambitnie przetestowaliśmy osiedlowe miejscówki i już za drugim razem trafiliśmy na najlepszą opcję.

Opcja numer 1 na torach. To jest misja dla odważnych. Trzeba najpierw spakować cały ekwipunek i wyruszyć na najbliższe tory, jak wskazuje nazwa miejscówki. Potem trzeba szukać lokalizacji, na której można rozstawić się z grillem i resztą tobołów, w postaci kiełbasy, karkówki i najważniejszego – piwa. Ogólnie na torach jest dość ciężko. Można paść ofiarą donosu kogoś życzliwego do SOK-u. Przejeżdżająca policja też może zechcieć podwyższyć sobie statystyki taką mało ryzykowną interwencją. A na dodatek co chwilę przejeżdża pociąg. Z jednej strony podmuch jaki wytwarza, pomaga rozpalić grill. A z drugiej amatorom chlania na umór może utrudnić realizowanie swojej życiowej pasji. Wszystko trzeba robić na stojąco, bo jest raczej mało miejsca. Jedzenie smakuje tak samo dobrze jak w lesie, czy nad jeziorem. A do tego zdziwienie przechodniów – bezcenne. Reasumując – polecane na szybką akcję – wbijamy na miejscówkę, rozpalamy, jemy, pijemy i zawijamy na ławkę albo gdzieś indziej.

Opcja numer 2 – zrobione w latach 70-tych boisko do nogi, na którym nikt już nie gra. Same plusy. Blisko, dosłownie przed blokiem, a więc zawsze można skoczyć do lodówki po zimne piwo. Dodatkowo sokiści nie będą ścigać z mandatem. Policja też się nie przysapie, bo nie ma tabliczki z zakazem. Nawet nie ma wszechobecnych psich kup, bo to jeden z nielicznych terenów zielonych na osiedlu, gdzie czworonogi nie rozrzucają swojego nawozu. Jest miejsce żeby rozłożyć koc i się położyć – do wyboru, do koloru. Nie wspomnę już o tęsknym spojrzeniu każdego, kto przechodzi albo przejeżdża i czuje woń szaszłyków i karkówki. Kolejna atrakcja jest taka, że nie trzeba siedzieć koc przy kocu, tak jakby to było nad jeziorem. Nikt nie zagląda w talerz ;)

W zasadzie to poczułam, że przechytrzyliśmy wszystkich tym ruchem grillowym. Ci co nie pojechali z niedowierzaniem zerkali z okna wieżowca. Ci co gdzieś pojechali musieli walczyć o miejsce do zaparkowania samochodu i skrawek miejsca, żeby usiąść. A my nie musieliśmy walczyć o nic. Nawet słyszeliśmy, że „uskuteczniamy pełen relaks”. Też tak uważam. Dla chcącego nic trudnego. I niech mi nikt nie mówi, że w mieście nie ma jak spędzać wolnego czasu, a o grillu to można tylko pomarzyć. Jedni marzyli, a my wcieliliśmy to w życie.

P.S. Weekend majowy uważam za otwarty :)

Chcę być ofiarą przemocy seksualnej?

Za każdym razem, gdy czytam o kolejnym gwałcie zalewa mnie krew. Normalnie robię się wściekła. Nie chodzi mi w tym miejscu o samo zdarzenie, a o podejście części społeczeństwa do tego faktu. Durne komentarze i wytłumaczenia, które sprawiają, że zaczynam myśleć, że aby uniknąć molestowania, bądź czegoś jeszcze gorszego pod żadnym pozorem nie należy dopuścić do jakichkolwiek kontaktów z płcią przeciwną, bo jakbyśmy się nie ubrały i zachowywały to zawsze będzie, że „się prosiłyśmy” i że „ewidentnie nas swędziało”. Hmm…

Właśnie pod jednym z ostatnio przeczytanych artykułów widziałam komentarze, które rozsierdziły mnie bardziej niż sam opis okoliczności gwałtu. To co niektórzy ludzie piszą (a wychodzę z założenia, że wyrażają swoje poglądy szczerze) prowadzi do tego, że zaczyna się bronić oprawców. Ofiary stają się winne. One przecież tego chciały. Prosiły się o to. Każdym gestem, każdym ruchem, spojrzeniem niemo krzyczały „zgwałć mnie!”. Tak więc przytoczę „argumenty” wyczytane z komentarzy pod artykułami, które świadczą o tym, że ja także pragnę być ofiarą przemocy seksualnej.

1. „Sama tego chciała – mogła się nie uśmiechać do niego”. W takim razie wychodzi na to, że nie warto być sympatyczną w rozmowie i ogólnym obyciu, bo ktoś zarzuci nam mizdrzenie się. Aby uniknąć przykrych konsekwencji złej interpretacji – nie uśmiechajmy się. Bądźmy nachmurzonymi zołzami, które wiecznie krzywią się jak pałąk w wiadrze ;) No a do tego zamiast odpowiedzieć normalnym tonem za każdym razem odburknijmy coś. O ile coś mnie nie wyprowadzi z równowagi, jestem człowiekiem z wyszczerzoną w uśmiechu paszczęką. Z tego wynika, że chcę seksu cały czas i od każdego.

2. „Ubierała się jakby chciała kogoś poderwać, to w końcu nie wytrzymał”. Myślałam, że normalny facet popatrzy i będzie umiał się powstrzymać. Jednak widać, że ten co się nie powstrzymuje jest normalny. Najgorsze jest to, że nie wiadomo jak zdefiniować to co jest dla kogoś wyzywające. Nie wiadomo, czy jak wyjdę z domu w poplamionym swetrze to nie będzie dla kogoś sygnałem „bierz mnie!”… Czasem zakładam spódnicę albo sukienkę. Spodnie też noszę dopasowane, nie unikam leginsów. Prosty wniosek – strasznie mi się chce.

3. „Po co ona tam szła? Ma za swoje”. TAM, czyli na imprezę, do znajomych na domówkę, na film, nad jezioro, do sklepu, na ognisko, itp.. Bo przecież to może zdarzyć się dosłownie wszędzie. Może nawet w zsypie na śmieci? A ja głupia chodzę do pracy, na uczelnię, do pubu, na imprezy, do sklepu i nie wiadomo gdzie jeszcze. Ależ ja jestem napalona skoro wracam wieczorami do domu!

4. „Mogła nie pić. Jak była pijana, to tak jakby tego nie było”. No tak. Kupując piwo w sklepie daję znak sygnał „bierz mnie na ostro w najbliższych krzakach”. A jak w pubie, czy na imprezie, to już całkiem mnie pogrąża.

Szczerze, to więcej nie mam ochoty cytować. Jednak co jest w niektórych takiego, że szukają winy w ofierze? Że nie potrafią współczuć? Czytając tego typu wypowiedzi mam wrażenie, że są tacy, którzy w swej radości z cudzych nieszczęść potrafią zapędzić się tak daleko, że cieszą się nawet z tego. Najgorzej, gdy czytam taką wypowiedź ze strony kobiety. Przecież idąc tym tokiem rozumowania powinnyśmy wszystkie żyć tak jak Afganki. Chodzić w burkach, zawsze z męską eskortą i pod żadnym pozorem nie rozmawiać z mężczyznami. No chyba, że tymi z rodziny.

