Nic tylko skoczyć z okna!

Dziś wszystko mnie dobija. W zasadzie to trzy rzeczy doprowadziły mnie do całkowitej utraty jakiejkolwiek radości – praca, menda z pracy, mężczyzna. Już rano szło pod górkę! Normalnie jak w Dniu Świra. Ledwo otworzyłam oczy, to pomyślałam o tym, żeby już był wieczór, bo chcę spać. W pracy też nie było lepiej. Wspaniała koleżanka menda rozpoczęła dzień od kablowania. Poszła wprost do szefowej. Powód – musi wcześniej wstać, żeby dojechać na miejsce zbiórki do pracy. Jacy my jesteśmy straszni (trzy osoby, które jeżdżą z nią), bo nie chcemy po nią jeździć pod dom. Nie jest ważne, że musielibyśmy zawracać i przebijać się przez korek 40 min w jedną i drugą stronę. Nie jest też ważne, że ona ma prawo jazdy i mogłaby zajeżdżać po nas, a dalej jechałby ktoś z nas skoro się boi. Najważniejsze, żeby zabrać jej dupę spod klatki i odwieźć pod blok. W całej firmie głupoty rozpowiada, sieje ferment. Spędzamy w samochodzie razem 2 godziny dziennie, co w tygodniu daje 10 godzin. Atmosfera ta mogłaby być fajna, ale niestety jest taka, że nożem ciąć.

Jest ciężko. Gdy szukałam pracy przez ponad 9 miesięcy, zdałam sobie sprawę, że niestety studia nic nie dają. O zatrudnieniu decydują znajomości. Wykształcenie jest gówno warte – można sobie podetrzeć dyplomem zadek. Jak znalazłam pracę byłam zachwycona. Od początku dawałam z siebie wszystko. I od początku zbierałam wszystkie baty. Co by się nie działo to wina była moja. Teraz jest lepiej, ale psychicznie już nie wytrzymuję. Ta praca rzuciła się cieniem na całe moje życie. Przestałam trenować zumbę, jogę i pilates. Przytyłam 9 kg. Mam ataki głodu i nagłe utraty apetytu. Lekkie przeziębienia przechodzę, jak najgorsze choróbska. Co dzień wstaję z postanowieniem, że dziś będzie dobrze. Jednak wracam do domu jak wrak. Siadam i do 23 gapię się bezmyślnie w tv. Czuję się autentycznie nieszczęśliwa. Nic mnie już nie cieszy. Przeraża mnie obecne bezrobocie i sytuacja gospodarcza. Nie widzę dla siebie żadnej szansy na polepszenie swojej sytuacji. Najbardziej dobija mnie fakt, że zdaję sobie sprawę z tego, że nie powinnam tak narzekać, gdy na około pracy brak. Ale jak tu psychicznie wytrzymać taki meksyk. Ciągłe intrygi, złośliwości i patrzenie jak dosrać komuś tak, żeby szefowa obciążyła finansowo.

Po powrocie do domu ogarnia mnie wściekłość, jak widzę pranie, które wisi od dwóch dni na suszarce. Teraz to nadaje się już chyba tylko do ponownego prania, bo prześmierdło obiadami i wszystkim innym. Bo eksperymenty polegające na czekaniu, aż mój mężczyzna zdejmie je z suszarki kończą się tym, że wiszą w nieskończoność. No tak, to już pewnie stało się moim obowiązkiem – pranie i prasowanie. A może powinnam ściągać tylko swoje? Niestety tak nie potrafię. Pewnie staję się powoli służącą. Jak jeszcze widzę jak siedzi i gapi się w tego kompa – ogląda jakieś głupie stronki, a najlepiej te z gołymi laskami, to w ogóle zastanawiam się, po co on ze mną mieszka? Do tego to dłubanie w nosie i rzucanie produktów wydłubania na ziemię. Aaaa… i przed chwilą dał mi do zrozumienia, że moje pracowanie (czasem nie mam nawet kiedy w pracy herbaty wypić) i usiłowania zrobienia inżynierki, do tego ogarnianie w domu to żaden wysiłek. Kotu poświęca więcej czułości niż mi, a ja czuję się bardziej i bardziej samotna. Samotna i nieszczęśliwa…

