Klient nasz pan

Godzina 7.37 wchodzę z koleżanką do cukierni. Stajemy w kolejce i grzecznie czekamy, aż nasza kolej nadejdzie. Wszystkie starszawe Emerytki obsłużone, więc się cieszymy, że teraz my (w końcu spieszymy się do pracy). A tu zonk! Pani Ekspedientka spojrzała na nas przelotnie kątem oka, wykrzywiła paszczękę w grymas, który od razu przypomniał mi ekspedientki z PRL-wskich komedii.
No ale nic. Stoimy i czekamy. Czekamy. Czekaaaamy. W końcu Pani Ekspedientka podeszła i przemówiła.

- Co podać?!
- Które ciasto jest najlżejsze? – zapytałam. Dla niewtajemniczonych, miałam na myśli gęstość, czyli stosunek masy do objętości. Zależało mi na tym, aby kupić dużo ciasta za mały pieniądz.
- Pfff… Wszystkie ważą tyle samo!! Co za pytanie?! No każde tak samo waży!! – Drze się Pani Ekspedientka, tak jakbym jej co najmniej całą rodzinę od najgorszych wyzwała.
- No, ale…
- Co ale? Każde takie same szybko wybierać!
- Dobrze, skoro Pani nie chce mi pomóc, to w takim razie ja poproszę pleśniaka, metrowca i pijaka. A potem poproszę jeszcze numer do pani kierownika, żeby pochwalić jakość obsługi.
- …
- No proszę podać nam to ciasto, bo do pracy się spieszymy.
- Jakie miało być? Orzechowiec?
- METROWIEC!! Pijak i plesniak…
- No, ale czemu pani tak do mnie nie miło?
- A pani do mnie miło? Nie otrzymałam od pani pomocy, stałam jak ch*j na weselu, zanim pani podeszła, a potem jeszcze nie potrafi pani zapamiętać prostego zamówienia. Jak ja bym się tak do klienta odezwała to bym od razu z pracy wyleciała.
- Taaaak? Ciekawe…
- Niech pani wreszcie da mi to ciasto.
Nałożyła dwa kawałki i zaczęła pakować.
- Jeszcze poproszę babkę jogurtową z owocami. I tego pijaka nieszczęsnego. Trzeci raz już o nim mówię…
- A ja mam jeszcze na zapleczu wspaniałe ciasto malinowe z galaretką… Świeżutkie. Smaczne.

Pomyślałam sobie, że jeszcze mi napluje na tą galaretkę. W końcu wiem, co robiliśmy, gdy pracowałam w gastronomii klientom, którzy w jakiś sposób nas wyprowadzili z równowagi.

- A to co mi pani teraz nakłada to nieświeże?
- Nie. Świeże mam na zapleczu. I najważniejsze pytanie dla mnie to o świeżość. O to trzeba pytać. A nie o wagę.
- Dobrze. Mnie to nie interesuje. Proszę skończyć te wywody i dać mi to ciasto, bo ja się do sklepu spieszę.
- O. To będzie 53,42 zł. Ja po urlopie wróciłam, a pani tak na mnie naskoczyła. Wy młodzi to tacy niecierpliwi. A wy jeszcze 70 lat będziecie musiały pracować, na moją emeryturę… i wyjścia nie macie hahaha.
- O jak na pani emeryturę, to ja już wolę wyjechać z tego kraju. Proszę się pospieszyć, bo się do pracy spóźnię.
- A po co tak się spieszyć? Mówię, że pani jeszcze siedemdziesiąt lat będzie musiała pracować, bo dopiero zaczęła…
- Do widzenia!

No cóż. Podniosła mi Pani Ekspedientka od rana ciśnienie. Ale tak na prawdę, co mnie obchodzi, jakie pytanie dla niej jest najważniejsze? I dlaczego świeże ciasto trzyma na zapleczu, a nieświeże na ladzie? I czemu to nieświeże nie jest przecenione z tego tytułu? Czemu nie obsłużyła nas od razu tylko musiałyśmy czekać bite siedem minut? To że wyglądamy młodo oznacza, że można nas olać i krzyczeć na nas? A mnie na wszystkich szkoleniach uczyli, że dla klienta trzeba być uprzejmym (nawet jak jest skończonym bucem), bo gdyby nie klient, to nie byłoby mojej wypłaty… Oczywiście do pracy się spóźniłyśmy. Byłyśmy o 8.03 co zostało zauważone i odpowiednio skomentowane.

Takiego wała jak Polska cała!

Polak potrafi albo jak mawia mój kolega – Polak to nie narodowość, to zawód. Jakby nie było w każdym powiedzonku jest ziarnko prawdy. Naród z nas pomysłowy jak mało który, a już najbardziej jeśli chodzi o twórczość. Nawet Japończycy ze swoimi fetyszami i perwerą wszechobecną (np. oglądanie za pieniądze w namiotach, jak się konie źrebaków dorabiają) mogą się schować i błagać, abyśmy im lekcji udzielali. Oczywiście nie w rozmnażaniu koni i innego inwentarza, a tworzeniu wiekopomnych dzieł filmowych z gatunku krótkometrażowych.

To wcale nie prawda, że nie mamy się czym na światowej arenie filmowej pochwalić. Nie zapraszają nas na żadne prestiżowe festiwale, bo po prostu żal im ściska cztery litery, że oni nie umieją, mimo starań, robić takich dzieł. Wszelkie starania spełzają na niczym, bo np. czy jakikolwiek zdobywca Oscara może w ogóle stanąć w szranki z produkcjami Polsatu? Polsatu, który za oceanem jest tak znany jak polish vodka?