Skąd się bierze takie społeczne przyzwolenie na usprawiedliwienie zachowań nienormalnych? Bo nikt mi nie wkręci, że nie odstaje od normy gwałcenie kobiety, tylko dlatego że miała spódnicę (już nie ważne czy długą, czy krótką)? Mnie się wydaje, że NORMALNY facet nie dopuści się czegoś takiego. Nie zrobi także kobiecie krzywdy, dlatego że była atrakcyjna, bądź fajnie ubrana. Przecież to dla każdego znaczy co innego. I w końcu jak uchronić się przed atakiem unikając różnych sytuacji, a nawet ubrań? Ja nie wiem, bo może przecież się znaleźć ktoś, kogo kręcą bluzy z kapturem…

I co wtedy?

To jednak nie depresja, ani nerwica – retrospekcja.

Hmmm… Dziś refleksyjnie, a także retrospekcyjnie (taki przymiotnik nie istnieje, ale co mi tam – uskutecznię słowotwórstwo). Jeszcze półtora miesiąca temu bałam się rano otworzyć oczy. Trzy razy dziennie jadłam tabletki uspokajające. Nie wiedziałam co mnie w pracy spotka. Dałam się stłamsić. Nie reagowałam na krzyki, przytyki i zwalanie na mnie pracy i winy za rzeczy, które nie były moimi obowiązkami.

Zaczęło się we wrześniu. Miałam jeden projekt, który nie wyszedł dobrze przez zaniedbanie ze strony zamawiającego. Sprawa ciągnęła się bardzo długo i kosztowała mnie wiele nerwów. Z pracy przychodziłam podminowana i z reguły kończyło się na tym, że piłam wino. W normalnej firmie powiedziane byłoby, że klient nie doczytał oferty, więc jego strata. Możemy mu pomóc, ale w granicach rozsądku. Tu niestety było tak, że klient ma zawsze racje, a wina jest po mojej stronie, bo nie zgadłam, że klient o czymś myślał. Cóż, w natłoku obowiązków w pracy często nie ma czasu na zgadywanie co klient chce. Tym bardziej, jeżeli nie jest się handlowcem i nie zna się technik wyciągania z klienta wiadomości… Tak czy siak, po tym zleceniu dostałam baty, że zysk był mały (ponad 15%) na zleceniu, mimo że średnia innych to było była niższa. Uzasadnieniem było to „że ty masz zawsze takie duże zyski na swoich zleceniach”…

Potem było tylko gorzej. Coraz więcej tematów do ogarnięcia i coraz więcej obowiązków sprawiało, że czasem popełniałam błędy. W pewnym momencie tak się zapędziłam, że zapomniałam o całym świecie i żyłam tylko pracą. Całkiem przestało mi zależeć na wszystkim. Nie dbałam o siebie. Przestałam podejmować jakąkolwiek aktywność fizyczną. Jadłam byle co (najczęściej zupki chińskie, hotdogi ze stacji paliw i słodycze na przemian z chipsami). Żeby zasnąć musiałam wypić dwa piwa. Cóż, jestem młoda i niedoświadczona, więc dałam się traktować jak śmiecia. A w domu ryk w poduszkę. Ok rozumiem, szef szefem, to krzyczy, wyzywa. I bywa mocno niemiły. W końcu to jego folwark. Ale nie rozumiem, czemu każdy każdego chciał zgnoić. To już nie ważne. Już tam nie pracuję. Pracuję gdzie indziej.

JESTEM NOWYM CZŁOWIEKIEM. A w zasadzie starym, tym sprzed jesieni i zimy.

Cztery tygodnie od zakończenia pracy tam, a ja nie mam już codziennych wymiotów. Nie zwijam się po nocach z bólu żołądka. Nie jem garściami tabletek uspokajających i na problemy żołądkowe. Nie kręci mi się w głowie. Nie jestem już wiecznie wściekła. Nie krzyczę na swojego chłopaka. Nie trzęsę się na dźwięk dzwonka telefonu. Nie płaczę po kilka razy w ciągu dnia. Nie ściska mnie w żołądku na dźwięk budzika. Nie pulsuje mi tępy ból z przodu głowy, a serce nie tłucze się w klatce piersiowej. Nie mam stanów lękowych w niedzielę po południu na myśl o poniedziałku.

Raz byłam u lekarza w sprawie tychże objawów. Orzekł mi depresję połączoną z nerwicą. I zalecił poradnię leczenia tego typu schorzeń. Do tego zalecił jakieś mocne leki na sen i uspokojenie. Było to po tym jak podjęłam decyzję, że odchodzę. Dlatego stwierdziłam, że nie muszę się leczyć. Że wystarczy tylko zlikwidować ten bodziec, który sprawia że nie mam ochoty żyć.

Pierwszy tydzień po odejściu właściwie przespałam. Wstawałam o 7 i szłam spać o 19. Robiłam tylko obiady i nigdzie nie chodziłam. W zasadzie nie czułam takiej potrzeby i bałam się nawet gdzieś wyjść. Teraz tak nie jest. Z chęcią wychodzę na dwór i cieszę się, że idę do nowej pracy. Że mogę coś robić i rozwijać się. Po długim weekendzie wybieram się na zaniedbany fitness i jogę. Zamierzam znowu mieścić się w swoje spodnie. Bo teraz w nie nie wchodzę. Chcę się ogarnąć  i cieszyć się życiem jak rok temu.

I teraz wiem, że pewien demotywator o treści „Depresja.  Zanim ją u siebie zdiagnozujesz sprawdź, czy nie jesteś otoczony przez chamów i prostaków.” to prawda. Nie jestem ideałem. Bywam wredna, złośliwa, niemiła, jędzowata. Ale wiem, że od niektórych ludzi mogłabym się tylko uczyć takich paskudnych zachowań. I widzę to po sobie, że gdy już z nimi nie przebywam jestem o wiele spokojniejsza i szczęśliwsza.

Tak. Okazałam się mięczakiem. Chciałam być kulturalna i fair. Za to zostałam zgnojona przez pewnych cwaniaczków. Nie postawiłam się i nie zagrywałam tak jak oni. Mam za swoje. Nie byłam wystarczająco twarda i podła… Ale to materiał na inną opowieść ;)

Sąsiad zaskoczył mnie uczciwością

Coraz częściej pomstuję sobie pod nosem, że „świat schodzi na psy”. I nawet czasem myślę sobie, że coś takiego jak uczciwość umiera śmiercią naturalną. Bo w kombinacji ludzkich cech uczciwość to gen recesywny, który zawsze przegrywa z cwaniactwem, kombinatorstwem i pazernością. Co dzień widzę przykłady wymierania osobników uczciwych. Są dni kiedy się zastanawiałam, czy samej nie zostać taką mendą bez serca, sumienia i przyzwoitości. Byłoby mi na pewno łatwiej piąć się po szczebelkach zawodowej drabinki sukcesu. Ale niestety (albo i stety) jestem raczej frajerką, która nie umie robić ludzi w wała. W pracy nie stosuję podwójnych zagrywek. Mówię co myślę i nie kłamię. Nie niszczę, ani nie fałszuję dokumentacji, która jest na moją niekorzyść.