Trzeci tydzień bez kawy – pozytywnie :)

Cieszę się, że zaczęłam ten tydzień w pracy od wtorku, bo już jutro środa, czyli połowa tygodnia roboczego :) A do tego dotrzymuję postanowień, co bardzo poprawia mi humor. Cały dzień w pracy nie piłam kawy (ani przed wyjściem z domu) i ze zdziwieniem odkryłam, że nikt mnie nie denerwował, miałam więcej cierpliwości, lepszą koncentrację i jak wróciłam do domu nie byłam zmęczona. Uważam, że trzeci tydzień bez kawy robi mi doskonale! Worki pod oczami, jakby się zmniejszały.
A po pracy odgrzałam sobie zraziki (super pyszny wyrób mojego Taty). Tylko frytki mnie wkurzyły, bo czekałam na nie 30 min – w zasadzie to nasz piekarnik tak słabo grzeje. Po obiedzie, bez lenistwa poszłam do sklepu i zrobiłam zakupy. A potem nawet ogarniałam inżynierkę xD Tak tak, sama jestem w szoku tego, że może jednak uda mi się uzyskać mój wymarzony tytuł. Pomaga mi kolega, więc wpadł do nas, jednak to widocznie zdenerwowało mojego chłopaka. Biedny chciał spokojnie wyleżeć choróbsko, a tu ogarnianie inżynierki… No ale tak to chyba bywa jak się mieszka tylko w jednym pokoju. Szczerze to zrobiło mi się dość przykro, że tak reaguje na to, gdy ja jestem w ciemnej dupie i mam tylko miesiąc na oddanie działającego urządzenia.
Sama siebie zaskoczyłam, bo znalazłam jeszcze energię na zrobienie obiadu na jutro (biała kiełbasa zapiekana z kapustą kiszoną, pomidorami i cebulą) i… sałatki :) Nawet posprzątałam bałagan, który zrobiłam w kuchni. A teraz czas iść spać. Mam nadzieję, że jutrzejszy dzień będzie równie wydajny i, że moja druga połówka nie będzie taka zdechła i apatyczna (chociaż w określonych sytuacjach, bo miał siłę wstać po sałatkę, ale talerzy i szklanek nie ma siły odnieść).
Dobranoc !!