Produkcje tej stacji pozwalają krzewić nasze narodowe dobra kulturalne wszędzie tam, gdzie dociera telewizja satelitarna. Jak już wspomniałam, jesteśmy narodem wybitnym, więc możemy (ba nawet musimy!) pokazywać to światu. I świat nas zna. Nawet w takim Cleveland (Ohio), gdzie mieszka moja kuzynka, już dzieci znają mięsnego jeża, którego robi się u nas z pokolenia na pokolenie. No i każdy wie, że polskie laski sypią się na wakacjach, jak sierść z azora w czasie linienia. Dzięki Pamiętnikom z Wakacji powszechnie znanym jest fakt, że żadna Polka nie oprze się kolesiowi o nieco „czerniawej” karnacji.

Teraz jak gdzieś wyjadę i jakiś łach będzie za mną wołał „Polish? Polish b*tch? Wanna f*ck?”, ucieszę się, że to dzięki Polsatowi. A jak zagraniczny znajomy na wieść, że idę na siku zaprowadzi mnie do toalety i wskaże liczne różnice pomiędzy bidetem, a klopem też się ucieszę, że uchronił mnie przed kompromitacją w postaci postawienia klocka nie tam, gdzie trzeba. Bo przecież my wsioki straight from Poland nie odróżniamy gó*wna od twarogu. A dzieje się to dlatego, że z reguły nie mamy toalet w domach tylko jedną wspólną na klatkach schodowych w sypiących się poniemieckich kamienicach.

Nasi staruszkowie z reguły nie chodzą do tyrki, tylko tak jak Ferdziu gniją z browarkiem na kanapie w wymiętolonych dresach wsadzonych w skarpety. Jeżeli mamy farta to sprzedają gacie na bazarze albo ćwiartują mięsko w rzeźni. Najlepszym lekarstwem na wszelkie dolegliwości jest wódka, którą zapijamy herbatę. Jednakże nie omijają na Trudne Sprawy. Można szybko obczaić, że seksik siostry z bratem to normalka. Siedemnastoletnie córki odbijają matkom bez problemu ich facetów robiąc im masaż w bikini między śliwowiśnią, a jabłonką…

Niestety moja Kuzynka Małgosia (tfu! jak ja nie cierpię tego imienia) nie umie cieszyć się z polsatowskiego pijaru i czasem wstydzi się przyznać, że pochodzi z kraju na Wisłą. Szkoda mi jej. Myślę, że jeszcze nie dorosła na tyle, by czuć w sercu dumę, że połowa ludzi w szkole pyta się jej jak zrobić mięsnego jeża albo czy to prawda, że w Polsce chłopcy w nastoletnim wieku zamykają się w łazience na około 6-7 godzin… No cóż, jak dojrzeje to zrozumie, że należy się cieszyć i bogom dziękować, że nam Polsat taką piękną laurkę wystawia.

Czarne pasożyty

W uroczym komunistycznym wieżowcu, jaki mam zaszczyt zamieszkiwać, rezyduje także stateczna matrona – Pani Sąsiadka. Już od pierwszego dnia od kiedy przekroczyłam próg klatki wyraziła niezmierną chęć poznania mnie. Ale nie, że jestem grafomanką – moich współlokatorów też. Ponieważ mimo, że jest tak stara, że od Mojżesza pożyczyła piątkę na winiacza, wykazuje się bystrością umysłu niezwykłą. Czasem myślę nawet, że mogłaby zasilić szeregi niebieskich przyjaciół jako Funkcjonariuszka Operacyjna ;) Ta bystrość objawia się tym, że potrafi dokonać klasyfikacji młodych ludzi na dwie grupy – studentów i sąsiadów.

My należymy do sąsiadów, o czym przekonałam się słysząc dialog Pani Sąsiadki z Panią Koleżanką Sąsiadki.
- A to kto to?
- No blondyneczka z naprzeciwka.
- Studentka?
- Nieeee!! SĄSIADKA!
- A to dobrze, dobrze.

Czy to lepsza szufladka tego nie wiem, ponieważ usilnie udaję, że słabo rozumiem język polski, aby tylko uniknąć konwersacji. Głupawo się uśmiecham, kiwam głową i powtarzam „Tak, tak. No wiadomo, oczywiście.”. To chyba cieszy Panią Sąsiadkę, że tak przytakująca blondyneczka zamieszkuje to samo piętro. Niestety dziś nadszedł dzień, że zaatakowały mnie odciski, które sprawiają, że kroczę z gracją Wietnamki, która w jedną noc obsłużyła cały amerykański pułk.

I tak gramoliłam się po tej klatce schodowej, tłucząc się jak Żyd po pustym sklepie. No i bystre ucho sąsiadki mnie złapało na swój radar. Wyskoczyła zza drzwi z takim impetem, że mało co mnie nie strąciła ze schodów.
- A sąsiadeczka blondyneczka!
- No witam, witam. (Uśmiech szczery jak na reklamie pasty do zębów)
- A ja tu takie fajne coś mam dziś kupiłam.
- …
- O patrzy pani! Piękny krzyż w oknie postawię.
- Ale pani już ma w każdym oknie…
- No, ale to w zakrystii kupiłam, bo ksiądz nasz wielebny to zbiórkę ogłosił.
- Na co ta zbiórka? Na biedne dzieci?
- Jakie dzieci?! Na rozbudowę zakrystii.
- Yyyy…
- No bo kościół to biedny taki teraz, a te tuski i palikoty bezbożniki jeszcze chcą pieniądze im zabrać! Trzeba pomagać wysłannikom bożym!
- A ile takie cudo, to też może pomogę „biednym” w potrzebie. (Na odczepnego sapnęłam, żeby już tylko do domu wejść i buty zdjąć)
- A tylko 89 zł!
- Netto czy brutto?
- Cooo?? Nie w Netto, tylko w zakrystii!!
- A tak, tak, super ja pójdę w niedzielę i kupię dwa nawet.
- No i dobrze, wiedziałam, że z Ciebie mądre dziecko.