Jedyny mój przejaw nieuczciwości to stosowanie zasady „znalezione – niekradzione”. Tkwi we mnie poczucie, że jak coś znalazłam, to widocznie tak miało być i mi się należało od losu. Może to głupie, ale z drugiej strony swoich rzeczy trzeba pilnować. Jeśli oczywiście idę za kimś ulicą i wypadnie mu portfel, to oddam go właścicielowi. Ale np jak znajdę telefon to trzymam go kilka dni i czekam, aż zadzwoni. Jak nie dzwoni, to uznaję, że komuś na nim nie zależy i traktuję znalezisko jako swoją własność.

I ostatnio padłam ofiarą swoich przekonań. Oczywiście zaspałam na uczelnię, więc biegłam w popłochu z reklamówką pełną złomu (który nosi dumne miano półproduktu do mojej inżynierki), torbą pełną książek i kartek z nabazgrolonymi „obliczeniami”. Na klatce coś mi stuknęło o podłogę, ale nie zwróciłam na to większej uwagi. Dopiero na uczelni ogarnęła mnie dzika trwoga, że nie ma mojego ukochanego Szajsunga… Ani w torbie. Ani w samochodzie. Ani w kurtce… ani, ani! Włos zjeżył mi się na karku. Smsy ze znajomymi i chłopakiem w telefonie. Książka telefoniczna z numerami służbowymi i prywatnymi. Skrzynka pocztowa i fejsik w telefonie. PADAKA! Normalnie żena po calaku, jakby wpadło w niepowołane łapska.

Ale powiedziałam sobie „trudno, nie pilnowałam swego, to mam karę”. Pogodziłam się z myślą, że jestem w plecy. Wracam zła do domu. Włączam kompa, żeby zablokować konta i poszukać czegoś na Alledrogo, a tu stuk-puk w drzwi. Patrzę (a raczej PACZĘ) przez judasza, a tam jakiś mężczyzna. Byłam pewna, że sprzedaje jajka albo inne owoce wsi polskiej, a tu ciężki szok!

- Witam niedosłyszącą sąsiadkę!
- Yyyy… Witam…
- Hahaha… Dzisiaj rano krzyczałem za tobą, ale biegłaś jak poparzona.
- No tak biegłam na uczelnię, ale zaspałam i nic nie załatwiłam.
- A czegoś przypadkiem nie zgubiłaś?
- No widzę, że sąsiad-jasnowidz. Faktycznie zgubiłam dziś telefon, ale nie wiem gdzie.

Nagle wyciągnął zza pleców mojego Szajsunga.

- Oooo! A to sąsiadka poznaje?
- No poznaaaaje, poznaje :D
- Proszę bardzo. Oddaję zgubę.
- O łał (tu rozdziawiłam paszczę jak konający karp wigilijny)
- No co łał? Jeszcze są ludzie uczciwi na świecie. Bardzo proszę wziąć nim się rozmyślę.
- A to dziękuję bardzo! Normalnie nie spodziewałam się, że go jeszcze zobaczę! Ja bym czekała, aż właściciel zadzwonił.
- E tam. Ja mam lepszego HTC. Dlatego oddaję. Do widzenia.
- Do widzenia.

Przyznam, że od tego czasu minęło parę dni, a ja nie mogę wyjść z podziwu takiego uczciwego sąsiada :)

Baba do garów, a nie do samochodu…

Siedzę sobie grzecznie na uczelni w hali samochodowej i czekam na wykładowcę. Jako kobieta jestem w pomieszczeniu jedyna. Reszta to jacyś kolesie z Wydziału Mechanicznego. Do moich uszu docierają żarciki i uwagi męskiej części sali. Że ciekawe po co tu przyszłam. Że pewnie jestem z europeistyki i nie umiałam trafić na wf. Że pewnie szukam męża. Co jeden to lepszy :D Słuch mam dobry, a z każdym komentarzem się wyostrza. Tak więc podsłuchując dowiedziałam się, że:
1. Kobieta nigdy nie ogarnie prowadzenia samochodu, a co dopiero zrozumieć o czym tu się rozmawia.
2. Kobieta będzie pewna, że laski popychaczy to takie dziewczęta, które puszczają się z każdym (ta teza na pewno poparta jest badaniami empirycznymi autora).
3. Kobiety powinny studiować pranie, gotowanie, malowanie się, a nie kierunki techniczne.
4. Kobiecy mózg jest tak skonstruowany, że po prostu nie przyswoi budowy samochodu.
5. Kobiety na studiach technicznych to pewnie transwestyci.

W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam ze śmiechem, że wszystko słyszałam. Zapadła cisza, a potem rozmowa zeszła na wczorajszą imprezę. Gdy przyszedł wykładowca pogadałam sobie z nim o swojej inżynierce. Uporządkował mi nieco spis treści i wyjaśnił jak się takie dzieło pisze :)
W trakcie rozmowy wyszło, że coś tam wiem. Że nawet można ze mną porozmawiać o układach wtryskowych w silnikach. To było za dużo dla męskiej części widowni:

- Ej, ona coś wie…
- Nooo, du*a i wie coś więcej o samochodzie niż to, że jeździ.
- A o tym przepływomierzu to nawet ja nie wiedziałem, że…
- Eeee, bo ty widać nic nie wiesz! Jak nawet blondynka to wie, to znaczy że to żadna wiedza, tylko oczywistość!
- A mi to się zdaje, że to mi się śni i dalej śpię po imprezie, bo laski takich rzeczy po prostu nie wiedzą! I tyle.
- Panowie!! Wy liczcie te charakterystyki, a nie tu coś komentujecie!

Hmmm. Nie muszę chyba komentować. Jednak kobieta w pewnych zawodach nie jest mile widziana. Fakt, uwarunkowania fizyczne sprawiają, że w zawodach wymagających „pary w łapie” nie będziemy równie dobre jak faceci. Ale dyskryminacja ze względu na płeć i stereotypy nie powinna mieć miejsca. To, że dziewczyna to dziewczyna, nie znaczy wcale, że w głowie ma pusto i niczego nie zrozumie. A to, że mam blond włosy nie znaczy, że nie wiem, co się dzieje pod maską mojego samochodu. Kiedyś takie płytkie oceny mnie w pewien sposób dotykały. Teraz mam je gdzieś – szkoda mi bardziej ludzi, którzy je wygłaszają, bo świadczą o nich.