Mężczyźni wielbiciele porządku

Jak tak patrzę na większość facetów, to uwielbiają porządek, czyt. ugotowany obiadek, wyprane i uprasowane ciuchy, czysto w kuchni, łazience i wszędzie. Widać to nawet po sposobie, w jaki sobie dobierają stałe partnerki. Większość (niestety!) podchodzi do tematu „przyszłej żony”, że najlepiej żeby była potulna i niezbyt inteligentna (taka we wszystko wierzy i strawi najgłupsze tłumaczenia), lubiła sprzątać (no w końcu wielki pan nie będzie sobie głowy takimi przyziemnymi tematami zawracał), gotować (kobiety do garów). Widzę to po facetach swoich koleżanek. Na studiach były wyluzowane i zawsze stawiały swoje warunki. Jak się studia kończyły znalazły sobie mężczyzn życia takich, którzy albo nie tolerują ich znajomych, albo zabraniają realizowania swoich pasji… Jednak w przypadku każdej widzę, że w domu robi za sprzątaczkę, praczkę i kucharkę. Wszystkie pracują na cały etat w pracy i w domu.
Ja takiego czegoś nie chcę. Nie chcę być domową kurą, która całą radość życia czerpie z usługiwania. A do przekroczenia takiej granicy pomiędzy normalnością, a poddaństwem nie potrzeba wiele. No weźmy pod uwagę dzisiejszy mój dzień. Wstałam rano i cały czas coś załatwiałam. No i nawet zakończyło się to sukcesem – nie muszę płacić za powtarzanie roku (którego tak na prawdę nie powtarzam) i muszę szybko oddać inżynierkę, a moje problemy uczelniane się rozpłyną :D. A co było w domu? Robienie prania i prasowanie. To prasowanie doprowadziło mnie do szału. Żelazko tak wspaniale prasuje, że 15 minut trzeba poświęcić na jedną część garderoby… Poracha! A więc prasowałam dzielnie wszystko włączając w to koszulki mojego chłopaka. Po pierwszej usłyszałam „dzięki, fajnie”. Ale po drugiej? Zmiętolił i rzucił na łóżko jak jakiegoś śmieciucha. Nawet jak mu powiedziałam, żeby wyprostował, bo się zagniecie i w pizdu z moim całym prasowaniem. Olał mnie ciepłym moczem. Nie zrobił nic. Wściekłam się.
I tak to właśnie jest – jak chcesz mieć darmową pralko – prasowarko – gotowaczko – itp. – itd. znajdź sobie dziewczynę i z nią zamieszkaj. Żal.pl
A jak wygląda nasz wieczór? Nie lepiej – pofatygowałam się do sklepu po wino. Piję sama – jego kieliszek stoi pełny od ponad godziny. Co robi? Siedzi na kompie i ogląda fail compilation, kamerki, demoty, wykop i wszystkie inne czasokradziejstwa z netu.
Ja jestem już wkurw***, na granicach wytrzymałości! I to ma być takie wspaniałe życie razem?
Chyba wypiję to wino do końca sama i idę spać :((

P.S. No sex today!!

Niedziela – najlepszy dzień na zakupy i porządki

Przez złą (do tej pory) organizację czasu własnego nic nie udawało mi się ogarnąć w terminie. Ale w górach i przyjrzałam się pani gospodarz H., która od świtu do nocy ma dużo do roboty (rano chodzenie do kur i krów, potem robienie śniadania dla gości, sprzątanie w domu i gospodarstwie, zakupach, gotowaniu śniadania dla gości i rodziny, kolejne sprzątanie i nie wiadomo co jeszcze). Doszłam do wniosku, że ja mam bardzo dużo czasu, który trzeba zacząć produktywnie wykorzystywać :)
Tak więc rano spakowaliśmy rzeczy i wyjechaliśmy z Torunia do nas. Odwieźliśmy po drodze kolegę i o 14 byliśmy już w domu. Normalnie siadłabym na kanapie i chciałabym się lenić do jutra. Ale przystąpiliśmy do dzieła. Były dwa prania, ścieranie kurzów, odkurzanie, mycie lodówki, wyrzucanie śmieci, obiad (odgrzewane pierogi z mięsem – strasznie mi nie smakowały), zmywanie naczyń. Potem poszliśmy na krótki spacer. Jednak okazało się, że jest zimniej niż w górach i Toruniu, więc szybko zawinęliśmy rogala i poszliśmy po zakupy. Potem jeszcze gotowanie (zrobiłam sałatkę warzywno-ryżową z jajkiem i zapiekane jabłka z ryżem, wanilią i cynamonem) i sprzątanie pobojowiska po gotowaniu.
Dopiero udało mi się zasiąść do lapka :) po pierwszym akapicie urządziłam sobie wycieczkę do monopolowego po wino. Miałam straszną ochotę wypić je z fajnym facetem ;) No i byłam jedyną osobą w domu, która czuła się na tyle dobrze, aby skoczyć do alkoholi świata. Po takim natłoku działań aktywnych stwierdzam, że niedziela dzień święty – wolny od zobowiązań. Można zająć się sobą. Nie iść do kościoła i nie słuchać kazania. Gdyby tak np był zakaz pracy w niedzielę, chyba faktycznie wszyscy byśmy w świątyni mulili. A tak to można ogarnąć swoją rzeczywistość :)
Wypić wino z ukochanym i cieszyć się, że urlop jutro jeszcze trwa!