Tak tak bieda w kościele to niemal już patola, którą widać na obrazku. Jak wiadomo, takimi gruchotami to tylko biedota jeździ… Ja jestem skąpa – na tacę nie daję, krzyża nie kupię!!
 

Osiedlowy browarek w plenerze

Jakiś czas temu, aby uczcić dzień pański zwany potocznie niedzielą wynurzyłam się na browar w plenerze. Adidaski, bluza, krótka kurteczka, okulary przeciwsłoneczne i można działać. Po drodze zaszłam do osiedlowego supersamu, aby zaopatrzyć się w stylową reklamówkę pełną złotego napoju we wszystkich odmianach, bo hitem tego sezonu jest różnorodność i mieszanie styli. Tak więc wareczka, redsik, desperadoch i inne delikatesy towarzyszyły mi w przechadzce na prestiżową miejscówkę. Nie jakaś tam starówka albo galeria. To już jest passe. Teraz chodzi się pod most do poniemieckiego parku krocząc dumnie pomiędzy powyłamywanymi płytkami i psimi odchodami.

Potem należy znaleźć ławkę. Najlepiej, żeby była upstrzona gołębim g**wnem i miała dobry widoczek na pobliską ulicę, aby w porę wypatrzyć niebieskich przyjaciół. Ponieważ jestem wychowankiem boiska i ławki pod blokiem, znalazłam takową od razu. Do tego była z jednej strony przykitrana krzaczorami. Nie każdemu udaje się ten wyczyn – trzeba być nie lada fachowcem, aby tak trafić. Oczywiście siedzisko musi być tak ufajdolone, żeby można było siedzieć tylko na oparciu.

Tak więc rozsiadłam się jak żaba na liściu i rozpoczęłam degustację. Na twarz świeciło mi słońce, a po nerach pizgał wiatr marcowy. No cóż, moda z blokowiska wymaga ofiar. Jedni chodzą na dziesięciocentymetrowych szpilach, inni wbijają się w gorsety, a ci najbardziej wyrafinowani wietrzą dolną część pleców (obowiązkowe biodrówki – inne nie zapewnią tego efektu). Oczywiście na głowę naciągnęłam kaptur mojej mega kozackiej bluzy w króliki. Słońce grzało mi paszczękę, więc udało mi się zachować równowagę termiczną.

W takich warunkach piwerko smakuje najlepiej. Nie jakieś tam pubowe popłuczyny… Delektowałam się złotym napojem z puszki i rozmyślałam o wyższości McD na KFC, aż tu nagle mój bystry wzrok obserwatorki powędrował w krzaki. Ach… jak tam cudnie. Nie mogłam nacieszyć swych oczu skarbami miasta – od razu wiedziałam, że jestem u siebie. Butelki po frugo, puszki po żywcu, żołądkowej gorzkiej – od razu wiem, że status tego miejsca rośnie, bo pojawiły się te dobra wyższego rzędu. Ale była też mocna wiśnia, wódka z czerwoną kartką i paczka po szlugach dla twardzieli, czyli mocnych. Wypatrzyłam też pierwsze oznaki wiosny – zużyte prezerwatywy. Budująco – osiedlowa miłość kwitnie nie tylko wśród czworonogów.

A ponieważ jestem osobą niezwykle skłonną ku refleksjom bez chwili wahania się w nich pogrążyłam. Przypomniało mi się, jakim to szczęśliwym zrządzeniem losu możemy podziwiać takie cuda jak puszki po paprykarzu. Otóż parę lat temu władze naszego miasta wydały wojnę małolatom odurzającym się różnymi legalnymi i nielegalnymi substancjami w parkach w czasie lekcji i po nich. Pierwszym krokiem były wzmożone patrole w reprezentacyjnej części miasta (czyt. w pobliżu centrum). Ale na to wpadłby każdy głupi. Trzeba być prawdziwym przedstawicielem nurtu wolnomyślicieli i otwartych umysłów, aby opracować strategię taką, jak zastosowano w naszej metropolii.

Polegała ona na tym, że w starszych i mniej uczęszczanych przez przypadkowych przyjezdnych częściach parku zastosowano metody walki partyzanckiej. Usunięto śmietniki. Byłam wtedy w gimnazjum i tak mnie to zbulwersowało, że napisałam artykuł do szkolnej gazetki. Z tej okazji, aby wyrazić protest z kolegami z klasy co dzień chodziliśmy do parku na browara. Walka była ostra i zaciekła. Jednak śmietników nie ma do tej pory. Po przemyśleniach, które zakończyły się razem z ostatnią puszką piwa zeskoczyłam z ławki, zdjęłam kaptur i wsadziłam ręce do kieszeni. Splunęłam z pełnym majestatem właśnie wtedy, kiedy jakaś kobieta z dzieckiem mnie mijała. Oczywiście wydała pełen zazdrości okrzyk „Co za degeneraci porośli!”, ale nie przejęłam się, bo wiedziałam, że ćwiczy to i nie wychodzi jej, dlatego spina się jak guma w gaciach na tyłku grubasa.

Wzięłam wielki wdech i postanowiłam udać się na chatę. Kierując się osiedlowym sawłarwiwrem zostawiłam wszystkie śmieci na ławce. Nie dlatego, że jestem niewychowana. Wręcz przeciwnie. Zostawiłam to, aby jakiś żul mógł sobie zebrać te artefakty i sprzedać w celu zakupienia boskiej ambrozji (czyt. czegokolwiek czym można się naje**ć). W zasadzie to dzięki temu, że nasi miejscy dobroczyńcy nazywanymi radnymi usunęli te kosze na śmieci mogę w pełni dać upust swoim charytatywnym instynktom. I chwała im za to – teraz i na zawsze!