Drodzy Panowie!! Zanim ocenicie jakąś kobietę tylko na podstawie płci, wyglądu i koloru włosów, pomyślcie chwilę…

Pozdrowienia dla chłopaków, których spotkałam dziś na BPS-sie ;)

Układ zasilania silnika ZI i Sobotnia Psychoza

Cały dzień spędziłam na rozkminianiu sekretów zasilania silników z zapłonem iskrowym. Niestety nie znalazłam (ani w literaturze, ani w necie) dokładnego wyjaśnienia różnicy pomiędzy przepływomierzem klapkowym powietrza przy przepustnicy, a czujnikiem położenia przepustnicy.  Muszę nad tym jeszcze podumać i poszperać…

Ale dobra dobra, przejdę do meritum. Około godziny dwudziestej drugiej straciłam jakiekolwiek zainteresowanie tematem silników. Wszystko poplątało mi się w głowie na tyle, że postanowiłam dokonać piwnej filtracji przyswojonych wiadomości. Do tego Killer w tv :) Wieczór upływał całkiem sympatycznie, humor polepszył mi się wystarczająco, żeby śmiać się ze wszystkiego. Z kota, z mojego chłopaka, z sąsiada śpiewającego na karaoke „Kolorowe Jarmarki” i „Tylko we Lwowie”.

Jako że w pewnej chwili zostałam jedynym telewidzem w mieszkaniu zaciekle przypatrywałam się serwowanej przez TVN papce pt. WALENTYNKI. Film z fabułą tak przewidywalną, że aż nudną. Jednak postanowiłam być twarda i oglądałam. Generalnie typowa holiłódzka historyjka. Największy szkolny gamoń i pośmiewisko zostaje na balu bardzo brzydko potraktowany przez najładniejsze dziewczyny i ich kolegów. Po latach właśnie w Walentynki (zadziwiające hehehe)  zaczyna się mścić. Morduje jedną po drugiej, mimo ich urody. No i postronnym też się obrywa. Trup ściele się coraz gęściej. W końcu straciłam rachubę, ale o dwunastej w nocy, w ciemnościach i ciszy taka głupota wywiera na mnie wrażenie. I nawet się wczułam. Z napięciem obserwowałam niezdarne poczynania policjanta prowadzącego śledztwo i pięknych pań, na które psychol polował. Nawet najtwardszym zdarzają się chwile słabości telewizyjnej.

W przerwie na reklamę poszłam się myć. Szoruję zęby a tu nagle słyszę, że ktoś w rury skrobie. Skrobie i skrobie bez opamiętania. Myślę sobie „Co za dziwny typ, że tak w środku nocy jakimś druciakiem szoruje rury?”. Zapukałam w obiekt skrobania. Chwila ciszy. „No i dobrze” zatriumfowałam. I nagle znowu. Ze zdwojoną mocą. To ja pukam też dwa razy mocniej. Przerwa w szorowaniu i ni z tego ni z owego odezwał się męski głos „Jeszcze raz pukniesz w te rury to przyjdę tam na dół i cię zabiję! Wiem gdzie mieszkasz!”. W mordę jeża! Tego się nie spodziewałam. Pod wpływem atmosfery cichutko dokończyłam wieczorną toaletę i wyszłam z łazienki. Na wszelki wypadek postanowiłam podzielić się łazienkową przygodą ze swoim mężczyzną. Usiłowałam go obudzić, ale moje wywody skwitował jakimś dźwiękonaśladowczym bełkotem. Czyli spał. A ja dalej się bałam.  depresja 

Dodam jeszcze tylko, że gdy poszłam do toalety, bo nie mogłam wytrzymać, Skrobacz dalej pracował. Wyobraźnia podpowiadziała mi, że kogoś zabił i ściera krew z kafelek i rur łazienkowych… Nagle słyszę „Sikaj ciszej, bo zabiję! Zejdę na dół! Daleko nie mam!”. No i co ja mam Wam powiedzieć? Że do końca filmu byłam już spanikowana i zasypiając myślałam o tajemniczym psychopacie. Dziś rano, gdy słońce świeci, ptaszki śpiewają, a ludzie łażą po klatce chce mi się z tego śmiać. Pewnie ktoś miał niezły ubaw. A ja bałam się kichnąć we własnym mieszkaniu.

 czacha Ot taka skromna Sobotnia Psychoza!  czacha 

Ach jak fajnie być niesłownym i nieodpowiedzialnym!

Właśnie się cieszyłam, że inżynierka idzie do przodu. Jutro miałam iść robić pomiary na uczelni. A tu co? Jajco. Dzwoni do mnie kolega, który pomaga mi z częścią elektroniczną tego urządzenia.

- Cześć.
- Cześć.
- Ja dziś będę wolny ok. 19. I mogłabyś po mnie podjechać w miejsce, które ci podam? No i musisz liczyć około półtorej godziny, bo muszę to skończyć…
- Ale wczoraj mówiłeś, że dziś będziesz miał skończone.
- No ale nie mam, bo musiałem wieczorem wyjść na browar i tak się zaje***em, że nie dałem rady.
- Aha… A wcześniej nie możesz?
- No nie, bo teraz jestem z kumplami na melanżu.
- Mhm. To czemu sam zaproponowałeś, że mi pomożesz, skoro teraz jestem w czarnej dupie. Mogłam poprosić kogo innego i mieć to już dawno zrobione.
- No, ale ja tak dużo tak wielu osobom obiecałem, że nie wiem już jak to zrobić wszystko…
- Okej, okej…
- No to siedź w domu i czekaj na mój telefon.

No super. A ja mu jeszcze powiedziałam, że zapłacę. A on mnie tu cały czas zwodzi. Nic nie zapłacę.
I dziś nie pojadę. Jutro rano pojadę. Szok. Po co sam się zaproponował, jak teraz wodzi mnie za nos… No cóż, nie raz udowodnił, że jest niesłowny i nieodpowiedzialny, a ja jak zawsze uwierzyłam, że tym razem będzie inaczej. Ale ze mnie łatwowierne dziewczę…

A na domiar wszystkiego włączam Onet, a tu na mnie PACZY na mnie pani Rita Rusic (lat 51). No cóż w tym przypadku ewidentnie to ja wyglądam na 51, a ona na 2 razy młodszą ode mnie…

 

Ale jako że postanowiłam to wziąć za znak od opatrzności, że pora wziąć się za siebie, nie będę się dołować, tylko się za siebie wezmę :) Zadanie mam ułatwione, bo wreszcie zawiesiliśmy lustro w przedpokoju. Wcześniej widziałam się tylko w łazienkowym mini lusterku…

A na nieodpowiedzialnego kolegę już zaplanowana zemsta. A co!