Trudne wczasy w polskich górach, czyli relacja z Białki Tatrzańskiej

Dlaczego coraz częściej wczasy w Polsce kojarzą się wyrzuconymi w błoto pieniędzmi, frustracją i przymusowym piciem alkoholu? Oczywiście towarzyszy temu przysłowiowy bród, smród i ubóstwo. Aż chciałoby się dorzucić trochę kasy i pojechać gdzieś indziej…

Nie żebym była jakaś specjalnie marudna, ale jak myślę o spędzaniu wolnego czasu w naszym pięknym kraju, to szczerze mi się odechciewa. W tym roku pojechaliśmy do Białki Tatrzańskiej. Pomijając 750 km w deszczu takim, że nic nie było widać na drodze, trasa przebiegła całkiem sprawnie. Noclegi wykupiliśmy w góralskiej chatce (byliśmy w niej rok temu i bardzo nam się podobało). Już pierwszego dnia myśleliśmy, że padniemy z gorąca – temperatura ok. 28 stopni Celsjusza, a okno na noc trudno zostawić otwarte, bo jak spać z otwartym oknem, gdy na dworze -10?
Pokoje chyba były sprzątane po poprzednich lokatorach, ale tylko „po rynku”, bo jak przypadkiem odsunęłam kapę z łóżka, to znalazłam ślady bytności poprzednich mieszkańców. Ale za tę cenę się nie narzeka. Ponieważ byliśmy rok wcześniej, wiedzieliśmy, że papier toaletowy to artykuł deficytowy. Zaopatrzyliśmy się w niego po drodze w Lidlu. I dobrze, bo w tym roku w łazienkach nie było go wcale.
Ot, takie niewielkie pogorszenie. Tłumaczyliśmy sobie, że to końcówka sezonu, więc może tak być. Jednak, to nie była jedyna nowość. Głównym powodem naszego powrotu do tej lokalizacji było bardzo dobre, domowe, co dzień świeże jedzenie. No właśnie – było. W tym roku królowały x razy odgrzewane, odsmażane, odmrażane i poddawane innym zabiegom potrawy. Na przykład gołąbki w składzie 70% ryż i 30% mięso. Ja się najadałam, mój chłopak niekoniecznie.
Ale, nie jeść i spać jechaliśmy w góry, więc od razu po śniadaniu kupiliśmy skipass na pięć dni. No i sobie jeździliśmy. Trasy jak dla mnie fajne. Była nawet otwarta jedna nowa (nr 7) idealna do nauki. Właśnie na niej na 3-ci dzień jeżdżenia zrobiłam postępy – z totalnego pługu przeszłam w coś bardziej przyzwoitego. Prędkość też wzrosła. Niestety Polska pogoda ma to do siebie, że bywa kapryśna… I tak w środę zaczął padać deszcz, a temperatura wzrosła do 6-ciu stopni na plusie. Kolejne dni były już tylko gorsze… woda lała się strumieniami, wiał szczypliwy wiatr, a pod warstewką ciapkowatego i lepkiego śniegu wytworzyło się coś pośredniego pomiędzy lodem i śniegiem. Nie dało się po tym jeździć – 340 zł za skipass poszło w błoto, a raczej w śniegociapkę.
Niepowodzenia pogodowe postanowiliśmy odreagować w pokoju pijąc piwo, jedząc pizzę, oglądając film. Niestety dnia 3-go dopadł nas SĄSIAD, którego nazwaliśmy Warszawiakiem. Tak więc Warszawiak wyciągnął nas na tzw. jednego. Z jednego zrobiły się 3 butelki 0,5-litrowe. Jako osoby preferujące inne rzeczy niż alkohol skończyliśmy marniutko. Przez resztę wyjazdu wieczorami chowaliśmy się w pokoju przed Warszawiakiem, który w uporem maniaka próbował nas upijać.
Do tego wszystkiego dodam, że ktoś w naszym domku ukradł mi rękawiczki narciarskie o porażającej wartości 25 zł brutto.
Wyjeżdżając wszyscy wyglądali na zadowolonych, że w końcu jedziemy z tych okropnych polskich wczasów…