Na pohybel wszystkim!

Dopiero dziś zrozumiałam, że ten blog to moja własność i mogę tu pisać co chcę, i jak chcę. Że nie muszę się nikomu z niczego tłumaczyć. I że mam centralnie w samym środku du*y, czy komuś się to podoba czy nie. Dużo musiałam znieść chamstwa, dwulicowych postaci, zagrywek tak dziecinnych, że nie warto było na nie zwracać uwagi. To jest moja piaskownica i wypiorę tu wszystkie brudy, jakie będę miała ochotę uprać. Potrafię być okrutna, jak ktoś mnie wku**i. Pezet najlepiej oddaje moje uczucia w stosunku do tych usiłowali mnie gnoić.

Gdyby miało nie być jutra, kupiłbym 45-tkę
Naładował magazynek i zajebał komuś portfel
Zgarnął cały hajs jaki miał na koncie
I wyjechał nową Carrerą z salonu Porsche
Kupił dwa bilety na Majorkę albo do Meksyku
Ale wcześniej bym odjebał kilku typów
I patrząc jak pociski rozrywają im aorty
Uśmiechnął się i któremuś napluł w mordę
(…)
I do jutra byłbym martwy, kurwa przyrzekam
Chyba to zrobię bo jutro nic mnie nie czeka


http://www.youtube.com/watch?v=lzp7JEM380E

Nie ma lekko.

Dziewczyny, kobiety jesteście brudaskami!

A dziś standardowo ponarzekam, ale nie na pracę tym razem. Posłużę się inspiracją z pubu, czyli niekończącego się rezerwuaru pomysłów. Siedzimy ze znajomymi. Jedno piwo, drugie, trzecie. Patrzę na lalcie, które podchodzą do baru po napoje. Każda fajnie ubrana, z dużym wyczuciem mody, stylu, gustu i smaku. Myślę sobie, że chciałabym umieć się tak ubrać. A tu zonk – szafa pęka w szwach, a nie wychodzi mi taki barowy design ;P No do tego jeszcze te przekozackie fryzury i makijaże. Cud, miód i orzeszki. Jakbym była facetem, to bym mogła zawiesić oko, a nawet dostać oczopląsu.

Rozmowa dobrze się klei, fajny wieczór, ale w końcu doszło do tego, że musiałam udać się tam, gdzie król chodzi piechotą, czyli do kibla. Wygramoliłam się ze stolika, przecisnęłam pomiędzy krzesłami i idę dziarskim krokiem zaciskając kciuki, aby wychodek był wolny. Bo jakby nie był i musiałabym stać w kolejce, to bym pewnie przyliczyła lipton w postaci pęknięcia pęcherza. Dopadam drzwi, szarpię za klamkę i z radością wbiegam do środka. No i entuzjazm pęka jak bańka mydlana. Na chwilę nawet zapominam, po co właściwie ja tam poszłam. Stoję jak słup soli i zastanawiam się „co ja pacze?”.

Generalnie dobrze, że nie rozpędziłam się bardziej, bo mogłabym się poślizgnąć na kałuży żółtej cieczy o specyficznej woni. A jakbym sobie wybiła zęby o tron w kolorze białym z finezyjną mozaiką we wszystkich kolorach zółci? To też byłoby o czym pisać. Ale wracając do meritum, jak wygląda damska toaleta? Obsikana podłoga, obsikany klozet, podpaski wszędzie tylko nie w koszu. Załatwienie potrzeb fizjologicznych bez kontaktu z cudzym moczem wymaga nie lada sprawności uzyskanej dzięki godzinom fitnesu.

A gdy tylko wejdzie się do części łazienki z lusterkiem można ujrzeć te same elegantki poprawiające fryzury i makijaż. Nie potrafię się nadziwić, jak to się dzieje, że taka wypindrzona niunia po przejściu magicznej granicy toalety przechodzi taką przemianę i obsikuje wszystko co popadnie? Znaczy teren? A potem każda następna musi poprawić? Nagle ruchy stają się takie niezgrabne, że nie jest w stanie do kosza z tamponem trafić? Ciekawe, czy w domach też tak robią.

Tak mnie to zafascynowało, że oddałam się wspomnieniom nt. czystości damskich toalet. I przypomniały mi się takie ciekawostki jak np. zużyta podpaska przyklejona na drzwi, nie spuszczona woda, i wiele innego syfu, którego lepiej nie opisywać. No i powiedzcie mi laski, czemu tak robicie? Bo za każdym razem jak idę w lokalu opróżnić pęcherz, to czuję obrzydzenie. Czy na prawdę trzeba robić taki burdel na kółkach, że dopada wstyd z faktu bycia kobietą?
Dziewczyny ogarnijcie się i przestańcie syfić tylko dlatego, że ktoś inny to posprząta!

Inżynier Blondyna w pracy doceniona

Dziś walnęłam wypowiedzenie. Po porannej zjebce od pracodawcy. Ja dopilnowałam swoich obowiązków, a i tak oberwałam… No więc powiedziałam sobie – dość! Wczoraj przed snem piwo + tabletka na uspokojenie. Do śniadania też tabletka. Nogi jak galareta pod firmą. I takie sceny? A ja sobie spokojnie siadłam do projektu na przetarg…

No ale wróćmy do meritum. Napisałam wypowiedzenie i zaniosłam. Byłam przygotowana na „nie podoba Ci się? To wyjazd”. A tu szok w trampkach! Nie przyjęli. Argumentów było wiele, że jestem za dobra w tym co robię, że jestem zaufanym pracownikiem, bo nie zamiatam pod dywan, że zawsze mówię prawdę jaka by nie była… No cóż. Dalej mówię nie.