W odmętach szaleństwa

Szaleństwo to niemożność przekazania swoich myśli. P. Coelho

Normalny, zwykły dzień. Wszystko jak zwykle, nic nie zapowiada tego co ma nadejść. Wstaję, biorę prysznic, jem śniadanie, myję zęby. Zakładam buty i kurtkę. Wychodzę z domu. Wszystko pozornie ok. Ale czuję się tak, jakby ktoś za mną stał. Zawsze jak się obrócę, to i tak jest za mną. Czuję zimno na karku, tam gdzie to coś siedzi. Dlatego zawsze jest z tyłu. Nie świeci słońce, ale mnie razi. Zakładam okulary przeciwsłoneczne. Wsiadam do samochodu. Kolejna blond kretynka w okularkach, gdy nie ma słońca. Docieram do celu, wysiadam. Idę w kierunku sklepu. Widzę swoje odbicie w witrynie. Kurwa. Nie podoba mi się, więc je opluwam. Wchodzę do super samu osiedlowego, robię zakupy dla dziadka i staję w kolejce. Czy musi być tyle tych ludzi? Czy ta stara baba musi tak wszystko spowalniać? Wszyscy drepczą w kolejce niedopici albo skacowani. W końcu ktoś wybucha „Ruszaj się stara prukwo, bo się spieszę!”. Na szczęście to nie ja. Nareszcie moja kolej. Podchodzę do kasy i płacę. Odwracam się do wyjścia. „Cześć. Ślicznie wyglądasz.”. Nie znam typa. Kleję buraka, nie odpowiadam i wychodzę szybko. Idę do dziadka. Mam dość smrodu na klatce i tego, że kleją mi się baletki do podłogi, a muchy obsiadają twarz. Potem kolejne zakupy. Tłok. Udaje mi się zdobyć ostatni koszyk. Stoisko z warzywami. Wszyscy się kręcą w kółko. Półka z sosem sojowym zastawiona przez łysego karka. „Przepraszam, potrzebny mi ten sos sojowy, zaraz za tobą.”. „Sos sojowy w święta? Przesunę się jak dasz mi swój numer.”. „Nie mam telefonu.” Kurwa. Czy oni się uwzięli? Czy ja już jebię taką patolą, że mnie nikt normalny nie zaczepi? Tylko albo skacowany albo skoksowany dres. Dobra, ch** z tym. Koszmar. Idę przez sklep całe wieki. Omijam pozostawione wózki z zakupami, płaczące dzieci. W końcu staję w kolejce. Czemu jest wyłączona klimatyzacja? Nie zniosę tego dłużej. No ale muszę stać, bo mnie rodzicielka prześwięci, jak jej tego całego shitu wielkanocnego nie przytaszczę. Duchota narasta z każdą chwilą. Czuję się jakby ktoś mnie w gorset wcisnął i zaciskał mocniej i mocniej. W końcu płacę. Wybiegam wręcz ze sklepu. Wsiadam do auta i łamię przepisy, aby tylko już zakończyć tę wyprawę. Wchodzę do domu. Odkurzanie. Mycie podłogi. Mycie okien. Mycie szafek w środku. Robienie żurku. „Wymyśl jak zrobić kaczkę, masz takie fajne pomysły”. Najlepiej wypieprzyć przez okno – myślę sobie. Z każdą chwilą jest gorzej. Onet muli. Zaczynam się gotować. „Nie jedz tego ciasta, bo robisz się gruba”. Jestem już na skraju wytrzymałości. „To po chuj je stawiasz mi pod nos?!” „Nie przeklinaj chociaż w święta. Zawsze byłaś trudnym dzieckiem”. Taa… Wieczorna rozmowa na skype z chłopakiem. Co słowo gorzej. Wkurw straszny. Słowa nieprzemyślane i obraźliwe. Oskarżenia. Oczywiście z mojej strony. Przekonanie, że mnie już nie kocha. Zaczyna kiełkować nienawiść. Przytyki, chamskie uwagi, docinki. Wszystko tak, aby zerwał. Tak bardzo siebie nienawidzę. Tak bardzo boję się pokazać pozytywne uczucia. Tak bardzo pokręciło mi się w tej głowie. Chcę ukarać siebie. Chcę, żeby mnie znienawidził tak, jak ja nienawidzę siebie. Wściekłość. Mam ochotę wziąć nóż i wbijać sobie w nogi ręce. Nie, kurwa nie jestem emo! Jestem kobietą wychowaną na tv, satelicie, internecie, kolorowych gazetach i czasopismach. Nie mam cycków w rozmiarze D. Nie mam płaskiego brzucha. Nie mam wielkich oczu. Nie mam wydatnych ust. Nie jestem wysoka. I za to siebie nienawidzę. Nie umiem powiedzieć komuś kogo kocham czego pragnę, co czuję. Chcę, aby zgadł. Jestem na tyle emocjonalnie upośledzona, że o sprawach ważnych umiem komunikować się tylko słowem pisanym. I za to też siebie nienawidzę. Podobno jestem zajebiście inteligentna. I podobno jestem ładna, mimo że nie jestem taka jak lalka barbie. Nie jestem doskonała. Za to siebie nienawidzę! Mam ochotę się zabić. A raczej torturować. Zedrzeć sobie skórę papierem ściernym. Ale on dalej ze mną rozmawia. Mówi mi, żebym poszła spać i nie myślała już o tym. Że nie jest tak czarno jak mówię. Że wszystko jest ok, że to tylko samoocena jest chujowa. Reszta jest super. Zaczynam płakać. Nie jestem przyzwyczajona, aby ktoś tolerował to zachowanie. Dlaczego nie pozwolił się odtrącić? I wyję. Czarny makijaż oczu spływa. Płaczę i piję zimnego lecha. I z każdą łzą czuję się lepiej. Pojawiają się wyrzuty sumienia. Czy muszę katować innych, bo nie lubię siebie? Czy muszę karać siebie za to że nie wyglądam jak Megan Fox w wersji blond? Czy nie mogę normalnie rozmawiać o uczuciach? Czy nie mogę zaakceptować siebie? Czy muszę być dla siebie najgorszym katem? A może ja powinnam już dawno siedzieć w psychiatryku?
 
 

Stary, co mi się ostatnio śniło

Podobno sny są lustrem, w którym odbija się nasza podświadomość. Idąc za tą teorią, zaczynam się powoli obawiać swojej podświadomości, bo ptaszki, łączki i zajączki to zdecydowanie nie moja senna bajka… Mam za sobą długi okres kiedy śniły mi się sytuacje z pracy i ich możliwe następstwa. To nic fajnego, kiedy jest się zestresowanym w dzień, a do tego w nocy znowu to samo, tylko jeszcze bardziej zawiłe i pokrętne.

A teraz (odkąd rzuciłam tę robotę) ciągle coś mi się śni. I to nie związanego z życiem zawodowym :) Mój prywatny zbiór snów zaczyna się rozkręcać, jednak ulubiony (uciekam przed Terminatorem po osiedlu), jeszcze mi się nie przyśnił. Mimo wszystko dzisiejszy okazał się zajebisty na tyle, że jak się obudziłam było mi szkoda.