Tłusty czwartek, a ja znowu chora

No tak. Dziś wieczorem wyjeżdżam na urlop – na narty. Dlatego właśnie wczoraj straciłam zdolność mówienia, a dziś dostałam gorączkę. Buty narciarskie, spodnie, polar i bielizna termoaktywna kupione. Pokój zarezerwowany. Towarzystwo dogadane. Opieka do kota załatwiona. Trzydniowa kuracja pseudoefedryną zawiodła. Nawet urlop podpisany przez szefową. Jeszcze z wielką pochwałą, bo przez zimę i mrozy mamy branżowy zastój. Tak więc nie pozostaje mi nic, jak wybrać się do lekarza i zobaczyć co powie. Mieć nadzieję, że choroba w odwrocie, że nie dostanę antybiotyków, że w sobotę będę już zdrowa i nie będę trząść się jak galareta na nartach.

Dziś rano usłyszałam w telewizji, że kto nie zje pączka w tłusty czwartek, ten przez cały rok ma potem pecha. Właśnie rok temu tego pączka nie zjadłam i chyba się spełniło.
Inżynierki nie obroniłam (nawet jej nie zrobiłam).
Zaprzestałam treningów zumby, jogi, pilatesu i stepu.
Przytyłam 9 kg – jestem niska – strasznie to widać.
.
.
.
Dobra nie narzekam więcej, bo dziś tłusty czwartek. To dziś zjem pączka i szczęście do mnie wróci.

Tak na prawdę wiele dobrego się stało. Ale nie wszystko co sobie zaplanowałam. W zasadzie to był pierwszy rok w moim życiu, w którym mi 70% tego co zaplanowałam nie wyszło. Na szczęście znalazłam pracę, do której się nadaję. Znalazłam też fajnego kota, który właśnie obok mnie łobuzuje.

Gdzie najszybciej stracisz dobry humor? W pracy!

Z pracą jak z facetem. Jak jest to często wkurza, ale jak nie ma to wkurza jego brak. Zawsze jest tak samo – najpierw rozmowa kwalifikacyjna, na której szef/szefowa wydaje się człowiekiem. Przychodzą pierwsze dni w pracy i człowiek z entuzjazmem przystępuje do działania.
I ja też tak miałam. Pełna zapału chodziłam do pracy. Nawet wydawało mi się, że to jest najlepsze, co mogło mi się przytrafić, bo wcześniej szukałam zatrudnienia ponad pół roku. Nie mogłam nic znaleźć, bo nie chciałam zostać handlowcem. No w końcu nie po to kończyłam studia techniczne, żeby opychać ludziom jakieś badziewia. Jednak szybko zeszłam na ziemię. Każdy dzień wygląda przygnębiająco tak samo, a jedyne czym się pocieszam to cotygodniowe odliczanie do weekendu.