Na to otrzymałam następujące propozycje:
1. Podwyżka o 100%.
2. Funkcja kierowniczki działu konstrukcyjnego.
3. Osobny samochód – rozliczenie paliwa z faktur.
4. Bardziej elastyczne godziny pracy.

No i co? Poczułam się super, mega doceniona. Ale co dalej? Zostać, nie zostać? Dalej się tak wykańczać psychicznie? Jednak swoją pracę bardzo lubię mimo przeszkód w postaci nieużytych współpracowników? WHAT TO DO?

P.S. Zostałam nawet zaproszona na obiad, czyli jednak jestem znaczącym pracownikiem…

Gdy w pracy przekroczą granice – walnij wypowiedzenie!

W piątek byłam na rozmowie nt. pracy, którą mogłabym wykonywać. Po trzymiesięcznym wdrożeniu miałabym do wyboru albo kierować produkcją i kosztami jednej grupy produktów tej firmę, bądź uczyć się na głównego ekonomistę zakładu, a w przyszłości zastąpić Panią Prezes ds. Ekonomicznych. I stanęło na tym, że w zasadzie jesteśmy już umówieni. Ale wiadomo, skakać do sufitu nie będę, bo umowy w ręku jeszcze nie mam.

Z jednej strony będę czuła żal po swoim obecnym zajęciu, bo praca w roli konstruktora bardzo mi odpowiada. Uwielbiam to co robię. Ale o swoich współpracownikach tego powiedzieć nie mogę. Niestety dziś nie mam ochoty na opisywanie ich wszystkich. A czuję tuż pod skórą, że garnitur tych osobowości byłby hitem internetu. Jednak nie na hity dziś czas, a na typowo polskie marudzenie i narzekanie.

Od września marudzę i narzekam. Postanawiałam sobie też niejednokrotnie, że przestanę się tą pracą przejmować. Tym nieustannym ryzykiem, że ktoś wbije mi nóż w plecy, że wiecznie jest za wolno, za drogo, że „dlaczego ty masz służbowy samochód, a ja nie”, że ludzie z mojego miasta zabierają pracę tubylcom. Tak wymieniać jeszcze bym mogła. Dziś do tego doszło jeszcze przygłupie czepianie się, że nie odbieram telefonu prywatnego w piątek po pracy (sic!). No co kurde jeszcze? Może powinnam rozbić namiot pod fabryką i tam nocować? Albo nie chodzić spać i robić te przetargi i projekty indywidualne? No dobra to pomijam. Ale zagotowałam się, gdy dziś dowiedziałam się, że moje studiowanie to była ściema, bo prawdziwe wykształcenie zdobywa się w zawodówce, że tam jest trudniej, a ja balowałam sześc lat. Jasne.

Generalnie dziś przyjęłam wszystkie „konstruktywne” uwagi i szantaże wzruszeniem ramion. W proces olewania i podejścia „co będzie, to będzie” przeszłam już w okolicach stycznia. Ale teraz mam dość wszystkiego. Pretensji, że wykonałam pracę zaopatrzeniowca, któremu się nie chciało i zebrałam za to baty. No czemu mam znosić te docinki i przytyki? Terror psychiczny, gdy jestem najbardziej wydajna w całym dziale? Zmieniłam system kalkulacji, robię najwięcej projektów, najwięcej moich zleceń jest w produkcji. To czemu wszyscy po mnie jadą? Przynoszę zysk firmie. Czym zasłużyłam sobie na takie traktowanie?

Do domu wróciłam jak wrak. Od wczoraj boli mnie żołądek. Przechodzą mnie dreszcze – czuję się jak w pierwszej klasie przed odczytaniem swojej pracy na konkurs literacki przed całą szkołą. Tylko czuję to już ponad dobę. Wczoraj wieczorem musiałam się upić, żeby mi przeszło… Czy to normalne? Czy każdy tak się czuje? Jadłam pizzę i nagle zrobiło mi się ciemno i jasno przed oczami, ciepło, zimno, słabo, a serce waliło, jakby miało wyskoczyć. Ja pytam co to jest? Do czego po dziesięciu miesiącach doprowadziła mnie ta praca? Czy mam co dzień budzić się w nocy trzęsąc się ze strachu, że idę do pracy? Czy to normalne? NIE!! Dlatego postanowiłam sobie, że 02.04. składam wypowiedzenie. Czy wypali ta nowa praca, czy nie. Mam prawo do godnego życia i szanowania mojej osoby w pracy. Mam prawo nie bać się rano wstać z łóżka. Nie musieć odliczać godzin do weekendu. Nie muszę się trząść na dźwięk telefonu.

Moje zdrowie jest ważniejsze. Chcę być szczęśliwa, a nie wiecznie nabuzowana i zestresowana.
Decyzję podjęłam. Jak nie ta praca to inna. Dużo umiem i jestem w tym dobra. Nie muszę być niewolnikiem za najniższą średnią krajową.

Fejsbukowy atak mamusiek i depresja kaftanikowa

Z natury bywam złośliwa, a nawet czasem podła… Ponieważ dziś mam taki dzień frustracji – przypuszczę atak na szanowne Mamuśki. Nie żebym coś miała do kobiet z dziećmi w ogóle. Znam takich kilka i wiele z nich to normalne fajne laski, którym po porodzie nie zlasował się mózg, ani nie odwinął na drugą stronę. Ale są też takie, które stały się terrorystkami – i terroryzują cały świat swoimi dzieciarami.