„Wstałam rano jak zawsze, wzięłam prysznic, zrobiłam sobie kanapki i wyszłam z domu. Na klatce spotkałam sąsiada, który był dziwnie szary na twarzy i bełkotał coś nieskładnie. Pomyślałam sobie, że pewnie miał ciężki weekendowy melanż. Wsiadłam do samochodu, aby pojechać do pracy. Po chwili zauważyłam dość gwałtowny wzrost liczby wypadków samochodowych. Właściwie co skrzyżowanie to taka kolizja, że trzeba było przejeżdżać po chodnikach, trawnikach, itp. Czym dalej w kierunku centrum tym gorzej. Ludzie błąkający się w tę i z powrotem bez sensu. I nagle doznałam olśnienia, że zaczyna się epidemia zombi i to są ostatnie chwile, kiedy mogę zrobić cokolwiek, żeby przetrwać ten kataklizm, który zaraz nastąpi. Ponieważ byłam ekspertem w tej dziedzinie (przyswojone za dzieciaka wszystkie części Żywych Trupów, Resident Evil, etc.) bez chwili zastanowienia poczyniłam kroki, aby przeżyć (czyt. ukradłam duży samochód terenowy z napędem na obydwie osie, zapas jedzenia i broni automatycznej dużego kalibru, żeby nie mieć problemu z celnością). Potem jeździłam dość długo zbierając ludzi, którzy jakimś cudem przeżyli. Jako specjalistka w dziedzinie życia w nowym świecie szybko zostałam przywódcą niedużej grupy ocalałych. Znaleźliśmy miejsce (duży dom na zadupiu), które przerobiliśmy na bunkier. I tak toczyło się nasze życie. Za dnia wyprawy po jedzenie i nadawanie komunikatów przez radio, aby zebrać ocalałych. Z czasem okazało się, że zombiaki ewoluują i zaczynają okazywać szczątkową inteligencję. Musieliśmy zacząć kombinować – pułapki wokół domu, zmiany warty na dachu. Udało nam się nawiązać kontakt z jakimś obozem ocalałych na Alasce i zaczęliśmy się przygotowywać powoli do wyprawy na cztery auta (było nas 18 osób). Niestety pewnego dnia zaczęło szybciej się ściemniać z powodu chmur, których nikt z nas się nie spodziewał z powodu bezlitośnie palącego słońca i braku choćby najmniejszych obłoczków na niebie. Wracając na łeb na szyję do bazy, nie zdążyliśmy zamknąć pierwszej bariery, jaką były kraty ze stali. No cóż, gdybyśmy to zrobili zostalibyśmy pogryzieni, a to wiadomo z czym się wiąże. Jedynym wyjściem, było podpalenie wejścia i włączenie syreny alarmowej. Rozpoczęła się szybka ewakuacja – liczyliśmy się z tym, że taki dzień jak ten w końcu nadejdzie. Zbiegaliśmy z rzeczami do podziemnego garażu i upychaliśmy je na samochody wg. przygotowanego wcześniej planu. Dom powoli stawał w płomieniach paląc „żywcem” grupę zombiaków, która usiłowała przedrzeć się do środka…”

 
I zadzwonił BUDZIK, fakin szit!

Tak, czy siak taki sen to dla mnie zawsze oznaka, że przede mną wypasiony dzień. I tak było dziś. Podpisałam nową umowę o pracę, spotkałam na uczelni wykładowcę, który jest ekspertem w dziedzinie motoryzacji i obiecał mi pomóc w mojej inżynierce. Udało mi się nawet zrobić zakupy nim zaczął się przedświąteczny tłok. Podsumowując – jakby Wam się śniły zombiaki, wyczekujcie pasma małych i dużych sukcesów po wyjściu z łożka :)

Promowaniu Gwiazdorów z Sosnowca mówię NIE!

Przechodzę koło stoiska z gazetami – zerka na mnie Mama Madzi. Włączam telewizor – Rutkowski i banda dziennikarzy krzyczą do mnie o Mamie Madzi. Chcę się pośmiać z Rozmów w Toku (jakie cycki lepsze silikony, czy naturalne?), a tu beczy Mama Madzi, a Tata Madzi ją obejmuje, żeby z tej rozpaczy nie zemdlała przypadkiem. Włączam neta i co godzinę wiem, co robiła Mama Madzi.

I tak się zastanawiam – na ch*j mi ten kaktus? Co mnie obchodzą ich nowe fryzury, kolejne domy i hotele, które zamieszkują, co na Śląsku zwiedzają? Na prawdę dobrze, że nad morze nie przyjechali, bo może jeszcze w drodze na uczelnie bym ich spotkała. Odnoszę wrażenie, że zamiast chodzić do pracy i uczyć się, lepiej sobie zrobić dziecko, a potem pozbyć się go w jakichś zawiłych okolicznościach.

No do czego się sprowadza ta cała historia? Do tego, że Państwo Rodzice Madzi urośli do rangi celebrytów. Każdy chce przeprowadzić z nimi wywiad, każdy chce mieć ich zdjęcie. Każdy fotoreporter i dziennikarzyna, który nie potrafi znaleźć lepszego tematu. Niedługo Mamę Madzi dopadnie rzadzizna, Tata Madzi poleci do kiosku po stoperan i cała Polska będzie zastanawiać się „Z czego wynika sraczka Mamy Madzi?”. Zaczną się domysły, czy bała się wariografu, czy może już miała dość nagonki medialnej, czy może nie udał jej się nowy kolor włosów.

Nie wiem jak inni, ale ja mam jej serdecznie dość! Czym ona się zasłużyła, że tak wszędzie o niej głośno? Napisała fajną książkę? Nagrała dobrą płytę? Otworzyła jakąś fundację? Pomaga chorym dzieciom? Ratuje biedne zwierzątka? Nie! Prawdopodobnie dzieciaka wykończyła! To jest takie osiągnięcie? Tym sobie zasłużyła na taki szał medialny? Mi tej kobiety nie szkoda, bo swoimi kłamstwami sama sobie nawarzyła piwa.

Z czym teraz kojarzy się Sosnowiec? Z dwójką młodych ludzi, którzy nie dorośli do niczego konstruktywnego. A ja bym chciała usłyszeć, o czymś o czym na prawdę warto mówić. Co przyczynia się do czegoś dobrego, np. o sosnowieckiej Nadziei na dom.
http://www.nadziejanadom.org/

Ci ludzie z Sosnowca robią coś dobrego, ale w mediach cisza. Na mój gust wszystkie te bzdury o Rodzicach Madzi mogłyby zostać zastąpione newsami o ludziach, którzy robią coś fajnego i pozytywnego.
Ostatnio czytałam na Onecie artykuł pt. „Sosnowiec ma w d***e takich gwiazdorów!”. Ja też!

Spółdzielnia mieszkaniowa – pijawki ssące lokatorów.

Słoneczny poranek. Otwieram skrzynkę na listy i cieszę się, że tyle korespondencji specjalnie do mnie. Każdy dyskont w mieście, ubezpieczyciel i pożyczkodawca pofatygował się, aby poinformować mnie, że może mi dać kredyt na dowód na świąteczne zakupy (nawet jeśli nie mam pracy!), że dostanę takie ubezpieczenie na samochód o jakim filozofom się nie śniło. Dowiedziałam się też o przecenie mięsa mielonego, promocji na oranżadę za 0,98 pln za litr i wyprzedaży majtek w kropki.