Każdy dzień w pracy wygląda tak samo:
8:00 Wejście do pracy – poziom zadowolenia ok. 90%. Mówię „cześć”. Chyba powinnam powiedzieć do każdego z osobna, bo na takie ogólno-biurowe przywitanie nikt nie reaguje. Ale myślę sobie „dobra cham będzie chamem, kto na przywitanie nie odpowiada wystawia laurkę sobie”. Włączam komputer, robię kawę.
8:10 Z ciężkim sercem odpalam program pocztowy i ze spokojem przyjmuję na klatę lawinę zapytań sensownych, bezsensownych i debilnych. Jeszcze nie przejmuję się świecącymi na niebiesko etykietkami „do zrobienia”. Nawet ustalam sobie wstępny harmonogram dnia.
8:30 Dostaję polecenie od kierownika, aby pomóc mu w tym i w tamtym. Chwilę się złoszczę wewnętrznie, ale myślę sobie, że pomogę mu, bo jest jedną z niewielu fajnych osób w tej pracy. No i mi też zawsze pomaga, o ile nie zapomni.
9:00 Cały czas przychodzą nowe wiadomości. Jak ogarnę jeden temat, przychodzą w to miejsce dwa. Jestem konstruktorem. Pracuję z handlowcami. Oni niestety nie rozumieją, że szybko i tanio nie znaczy dobrze. Zaczynam się łamać. Słowa statyka, wytrzymałość, przekrój nie są kompatybilne ze słowami taniej, pilne, jakoś inaczej.
10:00 Opracowuję technologicznie zamówienia od handlowców i kieruję do działu zamówień. Telefon dzwoni cały czas. 15% handlowców rozumie zwrot „teraz nie mogę, zamawiam materiał na realizację hali sportowej”. Jako odpowiedź słyszę „jak wam się nie chce pracować, to ja dzwonię do szefa wszystkich szefów”. Pocałuj mnie kur** w sam środek, myślę sobie. I muszę robić 3 razy szybciej, 6 razy mniej dokładnie. Już wiem, że za tydzień będę prostować pomyłki, bo jakaś gnida znowu coś wymusza.
11:00 Muszę się przejść na halę produkcyjną, bo znowu coś jest nie tak. Ustalam czego brakuje, co trzeba wymienić i idę robić super pilne domówienia.
11:35 Kolega z działu zamówień jest już tak nieszczęśliwy, że znowu coś zamówiłam, że musi rozładować swoje frustracje na mnie. Tak więc się przypieprza o wszystko, mimo że sam robi błędy, przeklikując zamówienia dalej.  Powstrzymuję swoje mordercze zapędy i wychodzę do drugiego biura. Poziom zadowolenia – 40%.
11:50 Niestety przechodzę koło działu windykacji i transportu. Znowu gorzkie żale. Najlepiej jakbyśmy niczego nie sprzedawali to byście mogły sobie siedzieć i żreć, myślę sobie.
11:51 Mijam też dział kadr. Muszę wysłuchać pretensji, bo chcę urlop w lato. No właśnie, jak ja mogę w ogóle mieć jakiekolwiek plany? I to jeszcze latem? Chyba jestem nienormalna. Stwierdzam, że świat schodzi na psy i sprawdzam faks, żeby odkryć, że kolejne zapytania na mnie czekają.
12:00 Wyciągam rewolwer, żeby stanąć na środku firmy i strzelić sobie w łeb. Ale to raczej tylko urojenia, więc siadam i pracuję dalej. Do godziny 16.00 zapieprzam, żeby jak najwięcej zrobić i mózg mam zlasowany całkowicie. Nie pamiętam już niczego, co komu obiecałam i na co z kim się umówiłam. Poziom zadowolenia już dawno stał się ujemny.
16:00 Wyłączam sprzęt przymykając oko na niebieskie etykietki „do zrobienia” i wychodzę do domu. Rejestruję nienawistne spojrzenia, że śmiałam wyjść o godzinie faktycznego końca pracy, wmawiam sobie, że wszyscy odpowiadają na „do jutra” i wychodzę.
Takie atrakcje za najniższą określoną ustawą pensję.

Mama Madzi z Sosnowca to potwór?