Oczywiście, że rozumiem radość z posiadania dziecka. Nawet wydaje mi się, że jestem w stanie wyobrazić sobie wszechogarniającą euforię z tego tytułu. No i nawet chęć pochwalenia się swoją pociechą. Jednak wszystko w granicach normy… Jestem z pokolenia pierwszego rocznika gimnazjum i to chyba ta pora, że dzieci reformy edukacyjnej teraz mają swoje dzieci. Te chyba najlepiej nazwać dziećmi fejsbuka. Niedawno (2-3 lata temu) przeżywałam inwazję ślubów. Od zachwytów nad sukniami ślubnymi i pięknem panien młodych robiło się tak słodko, że aż mdło. Teraz czas na kolejny atak, tym razem dzieciakami.

A więc taka Przyszła Mamuśka napastuje nas newsami odnośnie wielkości i wagi płodu od najwcześniejszych dni. Potem raczy nas całą sesją z USG. Do tego dochodzą dywagacje nt. doboru kołyski, koloru ścian w pokoju dziecka, kompletowaniu wyprawki i wreszcie niecierpliwym oczekiwaniu na Ten Dzień. W ostatnim stadium procesu fizjologicznego jakim jest ciąża, dochodzi do sesyjki samej Przyszłej Mamuśki. „To ja po kąpieli”, „To ja i mój brzuszek”, „Taka już troszkę spuchnięta, bo niedługo termin”. Bla bla bla! Czy na prawdę pokazywanie swojego brzucha, który wygląda, jakby miał pęknąć, opuchniętych oczu, twarzy i rozmemłanej osoby jest tak potrzebny. Czy wszyscy znajomi bez tej wiedzy nie mogą funkcjonować? Czy wszyscy muszą pisać „ale ładnie wyglądasz”, gdy tak na prawdę dziewczyna wygląda jak wieloryb, którego morze na brzeg wyrzuciło?

Potem przychodzi dzień spokoju. Od foteczek oczywiście, bo status jest odświeżany wprost ze szpitala. Tak więc, gdy odejdą wody mamy niepowtarzalną możliwość śledzenia stanów emocjonalnych delikwentki na bieżąco. W końcu przychodzi doba wytchnienia, góra dwie. I nagle relacja fotograficzna zostaje wznowiona. Możemy oglądać delikwentkę z obnażoną piersią karmiącą pomarszczone jeszcze dziecko. Potem jest tylko gorzej. „Dzidzia w kąpieli”, „Dzidzia leżąca”, „Zmieniamy pieluszkę – pierwszy raz idzie nam ciężko” (o kupie widocznej na zdjęciu już nie będę się rozwodzić, „Amciam siobie”, itp., itd. ŻENADA!! Mam taką jedną znajomą która 4 tygodnie temu dołączyła do grona Szczęśliwych Mamusiek. Zdjęć z dzieckiem ma 123, a zdjęć samego dziecka jest 89. Wszystko udokumentowane i do netu wrzucone. Miałam już tak dość tej Szczęśliwej Mamuśki, że ją zablokowałam. Bo co mnie obchodzi, że ona akurat dzieciaka kąpie.

Radość radością, a co z prywatnością tego dziecka? Czy taka Mamuśka musi być przy okazji Idiotką, która gołym tyłkiem niemowlaka świeci po necie? Czy nie wystarczyłoby jedno zdjęcie z małym/małą na rękach? Czy to dziecko kiedyś będzie szczęśliwe, gdy zobaczy, co jego Szanowna Mama pokazała światu? No chyba taki bobas nie musi być mimowolną gwiazdą? W czasie, gdy gwiazdy za wszelką cenę bronią prywatności swoich pociech, głupie laski podbudowują swoją próżność kosztem dziecka…

No i podążając za ogólnointernetowym trendem ekshibicjonizmu też się obnażę. A co! Oczywiście nie mam dziecka, więc może opowiem trochę o swoim kocie. :D
Tak na poważnie, to martwi mnie dolegliwość, która kociczkę dotknęła. A mianowicie jest to depresja kaftanikowa, która nie ma związku z tym, że kot się niemowlaków na fejsie naoglądał. Kicia miała niedawno kastrację. W ranę wdało się małe zakażenie w wyniku lizania i teraz nosi kaftanik, który ma temu zapobiegać. Kot jest tak skonstruowanym stworkiem, że jak mu się coś założy, to niestety traci wolę życia… I ja to po swojej kici widzę. Siedzi smutna, nie bawi się, błąka się z kąta w kąt. A w oczach niezmierzony smutek.
 
W poniedziałek idziemy na kontrolę i wtedy dowiemy się, czy kaftan można zdjąć. Kot wygląda w nim jak przysłowiowy pośladek zza krzaka… Rana goi się bardzo dobrze, więc mam nadzieję, że już jutro kicia odzyska swoje dawne życie wolne od kaftana.
 

Miej wy***ane, a będzie Ci dane!

Cały ten tydzień przypomina mi sinusoidę o dużej amplitudzie. Wiadomości dobre i złe na przemian! Nasza biedna kotka po kastracji dochodziła dobrze do siebie, aż tu nagle zrobiła się przetoka. Nie do końca wiem co to jest i jak to się leczy, więc zalogowałam się na forach weterynaryjnych i czekam na odpowiedzi. Nawet dziś płakałam, bo kocham futrzaka, mimo że ona mnie chyba niezbyt.