Mało brakowało i przegapiłabym awizo. No cóż, w moim obecnie bezrobotnym życiu taki epizod to nie lada wydarzenie, więc ustroiłam się niczym szczur na otwarcie kanału. Gdy odstałam swoje 35 minut podeszłam z nieskrywaną radością do okienka, aby odebrać tajemniczą przesyłkę. Ciekawość dosłownie mnie zżerała od środka, bo niczego nie zamawiałam. Ani nasionek mongolskiego lekarstwa, ani rajstop w cętki na allegro, ani nawet karmy dla kota w hurtowni zoologicznej. W końcu dorwałam przesyłkę w swoje łapska, obczaiłam nadawcę i padłam z dumy. Spółdzielnia napisała do mnie list! Do mnie osobiście. Teraz mogłam być już pewna, że to wyjątkowy dzień.

Z czcią otworzyłam kopertę i ujrzałam no można by rzec poemat. Stwierdziłam, że to na pewno jakiś doniosły przekaz (naprawdę nie spodziewałabym się niczego innego) i że takie wieści należy czytać z odpowiednią czcią i honorami w domu, jednocześnie uważając, aby nie uszkodzić wspaniałego pergaminu z przeznaczonym tylko moim oczom komunikatem. Schowałam najostrożniej jak umiałam do torebki i pomaszerowałam dziarskim krokiem do delikatesów spod znaku trzech muszkieterów. Niestety dobrze zdawałam sobie sprawę z podniosłości chwili czytania, która nieuchronnie miała nadejść , dlatego zakupy i cała reszta nie poszła dobrze. Z tego wszystkiego zapomniałam o piwie, które jest dla mnie bardzo ważne, ponieważ jako bezrobotna jestem bardzo sfrustrowana swoim losem.

W końcu w domu zasiadłam na kanapie i zasiadłam do czytania. Byłam pewna, że to jakiś wiersz pochwalny na moją cześć, z tego tytułu, że przyczyniam się do krzewienia kultury wśród sąsiadów napie***lając muzą od świtu do nocy. I co ukazało się moim oczom ZAWIADOMIENIE O ZMIANIE WYSOKOŚCI OPŁAT DLA MIESZKAŃCÓW. Jako osoba z sercem na dłoni, nie będę owijać w bawełnę. Wściekłam się. W ciągu 9 miesięcy 3 podwyżka… Po podliczeniu wszystkiego wyszło 36 zł więcej. No pal sześć tę podwyżkę.

Uzasadnienie jest epickie. Liczne sformułowania jakich nie powstydziliby się na Wiejskiej każą mi uwierzyć na słowo, że podwyżka jest zasadna. I tak oto kalkulacja wykazała, że „Ustalenie indywidualnych stawek dla każdej nieruchomości powoduje ich zróżnicowany wzrost, a w przypadku niektórych spadek”. Ciekawe, czy z tego tytułu ktoś dostał pismo o zmniejszeniu wymiaru czynszu? Dopatrzyłam się też wzrostu stawki podatku od nieruchomości „przeciętnie o 0,01 zł/m2p.u.” Niestety nie znalazłam nigdzie rozwinięcia tego tajemniczego skrótu. Zaciekawiła mnie też informacja o sposobie obliczenia opłaty za energię elektryczną na klatce schodowej – „ustalono na podstawie faktycznego zużycia energii na poszczególnych nieruchomościach”. Rozrzut od niecałej złotówki do pięciu. Przy okazji dowiedziałam się, że ta sama opłata za energię jest jeszcze raz liczona do kosztów eksploatacji windy.

Zaintrygowana zadzwoniłam do SM i dowiedziałam się, że „zużycie energii elektrycznej w poszczególnych lokalach mieszkaniowych posłużyło do obliczenia zużycia na klatce schodowej, a to z kolei zostało wzięte drugi raz do energii w windzie, bo tam jest taka specjalna, inna energia elektryczna”. A więc reasumując – jeżeli mój sąsiad notorycznie nie gasi światła, to średnia z naszego zużycia została wykorzystana do aproksymacji zużycia światła na klatce schodowej (tak jakby tam liczników nie mieli i nie mogli po prostu odczytać?), a to z kolei ujęte drugi raz przy naliczeniu opłaty za windę, bo tam jest niby inny prąd? A niby jaki ten prąd tam jest? Pani nie wiedziała :D

A mnie tylko zastanawia, czy koszt wysłania tego listu każdemu poleconym też został uwzględniony w tych obliczeniach? Nie taniej było roznieść? Mam wrażenie, że Spółdzielnie Mieszkaniowe są maszynką do zdzierania kasy z lokatorów, bo wymienianych tam prac modernizacyjnych jakoś nie widzę. Przecież mało kto będzie się buntował na takie pismo, a też niewielu to w ogóle przeczyta! Poza tym co pozostaje nam lokatorom? Strajk? Protest? Dupa! Chcemy mieszkać to musimy płacić. I nie ma, że boli!

Ona ma złote te serce, Które ma logo na metce, Imitacji ona nie zeche,

Swego czasu miałam koleżankę, która była bezrobotną z powołania. Zrobiła licencjat z ekonomii, a jej praca dotyczyła jakości życia bezrobotnego. Z poczynionych badań i obliczeń wyszło jej, że najlepiej być bezrobotną niezamężną, dzieciatą, a swojego faceta wysłać do roboty. Jak obliczyła tak zrobiła. A że była w tym liczeniu była chyba bardzo dobra, jej obliczenia sprawdziły się w jej przypadku. Bezrobocie miało ogromny wpływ na jej życie w różnych dziedzinach.

Najpierw odbiło się na jej wyglądzie. Z wiecznie potarganej, postrzępionej fryzury, farbowanej losowo dobranymi szamponetkami wyłoniła się stylizacja roku. Pytana, jak uzyskać taki efekt, mówiła że musi co rano spędzić tylko 40 minut ze szczotką i prostownicą, a do fryzjera chodzi co trzy tygodnie. Oczywiście z dwutygodniowym terminem zapisu. Zawsze była pulpecikiem, jednak dzięki treningom z trenerem osobistym rozpoczętym po porodzie mogła pochwalić się idealną sylwetką. Do tego oczywiście opalenizna z solarium i cotygodniowa wizyta u kosmetyczki. Ciuchy z najnowszej kolekcji, bo w starych wstyd chodzić.

Dopełnieniem tego stanu stał się chroniczny brak czasu. W szczególności po ciąży. Nie miała czasu na opiekę nad dzieckiem z powodu „zapchanego grafiku”, więc ciągle przebywało u jednej lub drugiej babci. W końcu przyznała, że wszystkie dotacje, zasiłki, itd. musi „wychodzić”, a to wymaga czasu. Nie żeby chodziła na pieszo, bo facet kupił jej samochód. Całotygodniowa mordęga pod wszelkiej maści urzędami, codzienny fitness, siłownia, kosmetyczka, solarium, wyprawy do sklepów z ciuchami w poszukiwaniu najnowszych kolekcji były bardzo stresujące. Powiedziała kiedyś, że stresują ją do tego stopnia, że w soboty rano musi jeździć na zabiegi relaksacyjne do SPA. A wieczorami chodzić na imprezy.