Nie mam małego dziecka, nie jestem nawet w ciąży. Jednak cała ta sytuacja z Madzią mnie zaszokowała. Jakim typem człowieka trzeba być, żeby zrobić coś takiego. Jak można tak zagrać na uczuciach i dobrej woli tylu ludzi? Tak zmarnować czas każdego, kto chciał pomóc? Nie wiem, ja bym tak nie potrafiła.
Madzia zmarła w domu, a śledczy jeszcze nie ustalili, w jaki sposób. Dlaczego mama (czy można tę kobietę takimi słowami określić? czy ona na to zasługuje?) nie dzwoniła na pogotowie? Przecież numer 112 jest bezpłatny, nic nie trzeba mieć na koncie. Przez chwilę pomyślałam sobie, że może się bała, że zostanie o coś oskarżona, że coś zaniedbała, nie dopilnowała. A może to była tzw. śmierć łóżeczkowa niemowląt? Nie mam pojęcia co się stało, ale i tak w głowie mi się nie mieści, jak można być tak wyrachowanym w każdym kolejnym kroku…
Prawdopodobnie martwe dziecko zawinęła w kocyk i włożyła do wózka, a potem wywiozła na upiorny spacerek. Pojeździła po parku, aż znalazła odpowiednie miejsce i tam ukryła zwłoki. Później upozorowała napad na samą siebie. A jaki przekonujący był ten płacz, smutek i żal okazywany przed kamerami. „Został tyyyylko liiiisek”, „oddajcie mi dziecko, proooszę”. I tak cała Polska jednoczyła się z kobietą, która kręciła i mataczyła, bo nie chciała powiedzieć, co na prawdę stało się z dzieckiem. A jak wspaniale podany rysopis, jakże szczegółowo zapamiętana kurtka. Mnie nie udaje się tak doskonale zapamiętać cech wyglądu i ubioru osoby, która idzie za mną, bo oczu z tyłu głowy nie posiadam.
Przez ponad tydzień grała swoją oscarową rolę życia nie mając wstydu przed kamerami. Nawet poszła sobie do kina. Na horror. Tak dla relaksu. Po stracie dziecka – jak znalazł. Jak się straci bliską osobę w wyniku porwania, to niedobory adrenaliny trzeba nadrobić w multipleksie, bo na komputerze, czy kinie domowym takiego wrażenia nie zrobi!
Dalej było chyba tylko gorzej. Pełne skruchy i wzruszenia (zapewne szczerej, jak i cała reszta) wyznanie, „co stało się na prawdę” ze wskazaniem miejsca ukrycia zwłok. Happy end? Katharsis? Chcieliby tego wszyscy. Policjanci się zmobilizowali, poszli szukać i… znaleźli 1,5 km od miejsca wskazanego przez wielbicielkę horrorów. Jakby tego było mało, dziecko wcale nie uderzyło o podłogę, bo nie ma takich śladów na ciele…
Wstrząsające. Jak można tak manipulować wszystkimi wokół? Czy jest to przejaw bezgranicznej głupoty, czy może bezduszności i braku sumienia? Jak muszą czuć się ci wszyscy oszukani przez matkę Madzi wolontariusze, którzy w siarczyste mrozy rozklejali plakaty?
Po każdej kolejnej relacji dotyczącej tej sprawy jestem zwolennikiem zastosowania w tym przypadku zasady „oko za oko”. Ona nie starała się ratować Madzi. Ona kamuflowała i zacierała dowody. Myślała, że wyprowadzi wszystkich w pole. Kto porzuca zwłoki swego dziecka w jakichś ruinach w parku? Na pewno nie osoba o dobrych i czystych intencjach. Za takie postępowanie musi być kara. Na pewno nie zastanowiła się nad tym, jak zmieni się podejście ludzi do przypadków faktycznych porwań. I przez co będą przechodzić matki oskarżane o to, że może kłamią…

Grypa żołądkowa – czym jest na prawdę.