I coś mnie powaliło z nóg. Siedząc (a raczej uwijając się jak na plantacji bawełny) sobie w swojej „ukochanej” pracy odebrałam telefon od koleżanki ze studiów.
- Cześć.
- No hej.
- Chciałam się zapytać, jak Ci się pracuje?
Po chwili namysłu, bo nie wiedziałam, do czego dąży, odpowiedziałam.
- Tak wiesz, różnie. Raz gorzej, raz lepiej. – szybko wybiegłam z biura, zabunkrowałam się między paletami – zarabiam najniższą średnią krajową i coś ekstra do koperty. Wiesz jak z tym bywa…
- Yyyy… No nie wiem, ja mam na umowie wszystko. A tak poza tym?
- No niby ok, ale L-4 u mnie nie obowiązuje, jak jestem chora biorę urlop.
- Co Ty mówisz?!
- Ale tak w ogóle czemu pytasz?
- A bo wiesz, mój szef pyta co tam u Ciebie. Myśli o zatrudnieniu Cię u nas. Na początek umowa na dwa lata.
- Oo… Jestem w szoku! A co miałabym robić?
- No zawsze byłaś dobra z analiz ekonometrycznych itp.. Byłabyś głównym ekonomistą w zakładzie, oczywiście po przyuczeniu i szkoleniach. Co Ty na to?
- No wiesz, musiałabym porozmawiać, dowiedzieć się co i jak, jednak chętnie się spotkam.

No i się umówiłam. Idę jutro. To mój były wykładowca. Na jego zajęciach miałam zawsze wszystko gdzieś. Robiłam na przysłowiowy odp***ol. A jednak coś we mnie zauważył. Gdyby nie zauważył, to by nie dzwonił. Właściciel dużego zakładu produkcyjnego na takie głupoty nie ma czasu. Szczerze, to teraz z perspektywy czasu zastanawiam się, czy nie było tak, że mimo wszystko wychodziło mi dobrze na tych zajęciach… A może jest tak, że kiedy się nie staramy za mocno, wtedy nam wychodzi?

Czekam z niecierpliwością na to co mi zaproponuje… Może skończą się moje stany skrajnego zmęczenia, wyczerpania i zestresowania?

Emigrujesz zarobkowo – jesteś dupkiem!

Piątek godzina 19, pub strefa dla niepalących. Duży tłok i harmider. A w tym tłoku przy jednym ze stolików cztery dziewczyny, koleżanki ze studiów. Blondynka, Brunetka, Ruda i Szatynka. Gadka szmatka, jedno piwko, drugie i trzecie. Tematy luźne i prozaiczne. Tego dnia rozmowa mniej się klei, ale jakoś idzie.

Po ostatnim piwie Blondynka opowiada o koleżance kuzynki z USA. Koleżanka bystra nie była, ale rozrywkowa bardzo. Z trudnością ukończyła szkółkę krawiectwa. Pasjonowała się bielizną. Po dwóch, trzech latach jej firma rozrosła się do tego stopnia, że ma sklepy w kilku stanach. Koleżanka teraz jest Panią Dyrektor i dobrze jej się powodzi. W Polsce trudne do osiągnięcia… Brunetka kiwa głową i mówi, że ciężko jej sobie wyobrazić tak szybką karierę w naszej ojczyźnie.

Na to wchodzi Szatynka i ogłasza:
- Jak słyszę gadkę o tym, jak dobrze jest za granicą, to wiem, że osoba, która to mówi jest żałosna. W ogóle takie gadanie jest beznadziejne.
- Co w tym żałosnego, że prawda jest taka, że Polska nie jest państwem idealnym do życia,a do robienia interesów to już całkowicie. Ciężko tu rozkręcić biznes. A tak szybko jak Pani Dyrektor? Dla mnie niewyobrażalne.
- Jak człowiek sobie da radę w Polsce to wszędzie da sobie radę. Trzeba sobie radzić tutaj. A nie myśleć, gdzie lepiej.
- Chciałam tylko powiedzieć, że nie jest tu łatwo…
- O tak, takie gadanie, to mnie wku**ia! Jadą za granicę, sprzątają, kelnerują i wykonują inne podłe czynności, a potem się chwalą ile mają.
- Uważasz, że sprzątanie, czy inna praca fizyczna jest podła?
- Tak! A za granicą szczególnie. Tu też można szybko rozkręcić biznes.
- Tak, i zapier****ć do 67-mego roku życia na polityków?! Pokaż mi kogoś z naszych znajomych, kto ma ten dochodowy biznes! Pokaż mi ludzi, którzy bez znajomości dorobili się ciekawej posadki!
Chwila ciszy. Skupienie na twarzy Szatynki i wybuch:
- Taaak?! To pokaż mi kogoś, kto tam za granicą wyjechał i dobrze żyje! Bo to co słyszę to tylko głupia paplanina!
- Moja jedna kuzynka – absolwentka ekonomii tu. Tam Pani Manager w banku. A wy Panie Ekonomistki kim tu jesteście? Ile zarabiacie po dwóch latach pracy? Jak wasza droga awansu?
Szatynka znowu milczy, ale jawna agresja bije z twarzy.
- To jakiś pieprzony wyjątek. Gówno wiesz i tyle! Więcej przykładów nie podasz!
- Moja rodzina z wioski. Zero wykształcenia. Polecieli do USA. Matka sprzątaczka, ojciec pracownik fizyczny najniższego szczebla w fabryce. W pięć lat dorobili się domu, dwóch samochodów… Mówią, że do Polski nie wrócą…
- To sobie wyjedź za granicę!
- Owszem, jak dalej będzie Polska w tym kierunku zmierzać, wyjadę. Tylko trochę tu kwalifikacji nabiorę i wyjadę.
- Dupy tam będziesz dawała!! A w najlepszym wypadku na zmywaku!
Cisza po stronie Blondynki. Brunetka nieśmiało rozgląda się na boki, ewidentnie zawstydzona poziomem dyskusji.
- Nawet jak będę na zmywaku, to będzie mnie stać po dwóch miesiącach na więcej niż tu. Jeśli są możliwości trzeba z nich korzystać… A jak można udać się gdzieś, gdzie żyje się lepiej, trzeba korzystać. A może uda mi się tu i zostanę.
- Bo jesteś dupkiem! Ty i Twoja rodzina to skurw***ny! Rzygać mi się chce jak myślę, że z taką osobą się kolegowałam!