Po pewnym czasie doszła do wniosku, że jej facet jest nudziarzem. Oprócz tego, że przynosił do domu pieniądze, które tak de facto musiały być coraz większe, bo apetyt rósł w miarę zakupów, nie zapewniał jej żadnych rozrywek. Tzn. po kilku godzinnym dniu pracy nie miał ochoty na rajd po kinach, pubach, bilardach i oczywiście jubilerach. Najbardziej była zbulwersowana tym, że po całym tygodniu pracy po 10-12 godzin w weekend ma ochotę na tak przyziemne czynności jak zwykły spacer nad morzem ze swoją rodziną. Szczyt zdenerwowania osiągnęła, gdy w sobotni ranek licząc na poranny numerek otrzymała odpowiedź odmowną uzasadnioną tym, że jest zmęczony i chce poleżeć w łóżku z synkiem.

Dla Panny Rasowej Bezrobotnej (sama tak o sobie mówiła) tego było za wiele. Nie tak sobie to wyobrażała. Na wieczornym piwie i sziszy oznajmiła nam, że musi zwiększyć zarówno dochody jak i doznania erotyczne. Jednak po przekalkulowaniu wszystkiego doszła do wniosku, że jak będzie sypiać z kimś i brać pieniądze, to ten seks przestanie sprawiać jej przyjemność, bo w końcu to będzie obowiązek. Z tego prosty wniosek – musi znaleźć dwóch frajerów. Pierwszego upolowała w SPA. Pan Masażysta doskonale masował plecy, więc wiadomym było, że z innymi miejscami pójdzie mu równie dobrze. Drugiego, Pana Kasiastego znalazła na… dyskotece. Nadziany dupek, śliniący się za młodszymi od siebie.

Przez około rok czasu w czasie spotkań chwaliła się swoimi błyskotkami no i oczywiście przeżyciami z kochankami. W tym czasie była tak zabiegana, że nie mogła z dzieckiem chodzić na szczepienia, pierwszy ząbek przegapiła. Raz stwierdziła, że od ponad miesiąca nie zmieniała pieluch, a od dwóch tygodni nie brała dziecka na ręce. I że generalnie jedyne na co „ten bachor się przydaje” to źródło zasiłku. Facet, w którym zakochała się na studiach uzyskał miano BD – Beznadziejnego Dziecioroba. Beznadziejność wynikała z dwóch przyczyn – nie miał siły bzykać jej tak jak Pan Masażysta i nie zarabiał tyle co Pan Kasiasty.

Wyszło jakoś tak, że kontakt nam się urwał. Spotkałam ją dziś (po 3 latach od tamtych zdarzeń) w dyskoncie. Stała w kolejce udając, że mnie nie widzi. Podeszłam jednak.

- Hej!
- Yyy… No hej. Co pewnie wstydziłaś się do mnie podejść co?
- Czemu niby miałam się wstydzić?
- No bo jak ja teraz wyglądam. Poczochrana jak na studiach, ciuchy jakieś z przeceny…
- No i?
- No i zobacz jeszcze dwójką dzieciaków przy wózku, a w środku trzeci.
- Ale co to za powód do wstydu? Masz trójkę dzieci to nie masz czasu, żeby tak mocno zadbać o siebie jak kiedyś.
- No tak… I do tego pracuję w hotelu na zmiany na recepcji…
- ???

Potem nastąpiła opowieść. Jak BD dowiedział się o dwóch kochankach. Najpierw zastanowiła go jedna ciąża, bo z jego obliczeń wynikało, że on wtedy był ponad miesiąc za granicą i nie mógł być ojcem. Zaczął węszyć tu i tam i wywęszył, że posuwa ją Pan Masażysta. Ale dla dobra pierwszego dziecka pozostali razem. Wybrał się z kurtuazyjną wizytą do Pana Masażysty i ręcznie wybił mu z głowy swoją kobietę.

Jednak gdy pojawił się drugi brzuch zaczął szukać jeszcze dokładniej i wpadł na trop Pana Kasiastego. Tego było dla niego za dużo. Wystawił Rasową Bezrobotną za drzwi. Nie przewidział, że ma do czynienia z profesjonalistką ds. świadczeń. Przecierał oczy ze zdumienia widząc wezwanie alimentacyjne (jakkolwiek się to nazywa). Na szczęście mógł liczyć na swoją siostrę, która uświadomiła mu istnienie testów na ojcostwo. Wyniki były zatrważające. Dziecko nr 1 nie jego. Dziecko nr 2 też nie. Dziecko nr 3 tym bardziej.

W toku dalszych wydarzeń okazało się, że pierworodny jest jego brata (!!). Drugie dziecko Pana Masażysty, a trzecie Pana Kasiastego. Zakończyło się to tak, że Rasowa została bez pracy, bez alimentów, sama jak palec. No więc chcąc nie chcąc poszła do pracy, bo przecież „kobieta z trzema bachorami i bez pracy nie znajdzie żadnego frajera”.

- Wiesz ja teraz muszę zmienić strategię. Poszukać jakiegoś takiego po przejściach. No i teraz cisnę na litość. Wiesz jak jest…
- Wiem, wiem… – odpowiedziałam chociaż nie mam zielonego pojęcia – No ale mogłaś sobie darować drugiego kochanka i pierwszego w sumie. Źle Ci tak było z BD?
- Ale to mi się nie opłacało. Jak policzyłam to układ tamten był najlepszy.
- Coś chyba krzywo liczyłaś…
- Nie. Dobrze liczyłam. Po prostu nie uwzględniłam czynnika ludzkiego w tym wszystkim. Teraz policzę wszystko inaczej. No i będę się zabezpieczać. Czwarte dziecko zniszczy mi figurę. Wiesz, już nie te lata.

No cóż. Wszystko na temat powiedział Fisz…

Ona dmucha mu w kaszę,
Przeciąga się zgrabnie, gdy on podejmuje wypłatę.
Bo ona kocha banknoty, tuli je, liże
Czuje ich zapach, gdy tylko jest bliżej
Bo on potrzebuje filtru,
By móc tu głową sięgać wyżej.
I happy end jak w jakimś tanim filmie,
Ona zgarnie spadek, gdy on na serce kitnie.
Taki numer wytnie jak cenzura słowo „chuj”,
Byle mieć nowy firmowy glamour-strój
Byle mieć nowy firmowy glamour-strój

Ona ma złote te serce,
Które ma logo na metce,
Imitacji ona nie zeche,
Ona ma złote te serce.
Trzyma je w portmone netce,
Imitacji ona nie zechce,
Ona ma złote te serce,
Które ma logo na metce.
Imitacji ona nie zechce.