No nie mogłam wytrzymać – musiałam ten temat poruszyć. Czyli to, co zapewniło mi totalnie beznadziejny weekend! Co z tego, że go przedłużyło, jak zrobiło to w tak koszmarny sposób, że wolałabym pójść do pracy. Aspektów fizjologicznych nie opiszę, bo nie jestem obrzydliwcem, który lubi opowiadać takie tematy.
Skupię się na bardziej praktycznych stronach:
1. Dostarcza takiej dawki cierpienia cielesnego i tyle niemocy na pozbieranie się z łóżka, że pozwala na przemyślenia, które pozwalają na odnalezienie zagubionego sensu życia.
2. Brzuch i żołądek stają się takimi pieskami francuskimi, że dają stwierdzić, że trzeba jeść mniej, ale SMACZNIEJ. W domu zawsze jadłam smacznie. Z reguły mało tłusto, ale kozacko. Może nie zawsze, ale przynajmniej mało. Od teraz też tak będę. Moje ciało to świątynia, a do świątyni oddawajmy to co najlepsze.
3. Częste mycie rąk w pracy jednak jest ważne. FU*K!! Ludzie, z którymi pracujemy to przecież często obrzydliwe brudasy, parchy i czopnie z grzybnią. Jak pracowałam w McD, to myliśmy ręce co chwilę. Mądre.
4. Trzeba często sprzątać łazienkę u siebie w domu. W końcu to cieplutka, wilgotna, wylęgarnia bakterii.
5. Mieszkanie też musi być wywietrzone – nawet przy 20 stopniowym mrozie.
6. Grypa żołądkowa to nie żadne kulturalne określenie sraczki! To coś zupełnie innego – może zabić nawet małe dziecko (przeczytane w pewnym serwisie dotyczącym grypy i jej odmian.
7. Na pracę i ludzi z niej trzeba mieć wyłożone, w sensie takim, żeby po wyjściu z niej – zapominać. Bo stres sprzyja infekcjom wirusowym i wszelkim innym.
8. To przekleństwo – rzuca się zawsze wtedy, gdy człowiek ma najwięcej do zrobienia. Rozkłada na łopatki i każe pozmieniać misterne plany.
9. Pozwala poznać, że ma się koło siebie cudowną osobę, która pomoże w chorobie. Poda herbatę, której się nie wypije, zrobi kanapkę, którą będzie się jadło 40 minut, przyniesie mokry ręcznik do położenia na pękającej z bólu głowie. Przytuli także i pójdzie na spacer w 15 stopniowym mrozie, gdy przybędzie nam troszeczkę sił.
Życzę każdemu, aby w czasie grypowego zgona dostrzegł kilka pozytywnych promyczków w otaczającym świecie. :)

Co można polubić na fb

Nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć co to jest facebook. Ani tego, że można na nim coś polubić. Wszystko można polubić – psa sąsiadki, panią Krystynę z gazowni, pijackie okrzyki z poprzedniej imprezy. Można też polubić Stephena Kinga, teorię monetarystów i Władcę Pierścieni. Dlatego każdy idący z duchem nowoczesnych form marketingu zakłada sobie stronkę na fejsie. I już można polubić Shella, McDonald’s (które btw było moim pierwszym posiłkiem od trzech dni, a fe!).
Ale można też polubić Boska.pl
Hmmm…, dziwny temat z tą stronką. Dowiedziałam się o niej z fb – nawet polubiłam. Mają całkiem niezłe posty. Dlaczego niezłe? Bo nie dotyczą jednej wąskiej dziedziny. Autor/autorka pisze o różnych tematach. Ale tylko na fejsie. Na stronce nadal jest „wkrótce”. Ciekawa jestem tego „wkrótce”, bo teraz poczułam się dziwnie. Polubiłam fejsikowy funpage strony, która de facto nie istnieje.

Wybór należy do każdej z Was, Drogie Panie

Tak się składa, że w ten weekend (a w zasadzie przed – w czwartek wieczorem) się totalnie poskładałam. Choróbsko strasznie zawzięte i parszywe odpuściło dopiero dziś. Tydzień był przeokrutny, ale dobrze się zakończył.
Dziś jak powróciłam do zdrowia po 3,5 dniach cierpienia. Obczaiłam, co tam na necie i  na na jednej ze stron zobaczyłam fajny temat. Obrazek poniżej.
  Widać skąd ściągnięte, więc nie kradnę ;)

Myślę, że jest motywujące do działania. Prosty wybór.