Szatynka – absolwentka ekonomii, pragnie być urzędniczką, ponieważ w pracy mało się robi, a wręcz nudzi i nie trzeba się wysilać (sama tak mówi). Jej Narzeczony dużo zarabia. Ona nie będzie się wysilać.

Blondynka – do teraz zastanawia się, kiedy ich drogi tak się rozeszły, i dlaczego inne podejście do życia wzbudziło taką agresję.

Dzień kobiet w fabryce – nie obyło się bez złośliwości

Rozmawiałam ostatnio z koleżankami o dniu kobiet w pracy. No więc… wszystkie otrzymały w pracy kwiatki, czekoladki albo ciastka od facetów. Jedna powiedziała, że jej szef uciekł tego dnia, tzn. nie pojawił się w firmie. Podobno przy każdej takiej okazji ucieka, żeby przypadkiem nic pracownikom nie musieć wręczać. A u mnie było inaczej!

Wszystkie kobiety miały dzień wolny od pracy. Jest nas około 16%, reszta to mężczyźni. Oni harowali, a my miałyśmy dzień w… SPA :) Nie, że umówiłyśmy, wzięłyśmy wolne i pojechałyśmy. To szefowa nam zorganizowała i opłaciła.  Może dlatego, że sama jest kobietą doceniła to komunistyczne święto? Nie wiem, ale żadna inna moja znajoma takiego bonusa nie otrzymała.
Wypoczęłam i zrelaksowałam się jak nigdy dotąd. Tego typu spędzanie czasu zawsze uważałam za stratę czasu i pieniędzy. Jednak zmieniłam zdanie na ten temat i postanowiłam sobie dwie rzeczy:

  1. Będę kiedyś zarabiać tak dużo pieniędzy, że będzie mnie stać na to, żeby iść do SPA, kiedy tylko będę miała na to ochotę.
  2. Jak obronię inżynierkę to też pójdę sobie do SPA – tak w nagrodę ;)

Oczywiście relaks relaksem, ale złośliwości musiały być. Nowe dziewczyny nie zostały zaproszone na wieczorną popijawę. Nowe dziewczyny pomijało się w rozmowach (z nielicznymi wyjątkami). No i oczywiście te docinki na temat kolczyka w pępku, tatuażu. Na temat tego, że jeszcze nie ma się dziecka, ani męża (ale czy to jest jakiś obowiązek??). Oczywiście od kogo? Od starych panien, a w zasadzie od jednej. Osoba o inteligencji kalkulatora, urodzie ropuchy i wredocie tak wielkiej, że aż trudno w nią uwierzyć. Dopiero w trakcie tego relaksu dotarło do mnie, że ona może mnie nie lubić z prostych przyczyn – jestem od niej dużo inteligentniejsza no i ładniejsza. Mam chłopaka, z którym mieszkam. A ona nie. To takie… polskie. Jak ktoś ma to ja go nie lubię.

Leżenie w olejkach i balsamach, osiemdziesiąt minut masażu pozwoliło mi dojść do wniosku, że tacy ludzie nie są warci, ani uwagi, ani nerwów. No więc relaksowałam się z (jak na razie jedyną) koleżanką. I było zajebiście!! Po co psuć sobie przyjemność?

  

Darmowe mieszkanie?

Wczoraj spadła na mnie wieść ścinająca z nóg. Ponieważ mamy swoje mieszkanie, nieduże, ale jednak własne, postanowił się wprowadzić do nas kolega. W naszym mikro-mieszkanku korzystamy z jednego pokoju. Drugi wynajmujemy z przyczyn ekonomicznych. Wszędzie mamy mało miejsca. Rano, gdy wszyscy wychodzimy na tą samą godzinę w łazience i kuchni jest sajgon.

I on postanowił się do nas sprowadzić, bo w domu ma podobno przerąbane. Nie wynajmie nic, bo nie ma kasy. Nie ma kasy, bo nie pracuje. Nie pracuje, bo za 1800 na rękę pracować nie będzie. A poza tym jak to codziennie wstawać o 6? Nie móc melanżować do rana w tygodniu? Nie on tak nie będzie. Dlatego chce mieszkać z nami. Na około siebie wytwarza mega syf, ale nie sprząta, bo jest podobno czysto. Nie ma pieniędzy, ale ma za co jeść na mieście i pić co dzień piwo. Tak więc u nas będzie raj na ziemi. Bez ujadającej nad głową rodzinki, bez obowiązków, bez płacenia, bez sprzątania.

No jakby na to nie patrzeć, nie pozwolę na to. Maksymalnie może zostać tydzień. Woda kosztuje, prąd i gaz też. A jedzenie najwięcej. Sprzątać trzeba, a nie żyć w syfie. Gdyby nasze mieszkanko było większe i wyposażone w jeszcze jeden pokój – ok. Gdyby jeszcze pracował i płacił. Ale tak to „sory Dolores” :P Dlaczego to, że mamy oznacza, że musimy dać komuś, kto nie ma, bo mu się nie chce szanownej dupy ruszyć do roboty?

P.S. Robiłam wczoraj zapiekankę szpinakową z serem feta, czosnkiem, boczkiem i makaronem – wyszła pyszna :) A dziś czas na zupę cebulowo-serową i sałatkę grecką.